Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]
- Автор: Ринго Джон
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: ISA
- ISBN: 83-88916-73-4
- Переводчик: Przemyslaw Bielinski
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]». Краткое содержание книги:
Wybraliśmy walkę.
Mike i jego rodzina mieli swój udział w tak obfitym połowie.
Uczciwy John wypożyczył Mike’owi do końca ich pobytu łódź, i kuter codziennie wypływał na morze. Mike wracał obładowany homarami i różnymi gatunkami ryb, a Sharon, Cally i Karen razem z delfinami zbierały przybrzeżne stworzenia. Chociaż O’Neal zamierzał spędzać jak najwięcej czasu z rodziną, jego żonę i córkę ciągnęło do raf koralowych i zabaw z butlonosami, on sam zaś wolał żeglować, łowić ryby i nurkować na głębokim morzu.
Doświadczony kapitan udowodnił, że niekoniecznie trzeba mieć „kuter na tuńczyki”, żeby łowić te ryby, kiedy trafili na ogromną ich ławicą. Mike był zachwycony, czując potężne brania tych pasiastych, żarłocznych morskich potworów; John i jego współpracownik z Keys cieszyli się z połowu. Świeże tuńczyki były na rynku cennym towarem.
Mike wzbudził także pewien podziw dla swoich umiejętności nurkowania — głównie za sprawą małego, eksperymentalnego zestawu do oddychania z GalTechu. Aparat pobierał tlen i azot z wody. Butla miała niewielkie rozmiary, ale jej zawartość była tak silnie skompresowana, że starczała nawet na kilka dni. Zestaw działał do głębokości trzydziestu sześciu metrów, i dzięki jego niewielkim rozmiarom Mike miał wrażenie, jakby nurkował bez sprzętu.
Mógł podpływać do zwykle płochliwych kolorowych wargaczy i strzępieli, nie niepokojąc ich bąbelkami powietrza. A jeśli mimo to czmychały, i tak zwykle udawało mu się je dogonić; jego krępe ciało i gigantyczne płetwy umożliwiały mu niewiarygodnie szybki atak.
Udawało mu się czasem nawet upolować młodego tuńczyka, zaciekawionego dziwnym, podobnym do foki stworzeniem. Najwspanialszym trofeum Mike’a okazał się trzynastokilogramowy okaz żółtopłetwej ryby.
Mike’owi udało się wreszcie odciągnąć Cally od delfinów i zabrać ją na całodzienną wyprawę wędkarską. Kiedy płynęli wzdłuż wstęgi wodorostów, zahaczyła wielkiego dorado; niewiele brakowało, a wciągnąłby ją do wody. Jeśli była jeszcze obrażona na ojca za to, że oderwał ją od zabawy z butlonosami, zapomniała o tym natychmiast, widząc mieniącą się wszystkimi kolorami tęczy rybę, szamoczącą się w kilwaterze łodzi i z upiornym gwizdem wybierającą żyłkę z kołowrotka.
Mike, Sharon i Cally spędzali większość wieczorów w pubie, jedząc złowione ryby i rozmawiając z Harrym, Bobem, Uczciwym Johnem i Karen na temat usłyszanych w radiu wiadomości. Już o ósmej Cally była tak zmęczona, że Mike musiał ją zanosić do łóżka. Później albo rozmowa toczyła się dalej, albo Mike i Sharon szli do swojego pokoju i przypominali sobie czasy swoich pierwszych wspólnych wyjazdów.
Przez dwa ostatnie wieczory jedynym tematem wiadomości była wojna. Wieści nie były dobre. Hurraoptymizm po Diess został zdławiony przez informacje o rozpoczęciu kampanii na Irmansul, gdzie Posleeni natychmiast uzyskali przewagę nad większością azjatyckich oddziałów. W pierwszym tygodniu walk trzecia armia Chińczyków poniosła ponad stutysięczne straty w ludziach. Spodziewano się, że Darhelowie wezwą na pomoc europejskie posiłki. Europejczycy i Amerykanie ponieśli przerażające straty w walce z Posleenami na Barwhon i Diess, ale precyzyjna koordynacja współdziałania pozwoliła uniknąć rzezi, która spotkała siły chińskie i południowoazjatyckie.
W trakcie dyskusji Mike — a ku rozbawieniu wszystkich również i Cally — zauważył, że najlepsze jednostki rozlokowano na Barwhon, a nie na Ziemi. W barwhońskich oddziałach duży odsetek stanowili weterani, do tego wojska te zostały najlepiej przygotowane do walki z kosmicznymi centaurami. W porównaniu z nimi stan pozostawionych na Ziemi jednostek był poniżej krytyki. Sformowano je z drugorzędnych żołnierzy z Francji, Niemiec i Stanów Zjednoczonych, i wcale nie były lepsze niż azjatyckie jednostki.
