Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
Poznając ją, zrozumiałem, że pięć stóp i dwa cale to najlepszy wzrost dla kobiety, czterdzieści lat najwspanialszy wiek, a sto dziesięć funtów stanowi najodpowiedniejszą wagę, podobnie jak kontralt jest dla kobiety najwłaściwszym głosem. Fakt, że moja ukochana nie posiadała żadnej z tych cech, nie był istotny. Katie Farnsworth sprawia, że są one najodpowiedniejsze dla niej, ponieważ jest zadowolona z tego, co ma. Już na starcie zdumiała mnie najbardziej wielkodusznym przejawem gościnności, jaki kiedykolwiek spotkałem.
Wiedziała od swojego męża, że nie mieliśmy nic na sobie. Wiedziała także, iż sądził, że byliśmy z tego powodu zawstydzeni. Przyniosła więc dla nas ubrania.
A sama była naga.
Nie, to nieprawda. Ja byłem nagi, ona była nie ubrana. Nie, to też nieodpowiednie określenie. Obnażona? Odsłonięta?
Nie — była ubrana we własne piękno, jak Pramatka Ewa przed upadkiem. W jej wydaniu wydawało się to tak całkowicie na miejscu, iż zadałem sobie pytanie, jak mogłem kiedykolwiek ulec złudzeniu, że brak ubrania równa się obsceniczności.
Drzwi w kształcie muszli otworzyły się. Wyszedłem na zewnątrz i pomogłem wysiąść Margrethe. Pani Farnsworth upuściła na ziemię to, co przyniosła, objęła moją żonę i pocałowała ją.
— Margrethe. Witaj, kochanie.
Moja najdroższa objęła ją i ponownie zaczęła pociągać nosem.
Następnie pani Farnsworth wyciągnęła rękę do mnie.
— Pana też witam, panie Graham. Alec.
Ująłem jej dłoń, lecz nie uścisnąłem jej, ale pochyliłem się nad nią, trzymając ją delikatnie jak cenny przedmiot z porcelany. Miałem wrażenie, że powinienem ją ucałować, ale nikt mnie nie nauczył, jak to się robi.
Pani Farnsworth przyniosła dla Margrethe letnią sukienkę w kolorze jej oczu. Styl tego stroju przywodził na myśl Arkadię z mitów. Można było sobie wyobrazić, że nosiła ją leśna nimfa. Była zawieszona na lewym ramieniu, po prawej stronie rozcięta aż do dołu, lecz w pasie miała sporą zakładkę. Ten prosty strój po obu stronach kończył się długą szarfą. Jeden z jej końców można było przeciągnąć przez sprzączkę, co pozwalało owinąć oba wokół talii Margi, a następnie zawiązać je po jej prawej stronie.
Przyszło mi do głowy, że był to strój, który pasował na każdego. Mógł być noszony jako luźny lub obcisły, niezależnie od figury, lecz od tego, jak go zawiązano. Katie przygotowała też dla Margi niebieskie sandały pasujące kolorem do sukienki. Dla mnie przyniosła meksykańskie sandały — „zapatos” — otwarte obuwie z kawałków rzemieni. Mogły one — podobnie jak suknia Margi — pasować niemal na każdego, zależnie od tego, jak je zawiązano. Wręczyła mi też spodnie i koszulę, na pierwszy rzut oka podobne do tych, które nabyliśmy w Winslow w „Używanych ciuchach”. Były one jednak szyte na zamówienie, z czystej wełny, a nie produkowane masowo, z taniej bawełny. Miała też skarpetki, które dopasowały się do moich stóp oraz szorty z dzianiny, chyba odpowiednich rozmiarów.
Gdy już nas odziała, na trawie wciąż pozostało ubranie — należące do niej. Zrozumiałem wtedy, że podeszła do bramy ubrana, rozebrała się na miejscu i czekała na nas „ubrana” podobnie jak my.
To się nazywa uprzejmość.
Ubrawszy się weszliśmy wszyscy do samochodu. Pan Farnsworth odczekał chwilę, zanim ruszył.
— Katie, nasi goście to chrześcijanie.
Pani Farnsworth wyglądała na zachwyconą.
— Och, to bardzo interesujące!
— Tak też myślałem. Alec? Zapamiętaj sobie. W tej okolicy nie ma wielu chrześcijan. Przy mnie i Katie możesz mówić swobodnie… ale gdy w pobliżu będzie ktoś inny, byłoby lepiej, gdybyś nie wyrażał głośno swoich przekonań. Rozumiesz?
— Hmm. Obawiam się, że nie.
W głowie mi się kręciło. Odczuwałem też dzwonienie w uszach.
