Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
– Pójdę – rzekł w końcu ciężko, bolejąc nad własną głupotą.
– No to pójdziemy razem – mruknął Hremarg bez emocji w głosie, puszczając z ust jeszcze jedno kółeczko dymu.
– Nie musisz tego robić – powiedział zdziwiony Arivald.
– Jestem wnukiem Kordana Siwej Burzy, czarodzieju – rzekł dumnie Hremarg. – Nie wiesz, że mój dziad zginął w walce z koboldami?
– Nie sądzę, abyśmy natknęli się tu na jakiegoś – mag lekko wzruszył ramionami – ale twoja pomoc będzie dla mnie łaską losu – dodał uprzejmie i rzeczywiście był zadowolony.
Towarzystwo młodego, ale doświadczonego już krasnoludzkiego wojownika mogło okazać się pomocne. Mogło też się takie nie okazać, jeżeli Hremarg koniecznie chciał zostać bohaterem.
Krasnolud odwrócił się i dał znać Parharasowi, że może już podejść. Razelmont zbliżył się niespiesznym krokiem i bez słowa usiadł.
– Kiedy będziemy gotowi? – zapytał Arivald.
– Nie sądzę, abyśmy byli kiedykolwiek bardziej gotowi, niż jesteśmy w tej chwili. Nic więcej nie odczytam z tych map. Wszystko wyjaśni się na miejscu.
– Każę przygotować zapasy na drogę. – Ostrogłów podniósł się z miejsca. – Jutro o świcie ruszymy.
Arivald skinął głową na znak zgody i nagle poczuł wielki strach. Pakował głowę w paszczę lwa, ale teraz nie mógł się już wycofać bez utraty poważania u krasnoludów. Inna sprawa, że później wycofanie się nie będzie hańbą, jeżeli odkryją, iż mapy nie odpowiadają rzeczywistości. A tak też mogło się zdarzyć.
To, że mapy nie odpowiadają rzeczywistości, okazało się już po wejściu na dolny poziom kopalń. Krasnoludy zwiozły Arivalda i jego dwóch towarzyszy windą, a potem wskazały drogę do następnego zejścia. Tam trzeba już było użyć lin. Na szczęście wystarczyło przymocować je do starego kołowrotu i całe zejście poszło gładko. Ale mapa, niestety, nie oddawała rzeczywistego stanu rzeczy.
– Cholera, tu powinna być ściana – zaklął Arivald, przyświecając sobie górniczą lampką.
Na razie wolał nie używać zaklęć, bo ich stosowanie w miejscach tak przesyconych magią jak Ghorlarg było ryzykowne.
– Mogły być jakieś wstrząsy tektoniczne – mruknął Parharas – i zawaliło ją…
– A tę zbudowało – rzekł opryskliwie Hremarg wskazując ścianę, której według mapy być nie powinno.
Parharas zamilkł i przygryzł wargi. W świetle lampy jego twarz miała szary odcień, a migające cienie nadawały jej nieco przerażający wyraz.
– Więc? – poddał Arivald.
– Wracamy – zdecydował krasnolud.
Czarodziej odetchnął z ulgą. Skoro Hremarg sam stwierdził, że kontynuowanie wyprawy mija się z celem, to wszyscy powinni być zadowoleni. Oczywiście oprócz Wyrknuha, który będzie musiał się pogodzić z zaprzestaniem eksploatacji kopalni.
– Nie! – rzekł nagle Parharas. – Ja idę.
I zaraz ruszył przed siebie. Arivald nie zdołał nawet zareagować, a Razelmont już zniknął w mroku. Nie miał ani lampy, ani mapy. Nie mógł również korzystać z Aury, nawet po to, by najprostszym zaklęciem rozświetlić mrok. Po prostu rozpłynął się w ciemności korytarzy. Przez chwilę tylko słyszeli szuranie jego butów, a potem i ten odgłos umilkł. Krasnolud popatrzył na Arivalda ze zdumieniem.
– Oszalał – powiedział kręcąc głową – a wydawał się przywiązany do własnej skóry.
Czarodziej już chciał przytaknąć krasnoludowi, kiedy nagle zdał sobie sprawę, że Razelmont mógł ich oszukać. Celowo wprowadził w błąd co do odczytania mapy, a sam poznał właściwe jej znaczenie. No tak, ale mapa była w rękach Hremarga. Czy Parharas był w stanie zapamiętać wszystkie szczegóły? Wydawało się to absolutnie niemożliwe, zważywszy w dodatku na fakt, że nie mógł użyć żadnego zaklęcia, które w tym by mu pomogło. Parharas Razelmont był co prawda wybitnym specjalistą od map, ale czy potrafił je zapamiętywać z zegarmistrzowską precyzją?
– Albo i nie oszalał – rzekł Arivald i przymknął oczy.
Stał przed trudnym wyborem. Kontynuowanie podróży oznaczało wielkie ryzyko, ba, może nawet samobójstwo. Ale z drugiej strony chciał wiedzieć, jakie tajemnice aż tak ciągnęły Parharasa do Ghorlargu.
