Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]
- Автор: Ринго Джон
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: ISA
- ISBN: 83-88916-73-4
- Переводчик: Przemyslaw Bielinski
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]». Краткое содержание книги:
Wybraliśmy walkę.
— Musisz na niego uważać. Nieprzypadkowo nazwaliśmy go Herman Hesse[3].
Wszystkie trzy przez większość dnia pływały z wielkimi ssakami morskimi u wybrzeży wysepki po stronie Zatoki Florydzkiej.
Cally mocno trzymała się Shirlie, która ważyła dwieście trzydzieści kilogramów i była najcięższa z całej czwórki. Pozostałe trzy delfiny — Herman, który przylgnął do Sharon, Charlie Brown i Ted — były samcami. Ted popłynął gdzieś po południu na kilka godzin, ale reszta została z nimi.
Basen dawał schronienie rzadkim gatunkom morskich organizmów, które można było wymieniać na drogie towary. Zebrano tu siedem gatunków ukwiałów, kilkanaście gatunków jeżowców, dwa typy homarów i kilka innych zwierząt. Sharon patrzyła, jak Cally nurkuje na małym delfinie na dno basenu. Na głębokości około pięciu metrów ośmiolatka zaczęła plądrować rafę. Zanim się wynurzyła, aby zaczerpnąć powietrza, w jej torbie z kawałka sieci znalazła się gąbka, krab pająkowaty i jeżowiec.
— Jest cudownie — powiedziała Sharon, lekko odgarniając wodę i obracając się tak, żeby mieć na oku Hermana — ale czuję się już zmęczona.
Karen się uśmiechnęła.
— Trochę się to różni od tego, co zwykle robisz, co?
— Troszkę — przyznała Sharon.
Widziała, że delfin próbuje podpłynąć do niej od tyłu.
— Czym się zajmujesz? — spytała Karen.
Do ich dzisiejszej wyprawy przygotowała się bardzo starannie.
Zapakowała lekki posiłek składający się z zimnej sałatki z homara, owoców i świeżej wody. Sharon wzięła koszulkę i dopilnowała, żeby Cally zrobiła to samo. Prażące słońce południowej Florydy mogłoby ich poparzyć. Sharon nasmarowała Cally kremem do opalania.
Siebie nie musiała, gdyż te same nanity, które chroniły żołnierzy Floty przed skutkami promieniowania, radziły sobie tak samo dobrze z oparzeniami słonecznymi.
Sharon patrzyła, jak Cally szykuje się do kolejnej wyprawy do podwodnej rafy. Sama była zbyt zmęczona, żeby nawet myśleć o nurkowaniu, ale energiczna dziewczynka wydawała się tak samo żwawa, jak na początku wyprawy.
— Jestem pierwszym oficerem na fregacie — odpowiedziała, patrząc, jak córka chwyta przechodzącego obok szerokogłowego kraba.
Zwierzęta te ceniono w krajach Orientu jako afrodyzjaki, dlatego u kupców osiągały bardzo wysokie ceny.
— Co to znaczy? Co konkretnie robisz? — zainteresowała się Karen.
Nigdy nie spotkała człowieka, który był w kosmosie.
Sharon w pierwszej chwili nie wiedziała, jak jej to wytłumaczyć. Jak wyjaśnić ciągły niepokój o to, który niezbędny system zaraz wysiądzie i jak statek i ona poradzą sobie, kiedy nadejdzie czas bitwy?
— Głównie czekam, aż skończy się powietrze — powiedziała w końcu i uśmiechnęła się.
Karen zrozumiała, że na razie nie może oczekiwać bardziej wyczerpującej odpowiedzi, więc tylko kiwnęła głową.
— Musimy już wracać.
Wrzuciła prawie pełną sieć do chłodziarki w pontonie. Wyciągnęła uprząż i mrugnęła do Sharon.
— Jak myślisz, czy jeśli zakołyszesz biodrami, uda ci się zwabić tu Hermana?
Mike wypił kolejny łyk piwa i dmuchnął dymem z cygara. Niebo ciemniało, a słynna purpura karaibskich wieczorów powoli znikała. Dziewczyn nie było przez cały dzień i nadchodziła pora ich powrotu.
— Jeśli to nie raj — powiedział Mike do handlarza — to jest to coś bardzo zbliżonego do raju.
— Rzeczywiście niewiele różni się od raju — przyznał Uczciwy John. — Pod wieloma względami żyje się tu lepiej. A przynajmniej wolniej. Tyle tylko że albo pływasz, albo toniesz, i to czasem dosłownie.
— A co robi Straż Przybrzeżna? — zapytał ze śmiechem Mike.
John też się zaśmiał.
