Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Боевая фантастика » Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]
Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]

Электронная книга - «Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]». Краткое содержание книги:

Mieliśmy prosty wybór: albo będziemy mięsem armatnim, albo... po prostu mięsem. Mogliśmy wysłać nasze wojska i walczyć — tak, jak tylko ludzie potrafią — z rozszalałą hordą, która dosłownie żywiła się łupami swoich międzygwiezdnych podbojów; mogliśmy też czekać, bezbronni, aż zostaniemy pożarci.
Wybraliśmy walkę.
1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 167
Перейти на страницу:

— Na Barwhon przekonaliśmy się, że Posleeni prawie wcale nie stosują konwojów i nie mają magazynów zaopatrzeniowych poza statkami. A te są bardzo dobrze bronione. Poza tym większość celów jest poza zasięgiem artylerii. Właśnie dlatego kilka uniwersytetów pracuje obecnie nad sposobem zwiększenia jej zasięgu. — Mike zaciągnął się dymem z cygara. — Posleeni nie przejmują się, jeśli zniszczeniu ulegną ich lądowniki. Nie wycofują wtedy żołnierzy z frontu, tylko używają miejscowych sił. Generalnie ponoszą więc niewielkie straty, co potwierdził wielozadaniowy zespół komandosów, który wysłaliśmy na Barwhon przed wojskami ekspedycyjnymi.

— Więc mamy po prostu, jak to nazwałeś, „przypaść do ziemi i wytrzymać”? — zapytała cicho Karen.

— Obawiam się, że tak — powiedziała Sharon. — Flota dopiero się tworzy. Nie wiem nawet, czy można to jakoś przyspieszyć. Kiedy zbudujemy prawdziwą flotę, będziemy bezpieczni. Ale do tego czasu musimy walczyć na powierzchni planety.

— Próbowaliśmy wojny manewrowej. — Mike wypił łyk piwa. — Francuzi zastosowali ją kilka razy na Barwhon, ale nie udało się.

— Bo to byli Francuzi — stwierdził złośliwie Harry.

Mike prychnął.

— Tylko nie mów tego przy generale Crenausie. Oni też odczuli skutki naszych działań na Diess, ale na szczęście dopiero wtedy, kiedy i tak już „poszli w rozsypkę”. Nasze M-l to w porównaniu z bronią Posleenów tylko cynowy garnek. Nie widzę sposobu, żeby walczyć z nimi w otwartym polu.

— No — zaśmiał się lekko podpity John — ale wysp nie atakują.

— Zgadza się, nie atakują — przyznał Mike.

— Więc wysadzimy Seven Mile Bridge i będziemy bezpieczni. — John mocno zaciągnął się dymem.

— Ale będziemy także odcięci od świata — powiedziała cicho Karen.

— A przecież wystarczyło, że zamknęli klinikę w Marathon, i straciliśmy dwóch ludzi — powiedział Harry. — Tom Robins zmarł na zapalenie wyrostka robaczkowego, a Janey Weaver na szkarlatynę. Niech Bóg ma nas w swojej opiece, jeśli pojawiłaby się tu epidemia.

— W przypadku epidemii rząd na pewno pomoże — powiedziała Karen.

Mike pociągnął piwo z kufla, żeby ukryć uśmiech, ale John nie zachował się tak dyplomatycznie.

— Rząd? — roześmiał się. — Jaki rząd? Ten, który pozwolił zadomowić się tutaj kubańskiej mafii? Ten, który nie chciał nam naprawić linii? Czy może ten, który ustala niskie ceny na nasze towary i tak wysokie podatki, że nie możemy niczego zaoszczędzić?

Harry uniósł ręce, żeby powstrzymać dalszą kłótnię.

— Wystarczy! — powiedział. — Na razie mamy prąd, nikt nie choruje, zdjęto nam z pleców pijawki i mamy co jeść. Zastanówmy się lepiej, które mosty powinniśmy spalić.

John spojrzał na Karen i uśmiechnął się krzywo.

— Wybacz, skarbie, jestem pijany.

— I upalony. — Podniosła dymiącego skręta i sama się zaciągnęła.

— Cholera — powiedziała, kaszląc — nic dziwnego.

John też się roześmiał i uniósł kufel do góry.

— Najlepszego! Kuba ma nie tylko dobre cygara!

— A tak przy okazji — powiedział Mike zadowolony, że może zmienić temat — za ile odstąpiłbyś kilka skrzynek cygar i rumu?

John zastanowił się przez chwilę.

— Zwykle nie targuję się, kiedy mam pełną łódź towaru — zaśmiał się. — Ale co tam. Ile masz tej whisky?

