Tomek na tropach Yeti
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Приключения Томека Вильмовского #4
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-064-6
- Жанр: Детские и приключения
Электронная книга - «Tomek na tropach Yeti». Краткое содержание книги:
— Mimo to nie powinniśmy pomagać zbójom.
— Dobrze mówisz — rzekł z uznaniem bosman. — Może powiedzmy ojcu i Smudze o tych karabinach?
— Nie, bosmanie. Nie powinniśmy żądać od pana Smugi, aby zachował się nielojalnie wobec Pandita Davasarmana. Lepiej nic nie mówmy nikomu. Mam pewien projekt. Sami cichaczem wyjmiemy karabiny, a na ich miejsce włożymy kamienie.
— Do niczego twój pomysł. Pamirskie zbóje na pewno zechcą sprawdzić zawartość ładunku, zanim przejmą go od nas. Którykolwiek z nich wsunie łapsko w rulon i już wszystko się wyda.
— Ha, tak źle i tak nie dobrze — zmartwił się Tomek. — Mimo to nie powinniśmy przyczyniać się do rozlewu krwi.
Bosman przysiadł na posłaniu obok druha. W milczeniu wysączył trzy kubki jamajki, zakurzył fajkę, a potem odezwał się:
— Może coś da się zrobić w tej sprawie. Kładź się do łóżka i narzekaj na bóle w krzyżu. Jutro też musisz być chory. Jeśli uda się nam tylko we dwóch pozostać w obozie, kiwniemy zbója i Anglików.
— Co pan wykombinował?
— To się okaże w praniu, teraz prześpij się naprawdę, bo mam coś pilnego do załatwienia.
Bosman wyszedł z namiotu. Zbliżył się do Wilmowskiego i Smugi, dokonujących przeglądu juków oraz uprzęży koni.
— Zrobiłem Tomkowi masaż, ale chłopak nie czuje się najlepiej. Obawiam się, że jutro nie powinien jeszcze siadać na szkapę — informował ich bosman, udając zmartwionego.
— Biedny Tomek, już idę do niego — powiedział zaniepokojony Wilmowski.
— Lepiej pogadaj z nim później, Andrzeju. Akurat zasypiał, gdy wychodziłem z namiotu. Czy nie moglibyśmy jutro urządzić jednodniowego wypoczynku? To by Tomkowi doskonale pomogło na te bóle w krzyżu.
— Halo, Davasarmanie, przyjdź tu z łaski swojej razem z Sadyr Chodżą — zawołał Smuga.
— Co się stało, sahibie? — niespokojnie zapytał Pandit. — Czyżby młody sahib czuł się gorzej?
— O to właśnie chodzi. Narzeka na bóle w krzyżu — odpowiedział Smuga. — Czy możemy sobie pozwolić na urządzenie jutro jednodniowego wypoczynku? Kiedy mamy się spotkać z Naib Nazarem?
— Zastanówmy się, sahibie. Orszak weselny będzie przejeżdżał przez Wzgórze Kupców w piątek w południe. Dzisiaj mamy dopiero wtorek. Stąd do Wzgórza Kupców możemy dotrzeć w półtora dnia. Chyba nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy umożliwili młodemu sahibowi konieczny wypoczynek.
— Co sądzisz o naszym zamiarze, Sadyr Chodżo? Czy zdążymy na czas? — upewnił się Wilmowski. — Jeśli tylko Allach zechce, to zdążymy — rzekł Kandżut.
— Miejmy nadzieję, że twój Allach okaże się dla nas łaskawy. Wobec tego jutro odpoczywamy — orzekł Smuga.
Bosman kiwnął głową na Sadyr Chodżę. Wyprowadził go poza obóz. Upewniwszy się, iż nikt nie może ich podsłuchać, zagadnął:
— Czy bardzo przypadła ci do gustu moja pukawka?
— To zaczarowana broń, z innej nie ustrzeliłbyś tego orła, sahibie — odparł Sadyr Chodża. — Wiedziałeś, że muszę chybić i dlatego drwiłeś ze mnie, pozwalając strzelać aż trzy razy.
— Chciałbyś ją mieć, co?
Sadyr Chodża chytrze spoglądał na bosmana, starając się odgadnąć jego zamiary.
— Słuchaj, brachu, podaruję ci karabin, jeśli jutro z samego rana namówisz białych sahibów na polowanie z nagonką na górskie kozice. Aż ślinka idzie do ust na świeże mięso. No, co myślisz o mojej propozycji? — kusił marynarz.
— Orzeł buja w obłokach, a kozice kryją się wysoko w górach. Niełatwo je upolować.
— Nie żądam przecież, żebyś zastrzelił kozicę. Biali sahibowie sami to uczynią. Ty namów ich tylko na polowanie.
— A jeśli nie zechcą pójść?
— Zachęć ich odpowiednio, to na pewno pójdą. Pamiętaj jednak mój zasadniczy warunek: wszyscy ludzie mają wziąć udział w polowaniu.
— Podczas drogi nigdzie nie spostrzegłem kozic — zafrasował się Sadyr Chodża.
