Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]
- Автор: Перес-Реверте Артуро
- Язык: польский
- Переводчик: Filip Lobodzinski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]». Краткое содержание книги:
Pérez-Reverte po raz kolejny dowodzi swojej pomysłowości i erudycji. Szachownica flamandzka to powieść detektywistyczna, w której dochodzenie prowadzone jest na kilku płaszczyznach; to jak rozwiązywanie łamigłówki wymagające dobrej znajomości sztuki, szachów i psychologii. Ale tym razem autor chyba przekombinował. Fabuła jest nazbyt wymyślna i skomplikowana, za to bohaterowie nie dość przekonujący, aby uwiarygodnić tę historię. Zainteresowały mnie dzieje obrazu i postaci na nim przedstawionych, ale jakoś nie potrafiłam się przejąć niebezpieczeństwem grożącym Julii i jej przyjaciołom.
Menchu zasnęła równo o drugiej w nocy. Julia przykryła ją kocem i jeszcze przez chwilę czuwała obok, patrząc, jak przyjaciółka śpi niespokojnie, co jakiś czas wierci się i mruczy coś niezrozumiale przez zaciśnięte usta, z włosami na twarzy w zupełnym nieładzie. Julia przypatrywała się zmarszczkom wokół jej ust, oczom, z których łzy i pot zmyły częściowo makijaż, pozostawiając czarne, patetyczne ślady: Menchu wyglądała jak dojrzała kurtyzana po nieprzyjemnej nocy. Cesar z pewnością wyciągnąłby tu zjadliwe wnioski, ale w tym momencie Julia nie miała ochoty go słuchać. Zaczęła błagać własne przeznaczenie. by, kiedy przyjdzie jej kolej, pozwoliło jej odpuścić i zestarzeć się z godnością. Westchnęła z niezapalonym papierosem w ustach. Nie dysponować tratwą ani choćby deską, która pomogłaby ocalić skórę podczas powodzi – to musi być straszne. Zdała sobie sprawę, że właścicielka galerii mogłaby być jej matką. Zawstydziła się tą myślą, jak gdyby wykorzystywała sen przyjaciółki do tego, by w jakimś sensie jej się sprzeniewierzyć.
Dopiła resztkę zimnej kawy i zapaliła. Deszcz znowu bębnił w szybę lukarny. To dźwięk samotności – pomyślała z goryczą. Szum deszczu przypomniał jej tamtą ulewę sprzed roku, kiedy przyszło jej skończyć z Alvarem, i poczuła, że wtedy coś w niej w środku nieodwołalnie pękło, na podobieństwo bezpowrotnie zepsutego mechanizmu. Zrozumiała także, że od tamtej pory owa słodko-gorzka samotność ogarniająca jej serce stała się jej główną, nieodłączną towarzyszką, od której nie uwolni się już nigdy, dokądkolwiek powiodą ją ścieżki życia, pod niebiosami, gdzie bogowie umierają ze śmiechu. Tamtej nocy deszcz dłuższy czas padał i na nią, gdy tak siedziała skulona pod prysznicem, otulona parą niczym gorącą mgłą, a łzy mieszały się z wodą chlapiącą na włosy zakrywające twarz, na jej nagie ciało. Z tą czystą, ciepłą wodą, pod którą spędziła niemal godzinę, odpłynął i Alvaro, na rok przed swoją śmiercią fizyczną, rzeczywistą i ostateczną. Wyrokiem chorej ironii, którą tak uwielbia Przeznaczenie, sam Alvaro miał skończyć właśnie w wannie, z otwartymi oczami i skręconym karkiem, w strugach wody. W strugach deszczu.
Odpędziła wspomnienie. Rozwiało się wraz z kłębem dymu w mrokach pokoju. Pomyślała o Cesarze i pokiwała głową w takt melancholijnej muzyki, jaka grała w jej wyobraźni. Zapragnęła położyć mu głowę na ramieniu, zamknąć oczy, wciągnąć ten od dzieciństwa znany jej zapach tytoniu i mirry… Cesar. Przeżyć z nim jeszcze raz te wszystkie przygody, w których od początku wiadomo, że kończą się dobrze.
Znów zaciągnęła się dymem papierosa i trzymała go w płucach dłuższą chwilę, chcąc oszołomić się do tego stopnia, by jej myśli popłynęły gdzieś bardzo daleko. Tak strasznie dawno minęły czasy szczęśliwych zakończeń, tak bardzo nie pasowały do jej obecnej wiedzy…! Czasem trudno jest spojrzeć w lustro i zobaczyć tam wiecznego wygnańca z Nibylandii.
Zgasiła światło i dalej paliła, siedząc na dywanie, przed dziełem van Huysa, którego tylko domyślała się w ciemności. Papieros dawno się wypalił, a ona jeszcze trwała nieruchomo, oczami wyobraźni widząc postacie z obrazu i słysząc daleki szum fal ich życia. Tamta partia szachów przekracza granice epok i krajów, nadal trwa, jak tykanie powolnego, bezlitosnego mechanizmu zegara rzucającego wyzwanie stuleciom. Nikt nie jest w stanie przewidzieć zakończenia. Wreszcie Julia zapomniała o wszystkim, i Menchu, o tęsknocie za straconym czasem, i poczuła dobrze znany dreszcz. Owszem, był to dreszcz strachu, ale także dziwnej, osobliwej pociechy. Coś w rodzaju niezdrowego wyczekiwania. Pamiętała to z dzieciństwa, kiedy przytulała się do Cesara, czekając na kolejną opowieść. W końcu kto powiedział, że kapitan Jakub Hak rozwiał się w mrokach przeszłości? Może po prostu teraz gra w szachy.