— No więc… chrześcijaństwo nie jest tu zabronione. W Teksasie panuje swoboda religijna. Niemniej chrześcijanie bynajmniej nie są tu lubiani i ich religia ma z reguły charakter podziemny. Hmm… jeśli chcecie się skontaktować ze swoimi współwyznawcami, to myślę, że moglibyśmy odszukać katakumbę. Jak sądzisz, Katie?
— Och, na pewno można by znaleźć kogoś, kto ma dojście. Mogę wypuścić czujki.
— Tylko, jeśli Alec sobie tego życzy, kochanie. Alec, nie grozi ci, że zostaniesz ukamienowany. To nie jest jakaś zacofana wiocha. Nie zagraża ci poważne niebezpieczeństwo, nie chciałbym jednak, żebyś spotkał się z dyskryminacją lub obelgami.
— Sybil — powiedziała Katie Farnsworth.
— Ojej! Tak jest. Alec, nasza córka jest dobrą dziewczyną i jest na tyle kulturalna, na ile można tego oczekiwać od nastolatki. Jest jednak początkującą czarownicą, świeżo nawróconą na Starą Wiarę i zarówno jako neofitka, jak i nastolatka, traktuje to ze śmiertelną powagą. Sybil nie będzie nieuprzejma dla gości. Katie dobrze ją wychowała, a poza tym wie, że obdarłbym ją żywcem ze skóry. Zrobiłbyś mi jednak przysługę, gdybyś nie narażał jej na zbyt wielki stres. Jak z pewnością wiesz, każdy nastolatek to bomba zegarowa, gotowa wybuchnąć w każdej chwili.
— Będziemy bardzo ostrożni — oświadczyła Margrethe w moim imieniu. — Czy ta „Stara Wiara” to kult Odyna?
Poczułem dreszcz… tego zaczynało już być za dużo. Ale nasz gospodarz zaprzeczył:
— Nie sądzę, aby tak było. Możesz zapytać Sybil, jeśli jesteś gotowa narazić się na zagadanie na śmierć. Będzie próbowała cię nawrócić. Jest bardzo zaangażowana.
Katie Farnsworth dodała:
— Nigdy nie słyszałam, żeby Sybil wspominała o Odynie.
Najczęściej mówi o Bogini. Czy druidzi nie wierzyli w Odyna? Naprawdę nie wiem. Obawiam się, że Sybil uważa nas za tak beznadziejnie zacofanych, że nawet nie zada sobie trudu, aby z nami rozmawiać o teologii.
— Więc my też o niej nie mówmy — odezwał się Jerry, włączając silnik.
Rezydencja Farnsworthów była długa, niska i chaotycznie zaplanowana. Czuło się w niej posmak rozleniwiającego dostatku. Jerry otworzył przed nami swoje „portecochere”. Wysiedliśmy wszyscy. Poklepał dach swojego samochodu tak, jak klepie się konia. Pojazd odjechał sam, kryjąc się za rogiem budynku. Weszliśmy do środka. Nie będę opisywał ich domu, choć był piękny i urządzony bogato, jak to w Teksasie, ponieważ jego wygląd zmieniał się zbyt często, aby warto było to robić. Większość z tego, co widzieliśmy, stanowiły — jak mówił Jerry — „hologramy”. Jak mógłbym je opisać? Utrwalone sny? Trójwymiarowe obrazy? Powiem to tak — krzesła były prawdziwe. Podobnie blaty stołów. Co do reszty sprzętów w tym domu, lepiej było dotykać ich ostrożnie, aby się upewnić, czy są rzeczywiste, ponieważ mogły być równie piękne jak tęcza… i równie niematerialne.
Nie wiem, w jaki sposób produkowano te zjawy. Mam wrażenie, że w tym świecie obowiązywały nieco inne prawa fizyki niż w Kansas w czasach mojej młodości.
Katie zaprowadziła nas do pomieszczenia, które Jerry nazywał „pokojem rodzinnym”. Jerry zatrzymał się jak wryty.
— To cholerne hinduskie kurestwo!
Był to bardzo wielki pokój, którego sufit wydawał się znajdować na wysokości niemożliwej w jednopiętrowym domu wiejskim. Każda ściana, łuk, alkowa, architraw i belka były pokryte rzeźbami. I to jakimi! Zaczerwieniłem się. Najwyraźniej skopiowano je z tej osławionej jaskini świątynnej w południowych Indiach, w której wszystkie możliwe perwersje są ukazane w bezwstydny i obsceniczny sposób.
— Przepraszam, kochanie! — powiedziała Katie. — Dzieciaki tu tańczyły.