Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]
- Автор: Ринго Джон
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: ISA
- ISBN: 83-88916-73-4
- Переводчик: Przemyslaw Bielinski
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]». Краткое содержание книги:
Wybraliśmy walkę.
— Na Barwhon przekonaliśmy się, że Posleeni prawie wcale nie stosują konwojów i nie mają magazynów zaopatrzeniowych poza statkami. A te są bardzo dobrze bronione. Poza tym większość celów jest poza zasięgiem artylerii. Właśnie dlatego kilka uniwersytetów pracuje obecnie nad sposobem zwiększenia jej zasięgu. — Mike zaciągnął się dymem z cygara. — Posleeni nie przejmują się, jeśli zniszczeniu ulegną ich lądowniki. Nie wycofują wtedy żołnierzy z frontu, tylko używają miejscowych sił. Generalnie ponoszą więc niewielkie straty, co potwierdził wielozadaniowy zespół komandosów, który wysłaliśmy na Barwhon przed wojskami ekspedycyjnymi.
— Więc mamy po prostu, jak to nazwałeś, „przypaść do ziemi i wytrzymać”? — zapytała cicho Karen.
— Obawiam się, że tak — powiedziała Sharon. — Flota dopiero się tworzy. Nie wiem nawet, czy można to jakoś przyspieszyć. Kiedy zbudujemy prawdziwą flotę, będziemy bezpieczni. Ale do tego czasu musimy walczyć na powierzchni planety.
— Próbowaliśmy wojny manewrowej. — Mike wypił łyk piwa. — Francuzi zastosowali ją kilka razy na Barwhon, ale nie udało się.
— Bo to byli Francuzi — stwierdził złośliwie Harry.
Mike prychnął.
— Tylko nie mów tego przy generale Crenausie. Oni też odczuli skutki naszych działań na Diess, ale na szczęście dopiero wtedy, kiedy i tak już „poszli w rozsypkę”. Nasze M-l to w porównaniu z bronią Posleenów tylko cynowy garnek. Nie widzę sposobu, żeby walczyć z nimi w otwartym polu.
— No — zaśmiał się lekko podpity John — ale wysp nie atakują.
— Zgadza się, nie atakują — przyznał Mike.
— Więc wysadzimy Seven Mile Bridge i będziemy bezpieczni. — John mocno zaciągnął się dymem.
— Ale będziemy także odcięci od świata — powiedziała cicho Karen.
— A przecież wystarczyło, że zamknęli klinikę w Marathon, i straciliśmy dwóch ludzi — powiedział Harry. — Tom Robins zmarł na zapalenie wyrostka robaczkowego, a Janey Weaver na szkarlatynę. Niech Bóg ma nas w swojej opiece, jeśli pojawiłaby się tu epidemia.
— W przypadku epidemii rząd na pewno pomoże — powiedziała Karen.
Mike pociągnął piwo z kufla, żeby ukryć uśmiech, ale John nie zachował się tak dyplomatycznie.
— Rząd? — roześmiał się. — Jaki rząd? Ten, który pozwolił zadomowić się tutaj kubańskiej mafii? Ten, który nie chciał nam naprawić linii? Czy może ten, który ustala niskie ceny na nasze towary i tak wysokie podatki, że nie możemy niczego zaoszczędzić?
Harry uniósł ręce, żeby powstrzymać dalszą kłótnię.
— Wystarczy! — powiedział. — Na razie mamy prąd, nikt nie choruje, zdjęto nam z pleców pijawki i mamy co jeść. Zastanówmy się lepiej, które mosty powinniśmy spalić.
John spojrzał na Karen i uśmiechnął się krzywo.
— Wybacz, skarbie, jestem pijany.
— I upalony. — Podniosła dymiącego skręta i sama się zaciągnęła.
— Cholera — powiedziała, kaszląc — nic dziwnego.
John też się roześmiał i uniósł kufel do góry.
— Najlepszego! Kuba ma nie tylko dobre cygara!
— A tak przy okazji — powiedział Mike zadowolony, że może zmienić temat — za ile odstąpiłbyś kilka skrzynek cygar i rumu?
John zastanowił się przez chwilę.
— Zwykle nie targuję się, kiedy mam pełną łódź towaru — zaśmiał się. — Ale co tam. Ile masz tej whisky?