— Ma trzymać w szachu piratów, ale wielu jej członków przydzielono do jakoby ważniejszych zadań, więc Straż nie jest już taka sprawna.
— Straciłeś wiele łodzi?
— Kilka wpadło w ręce piratów. Przynajmniej na to wygląda.
Łodzie po prostu znikają na spokojnym morzu. Handlarze stale prowadzą wojnę z tymi sukinsynami Martinellitos, którzy chcą kontrolować cały tutejszy handel.
Handlarz zmarszczył czoło i spojrzał na swoją łódź, jakby chciał się upewnić, że nic jej nie grozi.
— Masz z nimi duży kłopot?
Handlarz parsknął śmiechem i pokręcił głową.
— Nie… już nie.
Najwyraźniej nie chciał więcej mówić na ten temat.
— Inny problem polega na tym, że wiele łodzi się psuje; pływają dłużej, niż powinny. Poza tym handlarze nie są prawdziwymi żeglarzami, którzy wiedzieliby, jak nawigować za pomocą wiatru i gwiazd.
Kiedy więc stracą GPS, naprawdę się gubią. Jeden chciał popłynąć tylko z Los Pinos do Key West. Odcinek ma może dwieście mil.
Głupi skurwiel wylądował aż koło Bermudów. Bez masztów, bez słodkiej wody, na wpół obłąkany. Nigdy nie zrozumiem, jak, u diabła, można minąć Bahamy i ich nie zauważyć. — Kapitan wciągnął do płuc dym z cygara. — Przecież nie mógł być aż tak nawalony.
Cholera, i on chce jeszcze wrócić na morze.
Mike zaśmiał się ponuro. Sam miał własną listę dokumentnie spieprzonych akcji, poczynając od działań wojsk ekspedycyjnych na Diess.
— Nie rozumiem, jak mogło do tego dojść. — Zatoczył koło ręką, w której trzymał butelkę. — Gdzie się wszyscy, u licha, podziali? Rozumiem turystów, ale emeryci?
Na całej Florydzie mieszkało wielu emerytów. Niektórzy wprawdzie zostali wezwani do wojska, ale to był tylko mały procent. Gdzie podziała się reszta?
— To się działo stopniowo — zaczął mu tłumaczyć Uczciwy John.
— Nie tylko tu, ale na całej Florydzie. Najpierw zaczęło ubywać turystów. Później każdy, kto tylko potrafił utrzymać młotek albo obsługiwać prasę, nie obcinając sobie przy tym palców, ruszał na północ w poszukiwaniu pracy. Właśnie wtedy Urząd Rybołówstwa przywrócił połowy sieciowe na wodach Florydy i niektórzy próbowali się tym zająć. Kiedy odkryli, jakie to trudne, większość z nich też wyjechała. A potem wojsko wchłonęło wszystkich młodych ludzi.
Uśmiechnął się i zaciągnął cygarem.
— Sam miałem zostać wezwany do wojska — zaśmiał się. — Ale wolny handlarz jest „ważnym ogniwem produkcji wojennej” — co nie wymagało nawet większych nacisków na pewnego kongresmana — więc przekonałem komendę uzupełnień, że nie warto robić ze mnie nafaszerowanego prochami starszego żołnierza. W każdym razie zanim się zorientowaliśmy, liczba mieszkańców Florida Keys spadła poniżej dwudziestu tysięcy. To byli głównie emeryci. Domy spokojnej starości i centra opieki zaczynały mieć problemy z pielęgnowaniem swoich podopiecznych, bo po prostu brakowało obsady. Przejście huraganu Eloise było świetnym pretekstem do ewakuowania emerytów, którym nie można było „zapewnić dostatecznej opieki”. Dlatego na Key West zostali tylko rybacy i ich rodziny.
Federalne prawo głosi, że elektrownie Florydy muszą dostarczać nam energię. Ale po przejściu Eloise przepis ten „zawieszono na czas nieokreślony”, bo, jak powiedzieli, brakuje części zamiennych.
To było w zeszłym roku. I tak właśnie — zakończył — doszło do tego, do czego doszło.
Wciągnął w płuca kolejną porcję dymu z cygara i napił się whisky, którą przywiózł Mike.
— Zaschło mi w gardle. Od wieków tak dużo nie gadałem.
Mike w zamyśleniu zaciągnął się dymem z cygara. Whisky dziadka O’Neala miała łagodny smak, więc handlarz pił ją duszkiem, jak wodę. Ale w końcu alkohol musiał zacząć na niego działać.
3
Herman Hesse (1877–1962) — szwajcarski laureat nagrody Nobla w dziedzinie literatury, którego dzieła poruszają temat dwoistości ludzkiej egzystencji i odosobnienia artysty