Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]
- Автор: Перес-Реверте Артуро
- Язык: польский
- Переводчик: Filip Lobodzinski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]». Краткое содержание книги:
Pérez-Reverte po raz kolejny dowodzi swojej pomysłowości i erudycji. Szachownica flamandzka to powieść detektywistyczna, w której dochodzenie prowadzone jest na kilku płaszczyznach; to jak rozwiązywanie łamigłówki wymagające dobrej znajomości sztuki, szachów i psychologii. Ale tym razem autor chyba przekombinował. Fabuła jest nazbyt wymyślna i skomplikowana, za to bohaterowie nie dość przekonujący, aby uwiarygodnić tę historię. Zainteresowały mnie dzieje obrazu i postaci na nim przedstawionych, ale jakoś nie potrafiłam się przejąć niebezpieczeństwem grożącym Julii i jej przyjaciołom.
– Policja już się tym zajęła – odparła Julia. – Jestem pewna, że go znajdą.
– Jak rozumiem, funkcjonuje czarny rynek dzieł sztuki. I ktoś może usiłować sprzedać obraz za granicą.
– Tak, ale policja ma dokładny opis obrazu, sama dałam im sporo zdjęć. Niełatwo będzie go wywieźć.
– Nie potrafię sobie wytłumaczyć, jak mogli wejść do pani domu… Policjanci mówili, że ma pani solidne zamki i alarm.
– Może sama Menchu im otworzyła. Głównym podejrzanym jest jej narzeczony Max. Świadkowie widzieli, jak wychodził z mojej bramy.
– Znamy tego narzeczonego – odezwała się Lola Belmonte. – Raz tu z nią był. Wysoki, z tych przystojnych. Może nawet za przystojny, takie miałam wrażenie… Spodziewam się, że szybko go dorwą i dostanie za swoje. Dla nas – spojrzała na pusty prostokąt na ścianie – to niepowetowana strata.
– Może uda się wybaczyć ubezpieczenie – powiedział jej mąż, uśmiechając się do Julii jak lis, który wszedł do kurnika. – A to dzięki tej przezornej młodej ślicznotce.
Coś sobie przypomniał i stosownie do okoliczności spochmurniał. – Chociaż to oczywiście nie przywróci życia pani przyjaciółce.
Lola Belmonte popatrzyła koso na Julię.
– Przynajmniej ubezpieczenie, skoro nie był dobrze zabezpieczony – mówiąc wydymała pogardliwie dolną wargę. – Ale pan Montegrifo twierdzi, że w porównaniu z ceną, jaką mógłby uzyskać, polisa to nędza.
– Rozmawiali już państwo z Montegrifem? – spytała Julia zaintrygowana.
– Tak. Zadzwonił natychmiast. Na dobrą sprawę wykopał nas z łóżka tą wiadomością. Dlatego wiedzieliśmy wszystko, kiedy przyjechała policja… Prawdziwy dżentelmen. – Bratanica popatrzyła na męża ze źle skrywaną urazą. – Od razu mówiłam, że marnie tym wszystkim pokierowano.
Alfonso postanowił umyć ręce.
– Nieodżałowana Menchu złożyła dobrą ofertę – oświadczył. – Nie moja wina, że potem wszystko się poplątało. Poza tym ostatnie słowo zawsze miał stryjek Manolo. – Spojrzał na inwalidę z teatralnym szacunkiem. – Nie mam racji?
– W tej sprawie – odparła jego żona – można by osobno pogadać.
Belmonte patrzył na nią ponad brzegiem filiżanki, którą właśnie podniósł do ust, a w jego oczach pojawił się błysk, dobrze już Julii znany.
– Obraz ciągle jest na moje nazwisko, Lolita – powiedział, osuszywszy sobie usta wyciągniętą z kieszeni pomiętą chusteczką. – Tak czy siak, czy został skradziony, czy też nie został, sprawa dotyczy mnie – zawahał się,
Jakby chciał dobrze rzecz przemyśleć, a kiedy znów popatrzył na Julię, w jego oczach zalśniła szczera sympatia. – Co zaś do tej młodej osoby – uśmiechnął się krzepiąco, jakby to ona potrzebowała teraz pociechy – jestem przekonany, że postąpiła właściwie… – Zwrócił się do Muńoza, który dotąd nie otworzył ust. – Nie sądzi pan?
Szachista siedział wciśnięty w fotel, z nogami wyciągniętymi przed siebie, palce splótł pod brodą. Dosłyszawszy pytanie, przekrzywił głowę i zamrugał oczami, jakby wyrwano go z głębokiej zadumy.
– Bez wątpienia – odparł.
– Nadal sądzi pan, że każdą tajemnicę można rozwiązać za pomocą reguł matematycznych?
– Nadal.
Ta krótka wymiana zdań coś Julii przypomniała.
– Dziś nie gra Bach.
– Po historii pani przyjaciółki i zaginięciu obrazu nie czas na muzykę – Belmonte zadumał się przez chwilę i nagle na jego ustach zakwitł tajemniczy uśmiech. – Poza tym cisza gra równie ważną rolę, co zorganizowane dźwięki… Nie mam racji, panie Muńoz?
