Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]
- Автор: Ринго Джон
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: ISA
- ISBN: 83-88916-73-4
- Переводчик: Przemyslaw Bielinski
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]». Краткое содержание книги:
Wybraliśmy walkę.
Karen westchnęła z ulgą.
— Byłoby świetnie. Nie masz pojęcia, jak źle nam szło ostatnio.
— Tak — odpowiedział z goryczą Mike — mamy za co dziękować Posleenom.
Mike położył na ladzie pudełko haczyków i uśmiechnął się.
— Mam jeszcze jedno w samochodzie. I parę innych rzeczy. Mam też puszkę kawy, ale nie mogę dać ci całej.
Harry lekko się uśmiechnął.
— Widzę, że wiesz, jak robić sobie przyjaciół. — Otworzył pudełko i wyciągnął jedno opakowanie haczyków.
— Robiliśmy je z gwoździ i dzieliliśmy przynęty. Ale, wierz mi albo nie, kawę mamy.
Mike sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyciągnął piersiówkę.
— Ale tego pewnie nie. — Wypił łyk i podał flaszkę Harry’emu. — Podzielę się w zamian za trochę informacji.
Harry ostrożnie przyjrzał się przezroczystemu płynowi.
— Jest trochę za wcześnie — powiedział, po czym wypił łyk. Skrzywił się i zakasłał. — A niech to! Jezu, co to jest?!
— Whisky domowej roboty z Georgii — roześmiał się Mike. — Najlepsza. A teraz powiedz, co tu się, do diabła, dzieje?
Mike nigdy jeszcze nie jadł omletu z mięsem skrzydelników.
Musiał przyznać, że nie był zły, choć trudno mu było przyzwyczaić się do samej myśli. Zebrał resztki z talerza i wytarł ręce podaną mu serwetką. Na wysepce rzeczywiście była kawa. Smakowała lepiej niż ta z puszki, którą przywiózł ze sobą. Wypił kolejny łyk wyśmienitego napoju i odchrząknął.
— Więc wyjaśnijmy to sobie jeszcze raz. Paliwo jest ściśle racjonowane. Tak jest zresztą wszędzie. Ilość paliwa do łodzi zależy od wielkości połowów. Im więcej ryb łowi dana łódź, tym więcej paliwa dostaje.
— Jak dotąd wszystko się zgadza — powiedział Harry i też wypił łyk kawy.
— Prądu nie ma na wysepkach już od miesięcy. Więc potrzebny jest generator, żeby destylować wodę i produkować lód. A paliwo dla chłodni pochodzi z przydziału paliwa dla łodzi?
— Właśnie.
— A ceny ryb spadają co miesiąc razem z porcjami paliwa?
— Tak. Za miesiąc może nam już nie wystarczyć paliwa do łodzi i produkcji lodu jednocześnie. Jeśli nie będziemy mogli przechowywać ryb do czasu przyjazdu ciężarówek, to będzie nasz koniec.
— A co z odłowem, który ukrywasz? — zapytał ostrożnie Mike.
Harry nie dał się zaskoczyć.
— Jakim odłowem? — zapytał spokojnie.
Mike zaśmiał się i wskazał przekaźnik na swoim nadgarstku.
— Mój przekaźnik zanalizował zdjęcia satelitarne tego miejsca z ostatniego roku. Stwierdził, że ukrywasz ponad dwadzieścia procent produkcji.
Harry się skrzywił.
— Te zapasy nie są właściwie… dostępne.
— Może więc powinieneś je udostępnić — powiedział cicho Mike.
Harry westchnął.
— Gdybyśmy to zrobili, przestałoby się nam opłacać ryzykować życie i pracować. — Urwał i zamyślił się na chwilę. — Zapasy składają się nie tylko z ryb. To suszone skrzydelniki i ogony homarów.
Skorupiaki i tym podobne. Łatwiej je przewozić.
— Po diabła ci to wszystko? — zapytał Mike.
— Częściowo na handel wymienny. — Harry uniósł do góry kubek z kawą. — Mamy tu drobnych handlarzy, którzy prowadzą interesy na wyspach i stałym lądzie. Sprzedają suszone skrzydelniki, które wolno się psują, na targu na Florydzie. W Miami dostają towar, którego nie można nabyć na przykład na Kubie, a stamtąd przywożą nam rum i kawę.
— Część zapasów zjadają delfiny. Często same zdobywają żywność, ale nadal uzupełniamy ich dietę. A na boku załatwiamy interesy z handlarzem. — Harry się skrzywił. — Cholerny złodziej.
— Jest aż tak źle?