— Dwie skrzynki likieru, whisky i brandy muszkatołowej w litrowych butelkach. Mam też kilka skrzynek piwa, trochę wędzonego i peklowanego mięsa dzika i jelenia. Poza tym mam pięciogalonowy kanister z benzyną. Mogę ci dać benzynę, ale chcę kanister z powrotem albo inny na zamianę.

— No, mogę dać ci za to pudełko cygar — powiedział Uczciwy John.

Twarz Mike’a rozjaśnił uśmiech.

— Teraz już wiem, dlaczego nazywają cię Uczciwym Johnem.

— Mike — Sharon uśmiechnęła się słodko — pozwól mi się potargować.

John odłożył skręta. — Uuu, zabrzmiało groźnie.

— Wspominałam już, że przez pół roku byłam oficerem zaopatrzenia? — zapytała i pochyliła się do przodu. — Zastanawiam się, czy miejscowe władze wiedzą dokładnie, co przewozisz swoją łodzią…

28

No-Name-Key, Floryda, Stany Zjednoczone Ameryki, Sol III
08:32 letniego czasu wschodniego USA
5 października 2004

Mike ostrożnie postawił ostatnią skrzynkę ręcznie zawijanych imperialsów. Cygara były związane sznurkiem w pęczki po pięćdziesiąt sztuk. Skrzynki z cygarami i beczułki rumu tworzyły spory stos.

Uczciwy John potarł twarz dłonią i skrzywił się.

— Chryste, chyba nie powinienem się targować po pijanemu.

— I nigdy nie graj z nią w pokera — poradził Mike. — Oskubie cię do czysta.

— Już to zrobiła — jęknął handlarz.

— Nie przesadzaj — powiedziała Karen. — Wiesz jak dobrze sprzeda się w Hawanie ten zaprawiony winem jeleń? Nie mówiąc już o muszkatołowej brandy. Zbijesz na tym fortunę.

Handlarz tylko się uśmiechnął.

— To była dobra wizyta, moi drodzy — powiedział. — Uważajcie na siebie. Nie szarżujcie.

Mike spojrzał na handlarza ze ściągniętymi brwiami.

— Mówiłeś, że jaki masz stopień? — zapytał.

— Starszy mat.

Poklepał się po kieszeniach kwiecistej koszuli i wyciągnął cygaro i zapałki. Gwałtownie potarł zapałkę kciukiem i przypalił cygaro.

— Dlaczego pytasz?

— „Nie szarżujcie” to nie jest wyrażenie z marynarki — odpowiedział Mike.

— Musiałem gdzieś to usłyszeć — wyjaśnił handlarz.

— A nie mówiłeś przypadkiem, że dopiero niedawno dostałeś kartę powołania?

— Będzie ze dwa tygodnie temu — potwierdził ostrożnie John. — A bo co?

— Tak tylko pytałem — odpowiedział Mike z uśmiechem. — Większość kart wysłano w zeszłym roku. Znam tylko jedną grupę, którą wezwano w ciągu ostatnich kilku miesięcy.

— O czy wy mówicie? — zapytała Sharon i zmarszczyła czoło.

— O niczym. — Mike zamknął bagażnik.

— Trzymajcie się. — Harry uściskał Sharon. — Uważajcie na siebie, dobrze?

— Będziemy.

— Odzywajcie się co jakiś czas — pożegnała ich z uśmiechem Karen. — Herman z przyjemnością posłucha o waszych przygodach.

— Jasne. — Cally uściskała kobietę. — Na pewno do niego napiszę.

— Nie lubię ckliwych pożegnań. I muszę złapać przypływ. — John uściskał Sharon i Cally i pomachał do Mike’a. — Powiedz temu sukinsynowi Kiddowi, że pozdrawia go Toksyna.

— Powiem — przyrzekł z uśmiechem Mike.

— I przekaż Taylorowi, że może mnie pocałować w moją wielką, tłustą dupę.

— Dobra — zaśmiał się Mike.

— Trzymaj się, wężu — zakończył John i odszedł w kierunku przystani.

Zaczął wołać dwóch brakujących członków załogi, ale po chwili namysłu wskoczył do łódki, odcumował i zaczął wiosłować w kierunku wyjścia z portu.

Kiedy wypływał już na pełne morze, dwóch półnagich facetów ściganych przez dwie również niekompletnie ubrane kobiety wybiegło z bungalowu i puściło się pędem wzdłuż wybrzeża za oddalającą się łódką.

— Mamo, co te panie krzyczą? — zapytała niewinnie Cally.

— Chyba „Do zobaczenia, kochanie” — odpowiedziała Sharon i popchnęła ją lekko na oparcie tylnego siedzenia.

1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 167
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)