Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]
- Автор: Перес-Реверте Артуро
- Язык: польский
- Переводчик: Filip Lobodzinski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]». Краткое содержание книги:
Pérez-Reverte po raz kolejny dowodzi swojej pomysłowości i erudycji. Szachownica flamandzka to powieść detektywistyczna, w której dochodzenie prowadzone jest na kilku płaszczyznach; to jak rozwiązywanie łamigłówki wymagające dobrej znajomości sztuki, szachów i psychologii. Ale tym razem autor chyba przekombinował. Fabuła jest nazbyt wymyślna i skomplikowana, za to bohaterowie nie dość przekonujący, aby uwiarygodnić tę historię. Zainteresowały mnie dzieje obrazu i postaci na nim przedstawionych, ale jakoś nie potrafiłam się przejąć niebezpieczeństwem grożącym Julii i jej przyjaciołom.
– Nie przeczy to faktowi, że w praktyce kobiety mają nienadzwyczajne wyniki jako szachistki… Dam pani przykład: w Rosji, gdzie szachy są narodową rozrywką, tylko jednej kobiecie. Wierze Mienczik, udało się dorównać największym mistrzom.
– Z czego to wynika?
– Może z tego, że szachy wymagają zbyt dużej obojętności na świat zewnętrzny. – Zatrzymał się i popatrzył na Julię. – A jaka jest ta Lola Belmonte?
Dziewczyna zamyśliła się.
– Nie wiem, jak ją określić. Antypatyczna. Być może despotka… Agresywna. Szkoda, że nie było jej w domu, jak poszliśmy tam obydwoje.
Stali koło cembrowiny kamiennej fontanny, zwieńczonej niewyraźną sylwetką posągu, który groźnie pochylał się ku nim we mgle. Muńoz przygładził włosy do tyłu, spojrzał na zmoczoną dłoń i wytarł ją o płaszcz.
– Agresja, uzewnętrzniona albo wewnętrzna, charakteryzuje wielu graczy – uśmiechnął się zdawkowo, nie precyzując, czy ta definicja obejmuje także jego. – Szachistę zazwyczaj utożsamia się z człowiekiem osaczonym, w jakiś sposób uciskanym… Atak na króla, czyli sens gry, zamach na władcę, byłby więc formą wyzwolenia się z tego stanu. Widziana z takiej perspektywy gra może zainteresować kobietę… – przez usta Muńoza znów przebiegł słaby uśmiech. – Podczas rozgrywki ludzie wokół wydają się bardzo malutcy.
– A poprzez ruchy naszego przeciwnika odkrył pan u niego podobną cechę?
– To niełatwe pytanie. Mam za mało danych. Za mało ruchów. Na przykład: kobiety wykazują często predylekcję do gry gońcami – wchodząc w szczegóły, Muńoz wyraźnie się ożywiał. -…Nie znam przyczyn, dla których tak się dzieje, ale być może ta figura, poruszająca się bardzo w głąb szachownicy i po przekątnej, ma najbardziej żeński charakter ze wszystkich. – Machnął ręką, jakby sam nie przywiązywał specjalnej wagi do tego, co mówił, i chciał wymazać własne słowa. – Na razie jednak czarne gońce nie odgrywają w naszej partii ważnej roli… Jak pani widzi, mamy mnóstwo pięknych teorii, które do niczego nie służą… Stoimy przed problemem podobnym do tego na szachownicy: jesteśmy w stanie sformułować hipotezy, domysły, ale bez dotykania bierek.
– A zdradzi mi pan którąś hipotezę…? Czasem mam wrażenie, że doszedł pan do jakichś wniosków, ale nie chce ich nam pan wyjawić.
Muńoz przechylił głowę, jak zwykle, gdy miał się zmierzyć z trudnym zagadnieniem.
– To skomplikowana sprawa – odparł po krótkim wahaniu. – Mam w głowie parę koncepcji, ale stoję przed problemem, o którym właśnie pani powiedziałem… W szachach nie ma sposobu, żeby coś udowodnić, dopóki nie zrobi się ruchu, a wtedy już za późno na korektę.
Ruszyli dalej, mijając z jednej strony kamienne ławki, z drugiej zamazane we mgle ogrodzenia. Julia westchnęła cicho.
– Gdyby ktoś mi powiedział, że będę iść śladem mordercy po szachownicy, uznałabym, że oszalał. Do imentu.
– Już mówiłem pani, że szachy mają dużo wspólnego z dochodzeniem policyjnym. – Muńoz znowu machnął dłonią w powietrzu, jakby przesuwał figurę po planszy. – Jeszcze przed Conan Doyle'em ma pani metodę analityczną Dupina, u Poe.
– Edgara Allana Poe…? Nie uwierzę, że on też grał w szachy.
– Byt wielbicielem szachów. Najsłynniejszą anegdotą jest jego śledztwo w sprawie tak zwanego Gracza Maelzela, który prawie nigdy nie przegrał partii… Poe poświęcił mu esej napisany w tysiąc osiemset trzydziestym którymś. Żeby rozwikłać jego zagadkę, przeprowadził szesnaście wariantów analitycznych, by wreszcie dojść, że wewnątrz automatu musi znajdować się ukryty człowiek.