Szachista wreszcie przychylił się do jego zdania.
– Nie ulega kwestii. – Patrzył na rozmówcę z nowym zainteresowaniem. – Podejrzewam, że chodzi o coś podobnego do negatywu fotograficznego. Tło, które pozornie nie odbiło się na błonie, w rzeczywistości także zawiera informacje… Czy to samo zachodzi u Bacha?
– Ależ oczywiście. U Bacha znajdzie pan przestrzenie w negatywie, cisze równie wymowne, co nuty, tematy i kontrapunkty… Czy pańskie systemy logiczne zakładają badanie także pustych przestrzeni?
– Naturalnie. To po prostu kwestia zmiany punktu widzenia. Czasami patrzymy na ogród, który widziany i danego miejsca wydaje się chaotyczny, z innego natomiast ujawnia regularny, geometryczny układ.
– Boję się – Alfonso spoglądał na nich szyderczo – że to trochę za naukawe jak dla mnie. – Podniósł się i podszedł do barku. – Można komuś czegoś nalać?
Nikt mu nie odpowiedział, więc sam sobie przygotował whisky z lodem, oparł się o kredensik i gestem skierowanym ku Julii wzniósł toast.
– Z tym ogrodem to całkiem do rzeczy – powiedział.
Muńoz nie słuchał, przyglądał się Loli Belmonte. Zastygł niby zaczajony myśliwy, w nieruchomym ciele żywe były tylko oczy, zamyślone i przenikliwe. Julia dobrze znała już tę jedyną u pozornie obojętnego Muńoza oznakę, że jego umysł pracuje i skupia się na wydarzeniach świata zewnętrznego. Teraz ruszy do ataku – pomyślała z zadowoleniem. Poczuła, że jest w dobrych rękach i musiała sięgnąć po filiżankę z zimną kawą, żeby ukryć porozumiewawczy uśmiech, jaki cisnął jej się na usta.
– Jak podejrzewam – Muńoz zwrócił się flegmatycznie do bratanicy gospodarza – także dla pani był to spory cios.
– A jakże – Lola Belmonte znowu popatrzyła na stryja z wyrzutem. – Przecież ten obraz jest wart fortunę.
– Nie miałem na myśli wyłącznie strony finansowej. Zdaje się, że rozgrywała pani tę partię… Często pani grywa?
– Czasami.
Jej mąż podniósł szklankę z whisky.
– Po prawdzie to całkiem nieźle gra. Nigdy nie udało mi się z nią wygrać. – Pomyślał nad tym, co właśnie powiedział, mrugnął okiem i pociągnął tęgi łyk. – Co oczywiście o niczym nie świadczy.
Lola Belmonte spoglądała podejrzliwie na Muńoza. Na Julii sprawiała wrażenie osoby zarazem zaborczej i dwulicowej, co w jakiś sposób podkreślały jej za długie spódnice, szczupłe, przypominające szpony, kościste dłonie i baczne spojrzenie, któremu asystowały haczykowaty nos i agresywnie wysunięty podbródek. Chyba z trudem się powstrzymywała, by nie wybuchnąć, bo wyraźnie uwydatniły jej się ścięgna w dłoniach. Przypomina niebezpieczną harpię – pomyślała Julia – rozdrażnioną i zuchwałą. Nietrudno było wyobrazić sobie, jak się delektuje złośliwościami, mszcząc się na innych za własne kompleksy i frustracje. Skrępowana jednostka, ograniczona przez okoliczności. Atak na króla jako sprzeciw wobec każdej władzy, która nie jest jej własną, okrucieństwo i wyrachowanie, chęć odegrania się na każdym… Na stryju, na mężu… Może i na całym świecie. Obraz to obsesja jej chorego, nietolerancyjnego umysłu. Te szczupłe, nerwowe dłonie posiadały siłę, żeby zadać śmiertelny cios w kark, udusić jedwabną chustką… Bez trudu wyobraziła ją sobie w czarnych okularach i płaszczu przeciwdeszczowym. Nie potrafiła jednak ustalić żadnego powiązania między nią a Maxem. To już zakrawało na absurd.
– Nieczęsto – odezwał się Muńoz – spotyka się kobiety grające w szachy.
– Owszem, gram. – Lola Belmonte wyraźnie się spłoszyła, wietrząc niebezpieczeństwo. – Przeszkadza to panu?
– Wręcz przeciwnie. Bardzo mi miło… Na szachownicy można zrealizować zamysły, które w praktyce, to znaczy w rzeczywistym życiu, zdają się niewykonalne… Co pani na to?
Zrobiła jakąś nieokreśloną minę, jakby nigdy nie przyszło jej do głowy to, o czym mówił.
– Może. Dla mnie to tylko kolejna gra. Hobby.
– Ale ma pani chyba po temu zdolności. Podkreślam, nieczęsto spotyka się kobiety dobrze grające w szachy…