— Połowę towaru, który nam zabiera, sprzedaje po czarnorynkowych cenach. Na przykład ma dwa worki mąki kukurydzianej, ale oficjalnie sprzedaje tylko jeden, a potem drugi idzie na sprzedaż po maksymalnej cenie.
— Cholera — Mike zmarszczył czoło silniej niż zwykle — nie tak to powinno wyglądać.
— Nie mamy dość paliwa, żeby raz w tygodniu jechać do Miami, nawet raz w miesiącu. Jesteśmy uzależnieni od tego oficjalnego handlarza i wolnych kupców. Ale w ich przypadku to już zupełny czarny rynek.
— A z każdym miesiącem ceny towarów rosną, a ryb spadają?
— Właśnie — potwierdził Harry. Skrzywił się, jakby ugryzł cytrynę.
Mike się zamyślił. Już poprzedniej nocy wpadł na pewien pomysł, ale dopiero teraz się skrystalizował.
— Pozwól, że o coś zapytam, Harry. Co się stanie, jeśli chłodnia nie będzie działać?
— Jak to? Generator musi działać, żeby można było mrozić ryby.
Poza tym destylator jest naszym jedynym źródłem świeżej wody.
— A gdybyś nie miał paliwa do generatora? Co wtedy?
— No, to byłby koniec zabawy — przyznał Harry. — Myśleliśmy już o napędzie wiatrowym albo czymś takim. Wtedy nie byłoby problemu. Do diabła, mam nawet ukryty samochód na prąd. Moglibyśmy naładować akumulator z zapasowych baterii, pojechać do Miami i przywieźć przynajmniej część potrzebnych nam rzeczy. — Pokręcił głową zrezygnowany. — Ale nie mamy silnika wiatrowego, a nie można go teraz kupić. Nawet gdybyśmy mieli pieniądze. Nie mówiąc już o tym, że pierwszy większy sztorm rozerwałby wiatrak na strzępy.
Harry się uśmiechnął.
— Na szczęście nie jest aż tak źle. Nie mamy tu najazdu Wikingów. Przynajmniej na razie.
Mike odpowiedział mu uśmiechem.
— Kto jest twoim elektrykiem?
Harry uniósł ze zdziwieniem brwi.
— Dlaczego mnie o to wszystko wypytujesz?
— Zaraz do tego dojdę — uspokoił go Mike. — Sam zajmujesz się instalacją?
— Nie. Zajmuje się tym jeden człowiek z łodzi Boba Frencha.
— Dobra. Będziemy więc musieli zaczekać, aż Bob wróci, żeby to zainstalować, ale pozwól, że już teraz pokażę ci, co mam ze sobą.
Dobry dzień, pomyślał Bob French, kiedy płynął łodzią w kierunku No-Name-Key. Świat może i zmierzał ku zagładzie, ale brak turystów i paliwa oraz ograniczenie połowów na handel zmniejszyło obciążenie środowiska i ekosystemy zaczęły się odradzać. Ławice ryb znacznie zwiększyły swoją liczebność już w pierwszym roku przygotowań do wojny. Wyniki połowów były wręcz fenomenalne.
W miejscach, gdzie kiedyś Bobowi z trudem udawało się złapać porządnego lucjana, teraz kręciły się ich tuziny. Więcierze na homary błyskawicznie wypełniały się langustami, a czasem zaplątywał się w nich prawdziwy potwór — olbrzymi homar, jakiego nie widziano na Florida Keys od lat sześćdziesiątych. Bob zawsze uważał opowieści o ogromnych ławicach śledzi i sardynek, dochodzących do kilku kilometrów kwadratowych powierzchni, za zwykłe bajki starych rybaków. W tym roku zobaczył jedną z nich na własne oczy.
Tego dnia jego łódź była wypełniona aż po krawędź nadburcia gigantycznymi strzępielami i lucjanami. Niestety z miesiąca na miesiąc ceny ryb, nawet najbardziej poszukiwanych gatunków, spadały. Oficjalna spółka handlowa płaciła w dolcach wojennych albo — w najlepszym razie — w kredytach federacyjnych. Dolary wojenne celowo poddawano inflacji, i koszty wszystkiego rosły tak samo szybko, jak spadały ceny ryb. Miało być odwrotnie, ale nie było.
Bob, tak jak wszyscy rybacy przypuszczał, że to wynik jakiegoś nieporozumienia, więc pewnego dnia wykorzystał swoją żelazną rezerwę kartek na benzynę i pojechał do Miami ze skargą. Po dwóch dniach włóczenia się od departamentu do departamentu Urzędu Rybołówstwa Morskiego musiał w końcu wrócić do pracy.