Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]
- Автор: Перес-Реверте Артуро
- Язык: польский
- Переводчик: Filip Lobodzinski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]». Краткое содержание книги:
Pérez-Reverte po raz kolejny dowodzi swojej pomysłowości i erudycji. Szachownica flamandzka to powieść detektywistyczna, w której dochodzenie prowadzone jest na kilku płaszczyznach; to jak rozwiązywanie łamigłówki wymagające dobrej znajomości sztuki, szachów i psychologii. Ale tym razem autor chyba przekombinował. Fabuła jest nazbyt wymyślna i skomplikowana, za to bohaterowie nie dość przekonujący, aby uwiarygodnić tę historię. Zainteresowały mnie dzieje obrazu i postaci na nim przedstawionych, ale jakoś nie potrafiłam się przejąć niebezpieczeństwem grożącym Julii i jej przyjaciołom.
Belmonte zmarszczył czoło. Najwyraźniej taka ewentualność bardzo mu była nie w smak.
– Mam nadzieję, że nie. Koniec końców, to był mój obraz. – Popatrzył na papierosa w ręku wzrokiem, jakim umierający spogląda na święte oleje, i na jego ustach pojawił się słaby chytry uśmieszek, nie pozbawiony inteligentnej złośliwości. – I ciągle jest mój.
– Pozwoli pan, don Manuelu, że jeszcze o coś zapytam?
– Pani pozwolę na wszystko.
– Czy słyszał pan kiedykolwiek, żeby bratanica rozmawiała z mężem o zasięgnięciu opinii historyka sztuki?
– Nie sądzę. Nie przypominam sobie, a chyba o czymś takim bym nie zapomniał… – Patrzył na Julię zaintrygowany i pełen podejrzeń. – Profesor Ortega zdaje się był kimś takim, prawda…? Historykiem sztuki. Nie sugeruje pani chyba…
Julia postanowiła zwijać żagle. Wolała nie posuwać się za daleko, więc wybrnęła z sytuacji za pomocą najpiękniejszego ze swoich uśmiechów.
– Nie myślałam o Alvarze Ortedze, ale o jakimkolwiek historyku sztuki… Ale to nic dziwnego, jeśli była ciekawa, ile obraz jest wart albo jakie są jego dzieje…
Belmonte zerknął zadumany na plamy pokrywające wierzch jego dłoni.
– Nigdy o tym nie wspominała. Spodziewam się zresztą, że powiedziałaby mi, bo dużo rozmawialiśmy o van Huysie. Zwłaszcza kiedy rozgrywaliśmy tę samą partię, nad którą siedzą postacie… Rzecz jasna graliśmy ją do przodu. Wie pani co…? Chociaż przewaga jest po stronie białych, Lola, grając czarnymi, zawsze wygrywała.
Prawie przez godzinę chodziła tam i sam we mgle i usiłowała uporządkować myśli. Na twarzy i włosach perliły jej się krople wilgoci. Przeszła obok wejścia do hotelu Pałace, którego odźwierny, wystrojony w cylinder i uniform ze złotymi galonami, schronił się pod markizą, owinięty w płaszcz, który nadawał mu bardzo dziewiętnastowieczny i londyński wygląd, jak ulał do mgły. Brakuje tu jeszcze – pomyślała – dorożki z latarnią przyćmioną na skutek smogu, oraz wysiadających z niej Sherlocka Holmesa i jego wiernego Watsona. A gdzieś w brudnej mgle mógłby czaić się niecny profesor Moriarty. Napoleon zbrodni. Geniusz zła.
Za dużo ludzi gra ostatnio w szachy. Każdy może mieć wystarczające powody, żeby interesować się van Huysem. Za dużo portretów dostrzega wewnątrz tego cholernego obrazu.
Muńoz. On był jedyną osobą, którą poznała po tym, jak pojawiła się tajemnica. Podczas niespokojnych godzin, kiedy przekręcała się w łóżku, na próżno kusząc sen, tylko jego nie widywała w koszmarnych wizjach. Na jednym końcu kłębka Muńoz, a cała reszta postaci na drugim. Ale jego też nie mogła być pewna. Rzeczywiście, poznała go potem, kiedy pierwsza tajemnica już się ujawniła, ale zanim historia wróciła do punktu wyjścia i nabrała odmiennej tonacji. Przy tak zaawansowanym splocie wydarzeń nie można było mieć absolutnej pewności, że śmierć Alvara i pojawienie się tajemniczego szachisty to elementy tego samego posunięcia.
Zrobiła jeszcze parę kroków i stanęła, czując, że twarz ma całą mokrą od otaczającej mgły. W ostatecznym rozrachunku pewna mogła być tylko siebie samej. Tylko tym dysponowała, żeby iść naprzód. Tym – i pistoletem, który dalej nosiła w torebce.
