Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]
- Автор: Перес-Реверте Артуро
- Язык: польский
- Переводчик: Filip Lobodzinski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]». Краткое содержание книги:
Pérez-Reverte po raz kolejny dowodzi swojej pomysłowości i erudycji. Szachownica flamandzka to powieść detektywistyczna, w której dochodzenie prowadzone jest na kilku płaszczyznach; to jak rozwiązywanie łamigłówki wymagające dobrej znajomości sztuki, szachów i psychologii. Ale tym razem autor chyba przekombinował. Fabuła jest nazbyt wymyślna i skomplikowana, za to bohaterowie nie dość przekonujący, aby uwiarygodnić tę historię. Zainteresowały mnie dzieje obrazu i postaci na nim przedstawionych, ale jakoś nie potrafiłam się przejąć niebezpieczeństwem grożącym Julii i jej przyjaciołom.
Julia wyszła na ulicę. Na dworze panowała lepka chłodna wilgoć. Trzęsąc się w grubej skórzanej kurtce, zatrzymała taksówkę. Podczas jazdy co chwila odwracała głowę do taksówkarza, z roztargnieniem reagując na jego czczą gadaninę, a światła miasta rzucały jej na twarz na przemian szybkie błyski i cienie. Wreszcie położyła głowę na oparciu i zamknęła oczy. Przed wyjściem z domu włączyła alarm elektroniczny i zamknęła drzwi na dwa razy. W bramie jej wzrok przyciągnęła krata automatyczna – mogła w niej tkwić kolejna karteczka. Tej nocy jednak niczego nie znalazła. Niewidzialny gracz dalej rozmyślał o swoim następnym ruchu.
W Stephan's był tłum. Pierwszą osobą, jaką ujrzała po wejściu, był Cesar, który siedział z Sergiem na otomanie. Chłopak, z grzywką w śmiesznym nieładzie, przytakiwał słuchając, co antykwariusz szepcze mu do ucha. Cesar palił, z nogą założoną na nogę, dłoń z papierosem położył na kolanie, drugą gestykulował blisko ramienia podopiecznego, jednak powstrzymując się przed kontaktem fizycznym. Na widok Julii poderwał się i poszedł jej na spotkanie. Nie wyglądał na zaskoczonego, że dziewczyna pojawiła się tu o tej porze, nieumalowana, w skórzanej kurtce i dżinsach.
– Tam jest – powiedział tylko, pokazując wnętrze lokalu z miną obojętną, która źle maskowała lekkie rozbawienie.
– Na którejś z tych sof w głębi.
– Dużo wypiła?
– Jak mityczna gąbka. Obawiam się, że poza tym dosłownie sypie się z niej biały proszek… Nie mogła tak często latać do damskiej ubikacji za potrzebą. – Spojrzał na żar papierosa i uśmiechnął się jadowicie. – Dopiero co wywołała skandal, strzelając w pysk Montegrifa na środku baru… Masz pojęcie, kochanie? Był to widok naprawdę – smakował w ustach słowo, nim wypowiedział je z miną konesera – rozkoszny.
– A Montegrifo?
Miejsce zadowolenia na twarzy antykwariusza zajął okrutny uśmiech.
– Był niesamowity, moja miła. Właściwie boski. Odszedł wyprostowany, z godnością, jak to on. Z szalenie wyzywającą blondynką pod rękę, trochę może wulgarną, ale dobrze ubraną. Ona dosłownie cała zaczerwieniona, i słusznie. To było coś – uśmiechnął się wyjątkowo złośliwie. – Muszę przyznać, księżniczko, że gość czuje światła rampy. Przyjął policzek ze spokojem, okiem nie mrugnął, jak jakiś twardziel z filmu. Ten wasz aukcjoner to ciekawy typek… Zachował się absolutnie w porządku. Jak prawdziwy matador.
– Gdzie jest Max?
– Nie widziałem go tu, czego bardzo żałuję. – Na jego usta powrócił przewrotny uśmieszek. – Byłaby to niezwykła rozrywka. Wisienka na torcie.
Zostawiwszy Cesara, Julia przeszła w głąb lokalu, po drodze pozdrawiając paru znajomych. Wreszcie zobaczyła przyjaciółkę. Menchu siedziała sama, wciśnięta w sofę, oczy miała mętne, spódniczkę trochę za bardzo podciągniętą, a na jednej pończosze groteskowo puszczone oczko. Robiła wrażenie, jakby nagle postarzała się o dziesięć lat.
– Menchu…
Ledwie rozpoznała Julię. Mamrotała bez ładu i składu, uśmiechała się niedorzecznie. W końcu przechyliła głowę w lewo i w prawo i wybuchła krótkim, niepewnym śmiechem pijaczki.
– Przechlapałaś go sobie – powiedziała po chwili miękkim głosem, nie przestając się śmiać. – Ten młot stał tu, pół gęby jak pomidor… – Wyprostowała się nieco i potarła zaczerwieniony nos, nie dostrzegając ciekawskich i zgorszonych spojrzeń, jakie posyłano jej z sąsiednich stolików, – Głupi bezczel.
