Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]
Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]

Электронная книга - «Wielobarwny kraj [The Many-Colored Land - pl]». Краткое содержание книги:

Środowisko Galaktyczne XXI wieku, zamieszkiwane przez uporządkowane i pokojowe międzygwiezdne społeczeństwo, nie było stosownym miejscem dla nieuleczalnych awanturników, ukrytych psychotyków czy bezwzględnych oszustów. Tak więc gdy na Ziemi odkryto jednokierunkowy tunel czasowy prowadzący w przeszłość odległą o sześć milionów lat, niedostosowani społecznie — zgłodniali przygód, romantyki nieznanego ludzie — zapragnęli życia wolnego od dławiących praw Środowiska. Każdy z nich poszukiwał szczęścia takiego, jakie sobie wyobrażał. Ale kto mógłby przewidzieć, co ich tam czeka
1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 116
Перейти на страницу:

— Mamma mia — mruknęła mniszka. — Czy żołnierze wiedzą, że to robisz?

— Nikt nie przeszkadza mi wyłączać ich sterowania — odparła Felicja. — Prawdopodobnie nie ma tu zupełnie sprzężenia zwrotnego, a tylko kierowanie programowe całą karawaną, które nadaje jej odpowiednią szybkość w wybranych odstępach czasu. Czy pamiętasz, jak wczoraj i wczesnym wieczorem te błękitne przepiórki przestraszyły chaliko? Strażnicy zawrócili, żeby dopilnować, abyśmy wszyscy znowu jechali w porządku. Nie musieliby tego robić, gdyby mieli sprzężenie zwrotne z wierzchowcami.

— Prawda. Ale…

— Przytrzymaj swój kwef. Teraz twoja kolej.

Ból i złe samopoczucie Amerie nagle zniknęły uniesione falą nadziei, bo jej własne chaliko zaczęło dokładnie kopiować ruchy wykonywane poprzednio przez zwierzę Felicji. Gdy skończył się tajemniczy solowy taniec, oba wierzchowce zgodnie powtórzyły identyczne manewry.

— Te Deum laudamus — szepnęła Amerie. — Potrafisz to zrobić, dziecko. Ale czy możesz to samo z nimi? — Wskazała głową najbliższego amficjona.

— Ciężko będzie. Ciężej niż wszystko, co robiłam na arenie Akadii. Ale teraz jestem starsza. — Przynajmniej o cztery miesiące, pomyślała. I to już nie jest głupia gra. Mam nadzieję, że nauczą się o mnie troszczyć, zamiast się bać. Ufaliby wtedy i podziwiali. Ale jak to wypróbować? Nie mogę dopuścić, by się wydało. Jakże trudno. Jaki sposób będzie najlepszy?

— Psodźwiedź galopujący o dwadzieścia metrów po lewej stronie na wysokości Felicji zaczął się powoli zbliżać. Z wywieszonego ozora kapała mu ślina. Bestia po tak długiej drodze była prawie wyczerpana. Jej zmysł orientacyjny stępiał, wola osłabła. Ukłucia myślowe, które zmuszały ją do biegu przed siebie i podtrzymywały jej czujność, straciły ostrość wskutek zmęczenia i głodu. Rozkaz wypełniania obowiązków w zestawieniu z nadzieją na dobrze skruszałe mięso w korycie i legowisko z siana w cienistym kącie dobiegał do niej słabo.

Amficjon zbliżał się coraz bardziej do chalika Felicji. Gdy poczuł, że stracił władzę nad sobą, zaczął parskać i skowyczeć oraz trząść paskudnym łbem, jakby chciał pozbyć się dokuczliwych owadów. Kłapał ciężkimi szczękami pryskając śliną, ale nadal zbliżał się do. chalika biegnąc w chmurze pyłu unoszącego się spod pazurzastych stóp zwierzęcia. Amficjon w bezsilnej wściekłości wlepiał ślepia w drobną ludzką istotę siedzącą w siodle wysoko nad nim, istotę, która go zmuszała, łamała jego wolę, zniewalała. Wyładowywał tę wściekłość w warczeniu; szczerzył brudne zęby prawie wielkości palca Felicji.

Pozwoliła mu odejść.