Poszła do klubu szachistów. W holu leżały trociny, widać było parasole, płaszcze i peleryny, unosił się zapach wilgoci, dymu tytoniowego i szczególna woń miejsc uczęszczanych wyłącznie przez mężczyzn. Przywitała się z dyrektorem Cifuentesem, który usłużnie wyszedł jej na spotkanie, a gdy pomruki na widok dziewczyny jęły cichnąć, rozejrzała się po stołach, chcąc odnaleźć Muńoza. Siedział pochłonięty grą, oparty łokciem o poręcz krzesła. Nieruchomy, z podbródkiem w dłoni, przypominał sfinksa. Jego przeciwnik, młody człowiek w grubych okularach dalekowidza, oblizywał wargi i strzelał niespokojnymi spojrzeniami w kierunku wytrawnego gracza, jakby obawiał się, że ten lada chwila zniszczy misterną linię obronną, którą, sądząc po nerwowym zachowaniu i wyczerpanej minie, zbudował wokół własnego króla z najwyższym wysiłkiem.
Muńoz był jak zwykle spokojny i nieobecny i można by przysiąc, że jego oczy nie tyle studiują szachownicę, ile raczej odpoczywają patrząc na nią. Kto wie, może właśnie oddawał się tym marzeniom, o których kiedyś opowiadał Julii, szybował myślą tysiące kilometrów od stolika szachowego, a jego matematyczny umysł układał i wykluczał nieskończone kombinacje? Trzech czy czterech kibiców przyglądało się rozgrywce z pozornie większym zainteresowaniem, niż dawało się zauważyć u samych zawodników. Co i raz wymieniali po cichu komentarze, sugerując taki czy inny ruch. Napięcie panujące wokół stołu kazało przypuszczać, że oczekiwano teraz decydującego posunięcia Muńoza, które ostatecznie pogrzebie młodego okularnika. To dodatkowo tłumaczyło nerwy tego ostatniego, który oczami wyolbrzymionymi przez szklane soczewki patrzył na swojego przeciwnika niczym niewolnik na arenie, otoczony przez lwy, co błaga o zmiłowanie wszechpotężnego cesarza w purpurach.
W tym momencie Muńoz podniósł wzrok i zobaczył Julię. Przez parę sekund przypatrywał jej się uważnie, jak gdyby jej nie poznał, po czym powoli wrócił do siebie ze zdziwieniem na twarzy. Przypominał kogoś, kto zbudził się ze snu albo przyjechał z dalekiej podróży. Gestem zaprosił dziewczynę w pobliże stolika, jego spojrzenie wyraźnie się ożywiło. Znów zerknął na szachownicę, chcąc sprawdzić, czy tam wszystko w porządku, by w końcu bez wahania, nie spiesząc się i nie na chybcika, ale z rozmysłem – przesunąć pionka. Wokół stołu rozległ się pomruk rozczarowania, a młody okularnik popatrzył na niego najpierw zdumiony, jakby był skazańcem ułaskawionym tuż przed egzekucją, następnie zaś uśmiechnięty i zadowolony.
– No, dalej to już warcaby – ocenił któryś z gapiów.
Muńoz, wstając od stołu, wzruszył ramionami.
– Tak – odparł. Nie patrzył już na szachownicę. – Ale goniec na d7 doprowadziłby do mata w pięciu.
Porzucił grupkę i podszedł do Julii, tymczasem kibice Studiowali wariant, o którym przed chwilą mówił. Julia ukradkiem pokazała w ich stronę.
– Muszą nienawidzić pana z całego serca – rzekła cicho.
Szachista przechylił głowę, a jego minę równie dobrze można było uznać za daleki uśmiech, jak i za grymas pogardy.
– Pewnie tak – odpowiedział, wziął do ręki płaszcz i ruszył naprzód. – Zlatują się jak sępy, w nadziei że będą świadkami, jak ktoś mnie wreszcie rozszarpie na strzępy.
– Ale pan pozwala z sobą wygrać… Dla nich to musi być upokarzające.
– Mniejsza o to – w jego głosie nie było śladu zadufania ani dumy, tylko bezinteresowna wzgarda. – Za nic w świecie nie chcą stracić żadnej mojej partii.
W szarej mgle okalającej muzeum Prado Julia poinformowała go o okolicznościach rozmowy z Belmontem. Muńoz wysłuchał do końca bez słowa komentarza, nawet kiedy dziewczyna wyjawiła mu, jakie hobby ma bratanica. Wilgoć nie przeszkadzała szachiście: spacerował powoli, wsłuchany w opowieść Julii, w rozpiętym płaszczu, z poluźnionym, jak zwykle, węzłem krawata. Głowę miał pochyloną, a oczy wbite w niezbyt czyste czubki butów.
– Pytała mnie pani kiedyś, czy kobiety też grają w szachy… – odezwał się w końcu. – Odpowiedziałem wtedy, że wprawdzie szachy są grą typowo męską, ale zdarzają się dobre szachistki. Tyle że należą do wyjątków.
– Które, jak podejrzewam, potwierdzają regułę.
Muńoz potarł dłonią czoło.
– Złe pani podejrzewa. Wyjątek nie tyle potwierdza, ile unieważnia albo niszczy wszelkie reguły… Dlatego tak bardzo trzeba uważać przy wyprowadzaniu wniosków. Ja tylko powiedziałem, że kobiety słabo grywają w szachy, a nie, że wszystkie źle grają. Rozumie mnie pani?
– Rozumiem.