– Możemy iść jego śladem – powiedział. – Sprawa byłaby o wiele prostsza, gdyby korzystał z Aury, wtedy poszlibyśmy za nim jak po sznurku. Ale i tak mogę śledzić jego kroki. Do pewnego momentu – dodał – więc musimy szybko podjąć decyzję.
Ostrogłów strzelił palcami.
– Lubię ludzi z ikrą – rzekł. – Idziemy.
Znając krasnoludy, Arivald wiedział, że na decyzję Hremarga znaczący wpływ miało jego pochodzenie. W końcu, jeżeli należy się do rodu Kordana Siwej Burzy, nie można wycofać się w chwili, kiedy inny uczestnik wyprawy (i to człowiek!) sądzi, iż można iść dalej. Co powiedziałyby krasnoludy, gdyby Ostrogłów wrócił samotnie? Wyśmiewano by go do samej śmierci, zresztą prawdopodobnie dość szybkiej, bo na szyderstwa musiałby odpowiadać ostrzem topora i wcześniej czy później ktoś by go zabił. Niestety Arivald nie brał pod uwagę tych implikacji. Pytanie zadał, jakby miał do czynienia z normalnym towarzyszem wędrówki, człowiekiem, a nie z uwikłanym w setki ambicjonalnych zależności krasnoludem.
– To idźmy – odparł wzdychając i wypowiedział Gończego Psa Irlina.
Było to jedno z najprostszych zaklęć poszukiwawczych (im prostsza magia, tym lepiej używać jej w Ghorlargu, jeżeli już w ogóle się jakiejś używa), a Irlin znany był jako twórca czarów nieskomplikowanych, lecz skutecznych. Należał do grona tych czarodziei, którzy nad zawiłe dyskusje naukowe i dysertacje poświęcone teoretycznym bzdurom przedkładają praktykę. Magiem nie był wybitnym, ale prócz stworzenia Gończego Psa zasłynął jeszcze kilkoma mniej znanymi zaklęciami. Takimi choćby jak Zapach Irlina, zaklęcie do tej pory stosowane w czarodziejskich pracowniach. Powodowało ono, że te zwykle zatęchłe, duszne lub zadymione pomieszczenia napełniały się świeżym powietrzem, pachnącym, wedle uznania, sosnowym lasem, morskimi falami lub nawet różnymi mieszankami kwiatowymi. Po drobnych przeróbkach można było dzięki temu czarowi płatać przeróżne figle, tak jak uczynił to Kafias Białoręki, zaklinając pałac księcia Lothara Wymirskiego, tak by we wszystkich pomieszczeniach śmierdziało gnijącym mięsem. Zabawy Kafiasa (spowodowane pewnymi sporami na temat wysokości zapłaty za czarodziejskie usługi) stały się jedną z przyczyn rewolucji w Wymirze i powstania tam tak zwanej Trzydniowej Republiki. Trzy dni drogi dzieliły bowiem włości Lothara od księstwa jego wuja, który nie był zadowolony ze zdetronizowania bratanka. Republikę utopiono we krwi, a dowcipnego Kafiasa ukrzyżowano. Zresztą zdołał się wyzwolić z kaźni i uciekł do Silmaniony, gdzie trafił do więzienia, co przyjął, nawiasem mówiąc, z wielką ulgą.
Natomiast Gończy Pies powodował, że poszukiwana osoba pozostawiała za sobą ślad. Mógł to być w zależności od woli czarodzieja efekt świetlny, zapach lub dźwięk. Zaklęcie działało na małą odległość i tylko w chwilę po rozstaniu z poszukiwaną osobą, ale akurat oba te warunki były spełnione. Arivald zażyczył sobie, aby za Parharasem ciągnęła się świetlna nić, i rychło w korytarzu zmaterializowała się lśniąca srebrem smużka. Obaj poszli jej śladem. Jednak Arivald nie poprzestał tylko na świetlnej nici. Aby dokładnie znać każdy krok Razelmonta, potrzebne było silniejsze zaklęcie. Też jedna z mutacji Gończego Psa, ale nieco bardziej skomplikowana. Przez to zresztą dużo bardziej niebezpieczna, zważywszy, że było się w Ghorlargu. Czarodziej zażyczył sobie, by na ziemi odbijał się ślad stóp Parharasa, i teraz widzieli blade odbicia podeszew jego butów na kamieniach. Dzięki temu mogli iść dokładnie tak jak ich zbiegły towarzysz, co było o tyle ważne, że skoro on potrafił ominąć pułapki, to Arivald i Hremarg powinni ominąć je również. Powinni, ale stuprocentowej pewności nie mieli. Arivald posępnie pomyślał, że byłby pierwszym członkiem Tajemnego Bractwa od wielu lat, który dałby głowę w Ghorlargu. Paskudne zakończenie miłego życia.