– I to samo pan robi? Szuka ukrytego człowieka?
– Próbuję, ale to niczego nie gwarantuje. Nie jestem Allanem Poe…
– Oby się panu udało, to leży w moim interesie… Pan jest moją ostatnią nadzieją.
Muńoz poruszył ramionami i milczał przez chwilę.
– Nie chciałbym, żeby się pani za bardzo łudziła – rzekł, przeszedłszy kilka kroków. – Kiedy zaczynałem grać w szachy, były takie momenty, w których sądziłem, że nie przegram żadnej partii… I nagle, w samym środku euforii, padałem pokonany i dopiero klęska pozwalała mi znów stanąć twardo na ziemi – przymknął oczy, jakby czaił się na kogoś we mgle. – Okazuje się, że każdy znajdzie lepszego od siebie przeciwnika. Dlatego dobrze jest trwać w zdrowej niepewności.
– Mnie ta niepewność wykańcza.
– Ma pani powody, by tak to odczuwać. Przystępując do partii, szachista wie, że walka będzie bezkrwawa. Pociesza się, że to w końcu tylko gra… Pani przypadek jest inny.
– A pan…? Uważa pan, że on domyśla się pańskiej roli w tej historii?
Muńoz zrobił wymijającą minę.
– Nie mam pojęcia, czy on wie, kim jestem. Ale jest pewien, że ktoś potrafi odczytać jego posunięcia. W innym razie gra nie miałaby sensu.
– Chyba powinniśmy odwiedzić Lolę Belmonte.
– Zgoda.
Julia spojrzała na zegarek.
– Jesteśmy blisko mojego domu, więc najpierw zapraszam pana na kawę. Jest u mnie Menchu, pewnie już wstała. Ma problemy.
– Poważne?
– Na to wygląda. Wczoraj w nocy zachowywała się nad wyraz dziwnie. Chciałabym, żeby pan ją poznał – zamyśliła się z niewesołą miną. – Zwłaszcza teraz.
Przeszli na drugą stronę alei. Samochody jechały powoli, oślepiając ich światłami.
– Jeśli to Lola Belmonte zorganizowała cały ten horror – rzekła Julia nagle – to ją zamorduję tymi rękami…
Muńoz popatrzył na nią zaskoczony.
– Założywszy, że teoria o agresywności jest słuszna – powiedział, a Julia stwierdziła, że spogląda na nią z nieznanym jej dotychczas, pełnym zainteresowania szacunkiem – to byłaby z pani znakomita szachistka, o ile chciałaby pani poświęcić się szachom.
– Już zaczęłam – odparła, patrząc z niechęcią na otaczające ją mętne, mgliste cienie. – Od jakiegoś czasu gram w szachy. I za cholerę mnie to nie bawi.
Wsunęła klucz w potężny zamek i przekręciła go dwukrotnie. Muńoz czekał obok na podeście. Składał na ramieniu płaszcz, który właśnie zdjął.
– Wszystko jest rozbebeszone – powiedziała. – Rano nie miałam czasu posprzątać…
– Nie ma znaczenia. Najważniejsza jest kawa.
Julia weszła do pracowni, położyła torebkę na krześle i rozsunęła żaluzje w lukarnie. Mglista jasność dnia napłynęła do środka, oblewając wnętrze szarym światłem, niezdolnym rozgonić cieni z najdalszych zakątków mieszkania.
– Za ciemno – powiedziała i podeszła do kontaktu lampy. W tym momencie zobaczyła zdziwienie w oczach Muńoza i w nagłej panice pobiegła wzrokiem za jego spojrzeniem.
– Gdzie postawiła pani obraz? – spytał szachista. Nie odpowiedziała. Głęboko w niej coś pękło. Wpatrywała się nieruchomo, szeroko otwartymi oczyma, w puste sztalugi.
– Menchu – wymamrotała po chwili, czując, że wszystko się w niej wywraca. – Zapowiadała mi to wczoraj w nocy, u ja, jak ta głupia, nie zwróciłam uwagi…!
Żołądek skurczył się jej w odruchu potwornych mdłości, w ustach poczuła gorzką żółć. Spojrzała nieprzytomnie na Muńoza i, nie mogąc się dłużej powstrzymać, popędziła do łazienki. W przedpokoju opadły z niej siły, stanęła, oparła się o futrynę drzwi do sypialni. I wtedy zobaczyła Menchu. Leżała na podłodze u nóg łóżka, twarzą do góry, a chustkę, którą została uduszona, jeszcze miała zawiązaną wokół szyi. Sprawca podciągnął jej groteskowo spódnicę aż do pasa, a między nogi wbił szyjkę butelki.
XII. Hetman, skoczek, goniec
Ja nie gram martwymi białymi i czarnymi
bierkami. Gram istotami ludzkimi z krwi i kości.
Emanuel Lasker