Julia czuła, że cały lokal wlepił w nie oczy, mogła dosłyszeć ciche komentarze. Mimowolnie się zarumieniła.
– Jesteś w stanie stąd wyjść?
– Chyba tak… Ale czekaj, opowiem ci…
– Później. Teraz idziemy.
Menchu wstała z wysiłkiem, szarpiąc w dół spódniczkę. Julia narzuciła jej płaszcz na ramiona i z jaką taką godnością wyprowadziła ku drzwiom. Podszedł do nich Cesar.
– Wszystko w porządku?
– Tak. Poradzę sobie.
– Na pewno?
– Na pewno. Do jutra.
Na ulicy Menchu, chwiejąc się zdezorientowana, szukała wzrokiem taksówki. Ktoś z okna przejeżdżającego samochodu obdarzył ją epitetem.
– Zabierz mnie do domu, Julia… Proszę.
– Twojego czy mojego?
Popatrzyła na nią, jakby z trudem ją rozpoznawała. Poruszała się jak lunatyczka.
– Do twojego.
– A Max?
– Już po Maksie… Pożarliśmy się… Koniec.
Zatrzymały taksówkę, Menchu zwinęła się w kłębek na tylnym siedzeniu. Po chwili wybuchła płaczem. Obejmując ją, Julia poczuła, że jej przyjaciółka cała się trzęsie pośród szlochów. Samochód stanął na światłach, blask okna wystawowego padł na jej udręczoną twarz.
– Przepraszam… Jestem ostatnia…
Julii było aż nieprzyjemnie ze wstydu. Co za absurdalna sytuacja. Cholerny Max – powiedziała w duchu. – Cholera z nimi wszystkimi.
– Nie gadaj głupot – przerwała jej rozdrażniona. Popatrzyła na plecy taksówkarza, który przyglądał im się zaciekawiony w lusterku, a kiedy znów odwróciła się do Menchu, zaskoczona napotkała w jej oczach niespodziewany, krótki przebłysk trzeźwości. Jak gdyby opary narkotyku i alkoholu nie zdołały opanować wszystkich zakamarków jej organizmu. Julia dostrzegła tam niezmierzone głębie o mrocznych znaczeniach. Ten wyraz twarzy tak nie pasował do ogólnego stanu jej przyjaciółki, że poczuła się zbita z pantałyku. I wtedy Menchu znowu przemówiła, a jej słowa zabrzmiały jeszcze dziwniej.
– Ty niczego nie rozumiesz… – kręciła z bólem głową, jak zranione zwierzę. – Ale niech się dzieje, co chce… Chcę, żebyś wiedziała…
Urwała, jakby właśnie ugryzła się w język, jej spojrzenie wtopiło się w ciemność. Taksówka na nowo ruszyła, a Julia siedziała zamyślona i zdezorientowana. Trochę za dużo jak na jedną noc. Jeszcze brakuje – pomyślała z głębokim westchnieniem, obawiając się, że cała sytuacja nie wróży niczego dobrego – żeby w domofonie tkwiła kolejna karteczka.
Tej nocy obyło się bez karteczek, mogła się więc zająć Menchu, która poruszała się jak we mgle. Zanim ją położyła, zrobiła jej dwie filiżanki kawy. Krok po kroku, z cierpliwością prawdziwego psychoanalityka przy kozetce, udało jej się mimo bełkotliwych pomruków i chwil milczenia odtworzyć wydarzenia tego dnia. Maxowi, okropnemu Maxowi, przyszło do głowy, że wybierze się w podróż, i to w najmniej odpowiedniej chwili. Jakiś idiotyzm związany z pracą w Portugalii. Menchu przeżywała trudny okres, więc uznała postanowienie Maxa za akt egoistycznej dezercji. Zaczęli się kłócić, w wyniku czego Max, zamiast załagodzić kwestię w łóżku, jak miał dotąd w zwyczaju, trzasnął drzwiami. Menchu nie miała pojęcia, czy wróci, czy też nie, ale w tym momencie guzik ją to obchodziło. Nie chcąc sterczeć w domu sama, postanowiła pójść do baru Stephan's. Parę działek koki postawiło ją na nogi, wprawiając w stan agresywnej euforii… Siedziała w kącie, nie myśląc o Maksie, sączyła jedno za drugim bardzo wytrawne martini i zaczynała nawiązywać kontakt wzrokowy z upiornie przystojnym facetem, któremu najwyraźniej nie była obojętna, kiedy nagle scena się zmieniła: Paco Montegrifo wpadł na kretyński pomysł, żeby się pojawić akurat w tym miejscu, w towarzystwie jednej z tych obwieszonych klejnotami zdzir, z którymi często się prowadzał… Sprawa procentu jeszcze była.świeża, Menchu wyczuła niejaką ironię w powitaniu dyrektora, co podziałało na nią, jak to piszą w powieściach, niczym sól sypana na ranę. Strzeliła go w pysk bez namysłu, pac, jak w dawnych, dobrych czasach, ku wielkiemu zdumieniu zainteresowanego… Wielki skandal, koniec pieśni. Kurtyna.