Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]
- Автор: Чалкер Джек Лоуренс
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-86211-30-X
- Переводчик: Konrad Majchrzak
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Meduza: Tygrys w opałach [Medusa: A Tiger by the Tail - pl]». Краткое содержание книги:
Tarin Bul wylądował na Meduzie.
Na tej mroźnej planecie szybko dołączył do miejscowych konspiratorów, którzy zamierzali obalić znienawidzonego Lorda Talanta Ypsira; cel buntowników doskonale mu odpowiadał. Jednak połączenie, jakie stanowili obcy i tajna moc Ypsira, okazała się ponad jego siły.
Do akcji wkroczył Agent Bez Imienia, nadzorujący wszystkich czterech wysłaninników. Był zmuszony wykazać się swoimi nadzwyczajnymi umiejętnościami, gdyż wszystko sprzysięgło się przeciw niemu.
W czwartej ostatniej księdze ekscytującej tetralogii Jack Chalker doprowadza do dramatycznego zakończenia epicką konfrontację pomiędzy potężną Konfederacją a małymi — ale równie potężnymi — światami Rombu Wardena.
— Wiesz, że ich nigdy nie dogonimy?
— Wiem — westchnąłem. — Sądzę jednak, że wiem, dokąd się udają, i to musi nam na razie wystarczyć. Przynajmniej jest to miasto, które znam jak własną kieszeń i może uda mi się do niego wślizgnąć bez większych kłopotów.
— Masz chyba na myśli nas. Boja idę z tobą. To są również i moi przyjaciele, Tari.
— Nie, Quarl. To by się nie udało. Natychmiast by cię dopadli i to pomimo twojej mocy. To zupełnie inny świat, świat zbudowany, by utrzymywać wszystkich w swym wnętrzu i by widzieć, co robi każdy jego mieszkaniec w każdym momencie dnia i nocy. Ja ten świat znam i znam zasady, na jakich on działa. Ty nie. Dopadliby cię w ciągu dziesięciu minut.
— To przynajmniej drogo mi zapłacą za te dziesięć minut! — parsknęła gniewnie. — Idę.
— Raczej bym cię zabił, Quarl, gdybym tylko mógł, dla dobra pozostałych.
— Co takiego?
— Oni by cię nie zabili. Pozbawiliby cię tylko przytomności, jak tamtych na lodzie. A potem zabraliby cię do miejsca, które jest prawdziwym piekłem i tam obrabowaliby cię z umysłu i duszy i dowiedzieli tego wszystkiego, co wiesz.
— Nie ulegnę tak łatwo torturom!
Westchnąłem. Jak wyjaśnić działanie psychomaszyny kobiecie z epoki kamienia łupanego?
— Nie ma żadnych tortur. Żadnego bólu. Nie jesteś sobie w stanie nawet wyobrazić, co oni potrafią zrobić. A kiedy cię pochwycą, dowiedzą się, gdzie ja jestem, i pochwycą również mnie. To przecież bez sensu, Quarl. Muszę to zrobić sam.
— Mówisz dziwnie, Tari. Nie jak wojownik idący na ratunek swoim bliskim, ale jak ktoś, kto utracił całą nadzieję.
— Nie, tak daleko jeszcze sprawy nie zaszły, chociaż jest trochę racji w tym, co mówisz. Przede wszystkim jestem zmęczony. Wykorzystuję już ostatnie rezerwy energii, a świt i punkty orientacyjne informują mnie, że pozostały mi co najmniej dwie godziny lotu. A przyznaję też, że wolałbym teraz wracać do domu.
— I mimo to jednak tam pójdziesz. Nie wydajesz się zaskoczony tą sytuacją.
— Bo i nie jestem. Jakoś skądś wiedziałem, że tak to się skończy, że dojdzie do ostatecznego pościgu, do ostatecznego polowania. I to wtedy, kiedy odkryłem, na czym mi naprawdę zależy, i zamierzałem zrezygnować ze wszystkiego innego. — Zaśmiałem się gorzko. — Widocznie tak miało być, Quarl. Mogłem widzieć szczęście, trzymać je w dłoniach, ale nie byłem w stanie sobie uświadomić, że posiadam to, na czym najbardziej mi zależy, dopóki to nie znikło.
— U mojego ludu, u Kuzmów, istnieje silna wiara w los i przeznaczenie — powiedziała Quarl. — Każdy się rodzi dla swego przenaczenia, chociaż go nie zna. Dlatego potrafię zrozumieć to, co czujesz, mój przyjacielu z gwiazd. Być może jednak zwyciężysz, co? Jeśli coś jest warte, by poświęcić temu swe życie, to warto i dla tego czegoś ryzykować życie.
A może ona ma rację, pomyślałem. Te pięćdziesiąt pięć osób w kanałach, ci rewolucjoniści na niby, te bawiące się ogniem dzieci, oszukujące same siebie, mieli przecież swój moment prawdy. Sprawa jednak nie okazała się być wartą ich nędznych żywotów, chociaż czekały ich straszliwe cierpienia. Bez ryzyka nic się nie zyska.
Najwyraźniej jednak przekonałem Quarl, iż mogłaby narazić na niebezpieczeństwo mą misję.