— Dwie skrzynki likieru, whisky i brandy muszkatołowej w litrowych butelkach. Mam też kilka skrzynek piwa, trochę wędzonego i peklowanego mięsa dzika i jelenia. Poza tym mam pięciogalonowy kanister z benzyną. Mogę ci dać benzynę, ale chcę kanister z powrotem albo inny na zamianę.
— No, mogę dać ci za to pudełko cygar — powiedział Uczciwy John.
Twarz Mike’a rozjaśnił uśmiech.
— Teraz już wiem, dlaczego nazywają cię Uczciwym Johnem.
— Mike — Sharon uśmiechnęła się słodko — pozwól mi się potargować.
John odłożył skręta. — Uuu, zabrzmiało groźnie.
— Wspominałam już, że przez pół roku byłam oficerem zaopatrzenia? — zapytała i pochyliła się do przodu. — Zastanawiam się, czy miejscowe władze wiedzą dokładnie, co przewozisz swoją łodzią…
28
Mike ostrożnie postawił ostatnią skrzynkę ręcznie zawijanych imperialsów. Cygara były związane sznurkiem w pęczki po pięćdziesiąt sztuk. Skrzynki z cygarami i beczułki rumu tworzyły spory stos.
Uczciwy John potarł twarz dłonią i skrzywił się.
— Chryste, chyba nie powinienem się targować po pijanemu.
— I nigdy nie graj z nią w pokera — poradził Mike. — Oskubie cię do czysta.
— Już to zrobiła — jęknął handlarz.
— Nie przesadzaj — powiedziała Karen. — Wiesz jak dobrze sprzeda się w Hawanie ten zaprawiony winem jeleń? Nie mówiąc już o muszkatołowej brandy. Zbijesz na tym fortunę.
Handlarz tylko się uśmiechnął.
— To była dobra wizyta, moi drodzy — powiedział. — Uważajcie na siebie. Nie szarżujcie.
Mike spojrzał na handlarza ze ściągniętymi brwiami.
— Mówiłeś, że jaki masz stopień? — zapytał.
— Starszy mat.
Poklepał się po kieszeniach kwiecistej koszuli i wyciągnął cygaro i zapałki. Gwałtownie potarł zapałkę kciukiem i przypalił cygaro.
— Dlaczego pytasz?
— „Nie szarżujcie” to nie jest wyrażenie z marynarki — odpowiedział Mike.
— Musiałem gdzieś to usłyszeć — wyjaśnił handlarz.
— A nie mówiłeś przypadkiem, że dopiero niedawno dostałeś kartę powołania?
— Będzie ze dwa tygodnie temu — potwierdził ostrożnie John. — A bo co?
— Tak tylko pytałem — odpowiedział Mike z uśmiechem. — Większość kart wysłano w zeszłym roku. Znam tylko jedną grupę, którą wezwano w ciągu ostatnich kilku miesięcy.
— O czy wy mówicie? — zapytała Sharon i zmarszczyła czoło.
— O niczym. — Mike zamknął bagażnik.
— Trzymajcie się. — Harry uściskał Sharon. — Uważajcie na siebie, dobrze?
— Będziemy.
— Odzywajcie się co jakiś czas — pożegnała ich z uśmiechem Karen. — Herman z przyjemnością posłucha o waszych przygodach.
— Jasne. — Cally uściskała kobietę. — Na pewno do niego napiszę.
— Nie lubię ckliwych pożegnań. I muszę złapać przypływ. — John uściskał Sharon i Cally i pomachał do Mike’a. — Powiedz temu sukinsynowi Kiddowi, że pozdrawia go Toksyna.
— Powiem — przyrzekł z uśmiechem Mike.
— I przekaż Taylorowi, że może mnie pocałować w moją wielką, tłustą dupę.
— Dobra — zaśmiał się Mike.
— Trzymaj się, wężu — zakończył John i odszedł w kierunku przystani.
Zaczął wołać dwóch brakujących członków załogi, ale po chwili namysłu wskoczył do łódki, odcumował i zaczął wiosłować w kierunku wyjścia z portu.
Kiedy wypływał już na pełne morze, dwóch półnagich facetów ściganych przez dwie również niekompletnie ubrane kobiety wybiegło z bungalowu i puściło się pędem wzdłuż wybrzeża za oddalającą się łódką.
— Mamo, co te panie krzyczą? — zapytała niewinnie Cally.
— Chyba „Do zobaczenia, kochanie” — odpowiedziała Sharon i popchnęła ją lekko na oparcie tylnego siedzenia.