— Głupi jesteś, brachu! Czy koniecznie musisz widzieć kozice, żeby urządzić polowanie? — oburzył się bosman. — Na każdym postoju rozkładasz dywanik i trykasz w niego głową [144], więc poproś swego Allacha, aby cię oświecił!
— Dobrze radzisz, szlachetny sahibie, Kismet [145], jeśli Allach zechce, będę miał twoją broń.
— Niech będzie, jak chcesz, stary cwaniaku, wręczę ci go w chwili wyruszenia na łowy. Zgoda?
— Rzekłeś, szlachetny sahibie!
Wieczorem uczestnicy ekspedycji odwiedzali Tomka, troskliwie wypytując go o zdrowie.
Młodzieniec nieco postękiwał, narzekał na bóle krzyża i nieznacznie mrugał okiem do bosmana. Sadyr Chodża przed ułożeniem się do snu długo klęczał na swym dywaniku. Raz po razie pochylał czoło, zapewne usilnie prosząc o coś miłosiernego Allacha.
Noc minęła spokojnie. Następnego ranka podróżnicy wcześnie zerwali się z posłań, zaintrygowani krzykami Kandżutów. Lotem błyskawicy rozeszła się po obozie wieść, iż Sadyr Chodża spostrzegł na pobliskich szczytach znaczne stado dzikich pamirskich baranów.
— Guldża [146]! Widziałem dziesiątki sztuk dużych guldża! Były również wśród nich młode! — wołał podniecony, wskazując ręką na grupę urwistych szczytów. — O, tam właśnie je widziałem! Przed chwilą skryły się za skałami!
— Czy to na pewno były guldża? — ciekawie dopytywał się Wilmowski.
— Wielkie, zakręcone rogi guldża rozpoznam gołym okiem nawet na najdalszym szczycie — zapewnił Sadyr Chodża. — Tu łatwo byłoby je osaczyć. Liczne rozpadliny uniemożliwiają baranom szybką ucieczkę. Doskonale znam tę okolicę!
— Janie, mamy dzisiaj dzień odpoczynku, może wobec tego urządzilibyśmy małą wycieczkę, aby chociaż przyjrzeć się z bliska rzadko już obecnie spotykanym baranom pamirskim — zaproponował Wilmowski, który jako łowca zwierząt niezmiernie interesował się różnymi okazami fauny.
— Nie wiem, czy zdołamy je podejść. Barany są nadzwyczaj płochliwe. Umykają po urwiskach z niezwykłą zręcznością — odparł Smuga. — Ciekawie byłoby zobaczyć je w dzikim stanie na łonie natury...
— Sahibie, przyobiecaj dastur Mahmed Alemu, aby poprowadził nagonkę, ja zaś będę waszym przewodnikiem. Na obiad zjemy guldża — gorączkowo zachęcał Sadyr Chodża.
— Jak myślisz, Pandicie Davasarmanie, czy możemy narażać ludzi na dodatkowe marsze? — zwrócił się Wilmowski do Hindusa. — Nie chciałbym wywołać niezadowolenia. Wszyscy są zmęczeni, należy im się dzień wypoczynku.
— Moi ludzie przywykli do nużących marszów. Konną jazdę traktują jako wypoczynek. Możemy zapolować na barany — odpowiedział Pandit Davasarman.
— Mahmed Ali poprowadzi moich i sahiba Pandita Davasarmana ludzi, jako nagonkę. Spłoszą guldża akurat w naszym kierunku — wtrącił Sadyr Chodża.
— Wszyscy nie możemy iść na polowanie. Przecież oprócz Tomka jeszcze ktoś musi pozostać w obozie — zauważył Wilmowski.
— Ja pozostanę z Tomkiem — odezwał się bosman, który dotąd w milczeniu przysłuchiwał się naradzie. — Dość już mam tego wspinania się po górzyskach, wolę tę przyjemność pozostawić wam i... baranom.
Cała gromada wybuchnęła śmiechem, słysząc tę przymówkę. Zaczęli przygotowywać się do drogi. Sadyr Chodża podszedł do bosmana. Stanął przed nim wyczekująco.
— Czekasz jak diabeł na duszę! Chodź, zarobiłeś na pukawkę! — mruknął bosman, klepiąc Kandżuta po ramieniu. — Wróćcie przed wieczorem...
144
Bosman miał na myśli pokłony wykonywane przez mahometan podczas pięciokrotnie każdego dnia odmawianej przez nich modlitwy, zwanej po arabsku “salat”, a polegającej na wykonywaniu odpowiednich ruchów, skłonów ciała oraz wymawiania religijnych tekstów. Salat, w myśl przepisów Koranu, musi być odprawiana w “czystym miejscu”, toteż w podróży mahometanin modli się na małym dywaniku, zwrócony twarzą w kierunku Mekki — świętego miejsca muzułmanów.
145
Kismet oznacza w języku arabskim przeznaczenie.
146
Nazwą “guldża” krajowcy określają podgatunek dzikich baranów żyjących jedynie w Pamirze, dla odróżnienia od gatunku argali (Ovis ammon), który w wielu podgatunkach zamieszkuje góry Azji Środkowej. Marco Polo pierwszy opisał barany pamirskie i od jego imienia otrzymały nazwę “Ovis ammon poloi”.