— Co chcesz, abym zrobiła, Tari? — spytała.
— Wróć do cytadeli. Opowiedz, co się wydarzyło. Powiedz, że demony nie są demonami, ale istotami z gwiazd, które współpracują z miastowymi i posiadają potężną broń. Ostrzeż ich wszystkich. I powiedz dokładnie, co się wydarzyło każdemu z nas, tak jak to pamiętasz. Nie pomijaj niczego, nie upiększaj niczego. Idź też do Angi i do Bury. Powiedz im… powiedz im, że je bardzo kocham i wrócę do nich, jeśli tylko będę mógł. Dopilnuj, żeby i one, i moje dzieci miały właściwą opiekę.
— Aż do twojego powrotu.
— Tak — powiedziałem bezbarwnym głosem. — Aż do mojego powrotu.
Quarl odprowadziła mnie niemal do samego Gray Basin, po czym odleciała na południowy zachód. Patrzyłem z dala na miasto, brzydkie teraz latem, kiedy nie było pokrywy śniegu i lodu i kiedy wszędzie dominowała wszechobecna szarość, naznaczona miejscami ciemniejszym cieniem dachów i kominów. Rozciągało się ono jak okiem sięgnąć, a ja odczuwałem nienawiść do każdego metra kwadratowego jego powierzchni.
Wylądowałem bezpośrednio na jednym z dachów i znalazłem tam w miarę wygodne miejsce. Odprężyłem się i pozwoliłem swej skórze, kościom, każdej komórce ciała powrócić do poprzedniego kształtu. Byłem zbyt zmęczony, by robić cokolwiek. Zmusiłem się więc do siedzenia w bezruchu i zastanowiłem się nad sytuacją.
Helikopter był z Centrum, a jednak bez wątpienia kierował się właśnie tutaj. Dlaczego? Dlaczego helikopter z Centrum operował na tak dalekiej północy? Najprawdopodobniej chodziło o sprawy rządowe… chyba że w każdym większym mieście był taki rządowy pojazd, żeby odróżnić sprawy lokalne od tych, które podlegają władzom planetarnym.
A jeśli tak właśnie było, wówczas wszyscy więźniowie znajdowaliby się w rękach rządu centralnego, a nie lokalnego biura SM. Przewieziono by ich prawdopodobnie do Centrum i przekazano odpowiednim władzom. To miało sens. Wiedzieli oni przecież o wielu rzeczach, a wśród nich: o świętej górze, o sztuce kształtozmienności i o możliwościach, jakie ona ze sobą niesie. Mieli również bezpośredni kontakt z obcymi. Ludzie Ypsira nie zostawiliby tego wszystkiego w rękach regionalnego psychobiura i lokalnego SM. Zbyt wiele osób mogłoby mieć jakieś własne pomysły i znalazłby się też zapewne ktoś z zewnątrz, kto postawiłby znak równości pomiędzy demonami i obcymi i wyciągnął z tego jakieś interesujące wnioski. Nie, więźniowie zostaną przewiezieni do kwatery głównej w Centrum i przekazani tym, którzy już znają te wszystkie potworne tajemnice.
A jak ich tam przewiozą? Pociąg należało wykluczyć: nazbyt powolny i zbytnio wystawiony na ludzkie oczy. Transport powietrzny wydawał się zaś ograniczony do ruchu lokalnego i również był zbyt powolny. Należało więc skupić uwagę na samym Gray Basin, które posiadało przecież coś, czego nie miały inne miasta o porównywalnej wielkości i ważności.
Gray Basin miało port kosmiczny.
Podniosłem się ociężale. Byłem teraz w górnej partii miasta, a musiałem do niego wejść dołem. Dojścia od strony dachów były najściślej monitorowane i ja o tym dobrze wiedziałem. Skoro już jednak tu się znajdowałem, zdecydowałem się wykorzystać to miejsce jako punkt obserwacyjny. Wspiąłem się po drabinie na szczyt wielkiego i wyłączonego z użytku komina i spojrzałem w kierunku portu. Ledwie go widziałem z tej odległości: mała grupka magazynów, maleńki terminal o jajowatym kształcie, usytuowany wokół lądowiska; a wszystko to położone z dala od miasta.
Nie było tam żadnego statku.
Nie wiedziałem, ile mam czasu, a stan, w jakim się znajdowałem, nie pozwalał mi rzucić się im na ratunek. Musiałem wypocząć, nawet za cenę ich utraty. Jak na ironię powracałem teraz z epoki kamienia łupanego do siebie samego w mojej najbardziej groźnej, wyrafinowanej technologicznie postaci i jako taki wiedziałem, że będę podejmował ryzyko, którego, praktycznie rzecz biorąc, podejmować nie powinienem. Musiałem przeto odpocząć i odnowić swe siły. Zszedłem na dół i spojrzawszy na słońce, które znalazło się już wysoko nad tym zamkniętym miastem, ułożyłem się wygodnie na dachu i natychmiast zasnąłem.
Z ogromną niechęcią myślałem o wejściu do miasta, o ryzyku w sytuacji, gdy szansę są tak minimalne. Wiedziałem przecież, że nawet jeśli uda mi się ujść z życiem, to prawdopodobieństwo uratowania Ching jest bliskie zeru.