Rozbicie pierwszych wojsk ekspedycyjnych i późniejsza niespodziewana rzeź na Barwhon pozbawiły NATO większości wyszkolonych oddziałów. Odmłodzeni oficerowie i podoficerowie z czasem mieli uzupełnić powstałe braki kadrowe, ale obecnie, dopóki reformy wprowadzone przez Hornera i Taylora nie przynosiły efektów, jednostki broniące kraju równie dobrze mogłyby cofnąć się do etapu podstawowego szkolenia.
Wszystko to było wyjątkowo trudno wyjaśnić mieszkańcom przystani.
— Chwilunia — powiedział zaczepnie lekko podchmielony żeglarz — przecież to są żołnierze, no nie?
— Jasne, John — stwierdził O’Neal — ale żołnierka to nie tylko strzelanie z karabinu. Wojna polega przede wszystkim na wysłaniu strzelających i całego ich zaplecza tam, gdzie jest wróg. Bo przecież nawet Posleeni nie są wszędzie.
— A dlaczego tak trudno ich znaleźć? — spytał Harry. — Będą gdzieś tam — powiedział, wskazując ogólnie w kierunku Zatoki Florydzkiej.
— Znajdziesz ich — odpowiedział ponuro Mike — albo oni znajdą ciebie. Ale żeby regularne wojska przetrwały, muszą się okopać.
Rozumiesz?
— Nie — przyznał Harry. — Ale biorę na wiarę.
Mike zaciągnął się dymem z cygara i zastanowił, jak mu to wytłumaczyć.
— Dobra. Idziesz na wojnę. Masz jednostrzałowy pistolet. Ci drudzy wystawiają pięćdziesięciu gości z karabinami maszynowymi.
Co zrobisz?
Harry przez chwilę drapał się w głowę.
— Chyba zastrzelę gościa, który mnie tam posłał.
— Właśnie — zgodził się Mike. — Ale jeśli jesteś schowany za murami, zdążysz przeładować broń i jeszcze kogoś zabić, mam rację? Cholera, może nawet uda ci się przeżyć.
John wypił łyk zaprawionego cytryną rumu.
— Zgadza się.
— Tak więc trzeba walczyć na przygotowanych pozycjach. Albo musisz mieć tylu ludzi, żeby obsadzić duży front, albo wiedzieć, gdzie pojawią się Posleeni. A musisz zdawać sobie sprawę, że mogą w każdej chwili spaść z nieba w każdym dowolnym miejscu.
— Wietnamczycy mieli wszędzie małe baterie artylerii przeciwlotniczej — powiedział Uczciwy John i beknął. — Dlaczego my tak nie możemy?
Mike uniósł brew.
— Technologia. Wietnamczycy dostali działa przeciwlotnicze od Rosjan. Rosjanie mieli mnóstwo fabryk i sprzętu. A my dopiero musimy nauczyć Galaksjan nie tylko tego, co mają produkować, ale i jak mają to robić na skalę masową. Tymczasem w zasadzie mamy do czynienia z produkcją superchałupniczą. Nie mamy dość broni, żeby unieszkodliwić lądowniki Posleenów.
— I musimy uderzyć ich na ziemi — wtrąciła Cally, pojawiając się nie wiadomo skąd po naleśnik ze skrzydelnikami. — Dopóki nie dadzą mamie prawdziwego statku i nie dostaniemy więcej dział grawitacyjnych klasy dziewięć, mamy przesrane.
Włożyła do ust porcję jedzenia i wróciła do zabawy w kącie.
— A ty twierdzisz, że jeśli zaatakujemy ich na lądzie, dostaniemy po dupie — powiedział Uczciwy John. Uśmiechnął się przebiegle. — Założę się, że można im dokopać, nie używając taktyk, które poszły w odstawkę po Belleau Wood. — Wypił łyk rumu i wyciągnął skręta.
— Powinniśmy podkraść się do nich od tyłu.
— A potem co? — zapytał z zaciekawieniem Mike. Uczciwy John zawsze rozmawiał tylko o rybach i morzu, kilka razy o wojsku, ale teraz po raz pierwszy ujawnił jakąś głębszą wiedzę — jakby nagle zerwał z twarzy maskę i zawołał „A-ha!”.
— Zaatakować konwoje z ukrycia? Zniszczyć magazyny z zaopatrzeniem? Porwać ich kadrę?
Mike pokręcił głową.