Kiedy się obudziła, Menchu jeszcze spała. Ubrała się po cichu, położyła na stole jeden komplet kluczy i wyszła, starannie zamykając za sobą drzwi. Była prawie dziesiąta rano, deszcz ustąpił miejsca brudnej mieszaninie mgły i spalin, w której zacierały się szare kontury budynków, samochody sprawiały wrażenie widm. Ich włączone światła odbijały się w asfalcie w postaci grup niezliczonych drobnych, jasnych punkcików. W tym nierzeczywistym blasku Julia szła z dłońmi wciśniętymi w kieszenie płaszcza.
Belmonte przyjął ją w salonie, w którym na ścianie wciąż widział ślad po van Huysie. Z gramofonu dobiegały oczywiście dźwięki Bacha i Julii przyszło do głowy, gdy wyjmowała z torebki raport, że może starzec nastawia go przy każdej jej wizycie. Belmonte żałował, że nie przyszedł z nią Muńoz, matematyk-szachista, jak się wyraził z czytelną ironią, a następnie, siedząc w wózku inwalidzkim, rzucił okiem na raport przygotowany przez Julię: dane historyczne, końcowe wnioski Muńoza w odniesieniu do zagadki Rogera d'Arras, zdjęcia poszczególnych faz renowacji oraz kolorowy prospekt na temat obrazu i aukcji, niedawno wydrukowany przez Claymore'a. Czytał w milczeniu, kiwając z zadowoleniem głową. Chwilami podnosił wzrok, by popatrzeć na Julię z podziwem, po czym znów zagłębiał się w lekturze.
– Znakomite – orzekł, kiedy skończył i zamknął teczkę. – Jest pani niezwykłą młodą osobą.
– To nie tylko moja zasługa. Jak pan wie, sporo ludzi nad tym pracowało… Paco Montegrifo, Menchu Roch, Muńoz… – zawahała się. – Zwróciliśmy się też do znawców sztuki.
– Mówi pani o zmarłym profesorze Ortedze?
Julia popatrzyła na niego zaskoczona.
– Nie sądziłam, że pan wie.
Starzec uśmiechnął się krzywo.
– Otóż wiem. Kiedy zmarł, policja skontaktowała się z moją bratanicą, z jej mężem i ze mną… Przyszedł tu jakiś inspektor, żeby mnie przesłuchać, nie pamiętam nazwiska… Taki gruby, z gęstymi wąsami.
– To Feijoo. Nadinspektor Feijoo – spuściła wzrok zażenowana. Niech to szlag trafi. Niech szlag trafi bezmyślnego policjanta. -…Ostatnim razem, kiedy tu byłam, nic mi pan nie mówił.
– Miałem nadzieję, że sama mi pani powie. A skoro pani milczała na ten temat, to wnosiłem, że miała pani swoje powody.
Wyczuła w jego głosie rezerwę i zdała sobie sprawę, że chyba traci sojusznika.
– Uważałam… To znaczy, naprawdę jest mi przykro. Nie chciałam pana niepokoić tymi historiami. Ostatecznie pan…
– Chodzi pani o mój wiek i zdrowie? – Belmonte splótł na brzuchu kościste, pokryte plamami dłonie. – Czy może bała się pani, że to wpłynie na losy obrazu?
Dziewczyna zaprzeczyła ruchem głowy, nie wiedząc sama, co odrzec. Wreszcie wzruszyła ramionami z uśmiechem i wyrazem szczerego zakłopotania na twarzy. Doszła do wniosku, że tylko taka reakcja zadowoli gospodarza.
– Jak mam się panu wytłumaczyć? – wymamrotała i stwierdziła, że był to strzał w dziesiątkę: Belmonte też się uśmiechnął, przystając na zaproponowany przez nią poufny ton.
– Proszę się nie martwić. Życie nie jest łatwe, a co dopiero stosunki między ludźmi.
– Zapewniam pana, że…
– O niczym nie trzeba mnie zapewniać. Mówiliśmy o profesorze Ortedze… To był wypadek?
– Chyba tak – skłamała. – Przynajmniej o ile mi wiadomo.
Stary popatrzył na swoje dłonie. Nie sposób było orzec, czy jej uwierzył.
– Niezależnie od wszystkiego, to potworna historia… Nie sądzi pani? – W jego głębokim, poważnym spojrzeniu dostrzegła lekki niepokój. – Te sprawy, mam na myśli śmierć, robią na mnie spore wrażenie. A w moich latach powinno być odwrotnie. Ciekawe, że wbrew wszelkiej logice człowiek przywiązuje się do własnej egzystencji z siłą odwrotnie proporcjonalną do tej resztki życia, jaka mu została.