Z wysiłku pociemniało jej w oczach, a głowa paskudnie bolała z powodu upartego mózgu drapieżnika. Ale!…

— To ty to zrobiłaś, prawda? — zapytała Amerie.

Felicja kiwnęła głową.

— Ale z cholernym wysiłkiem. Te bestie nie są sterowanejak chalika lekkim autopilotem. Przez cały czas ze mną walczył. Psodźwiedzie działają na zasadzie treningu-warunkowania. A to trudniej przełamać, bo jest osadzone w podświadomości. Ale mam wrażenie, że już to sobie obliczyłam. Najlepiej się za nie brać wtedy, gdy są zmordowane, przy końcu całodziennej wędrówki. Gdybym mogła opanować dwa albo i więcej…

Amerie zrobiła bezradny gest. Dla mniszki było to niepojęte: bezpośredni nacisk umysłu na umysł, działanie siły przekraczającej jej własne możliwości umysłowe. Jak może się czuć metapsychik, nawet tak niedoskonały jak Felicja, kiedy manipuluje innymi istotami żyjącymi? Kiedy porusza i kształtuje materię nieożywioną? Jak to jest, gdy się naprawdę kreuje? Nie zaledwie widmo buta turystycznego, jak jej się to udało za pomocą przyrządu Epone, ale namacalną iluzję, a może nawet czystą materię i energię? Jak to jest, gdy się łączy Jednością z innymi umysłami? Sonduje mózgi? Dysponuje potęgą aniołów?

Jasna planeta świeciła na wschodzie koło wznoszącego się nad horyzontem słońca. Wenus… nie, nazwij ją innym, starożytniejszym imieniem: Lucyfer, promienny anioł poranka. Amerie poczuła dreszczyk lęku.

Nie wódź jej na pokuszenie, ale wybacz nam, gdy się grzejemy przy ogniu Felicji, nawet jeśli ona płonie…

Karawana schodziła z płaskowyżu ku kolejnej dolinie rzecznej, prowadzącej na zachód przez Monts du Charolais. Rozrzucone karłowate palmy, sosny i drzewka świętojańskie wyżyn zniknęły, ustąpiły miejsca klonom i topolom, orzechom włoskim i dębom, w końcu gęstemu wilgotnemu lasowi bezlistnych cyprysów, zagajnikom bambusowym i potężnym starym tulipanowcom o pniach ponadczterometrowej średnicy. Wszędzie rosły gęsto krzewy, krajobraz wyglądał więc jak typowa pierwotna dżungla. Amerie bezustannie wypatrywała dinozaurów i latających gadów, wiedząc równocześnie, że jest to idiotyczny pomysł. Ostatecznie fauna pliocenu była bardzo podobna do istniejącej na Ziemi sześć milionów lat później.

Czasem mignął jeźdźcom jelonek o rozdwojonych rogach, jeżozwierz albo olbrzymia locha w towarzystwie sprytnych, pasiastych warchlaków. Stado średniej wielkości małp skakało w górnych piętrach lasu podążając za karawaną, ale nigdy nie zbliżało się na tyle, by można je było wyraźnie zobaczyć. Od czasu do czasu widać było krzaki i mniejsze drzewka wyrwane z korzeniami i odarte z zieleni. Sterty śmierdzących słoniami odchodów zdradzały, że jest to robota mastodontów. Potężny ryk kociego drapieżnika wywołał odpowiedź ze strony psodźwiedzi, które zawyły wyzywająco. Czy był to machairodus, podobny do lwa kot szablozębny, najpospolitszy z wielkich drapieżników pliocenu?

Po więziennych doświadczeniach w zamku i paraliżujących przejściach nocnego pochodu chrononautów ogarnęło teraz nowe uczucie, które pokonało nawet ich zmęczenie, rozdrażnienie i pamięć utraconej nadziei. Ta puszcza, oświetlona skośnymi promieniami porannego słońca, niewątpliwie należała do innego świata, innej Ziemi. Tutaj dotykalną rzeczywistością było to nieskalane odludzie, o którym wszyscy śnili. Odejmij żołnierzy, kajdany i Obcą panią niewolników, a pliocen ujrzysz jako raj.

Gigantyczne, oroszone pajęczyny, niewiarygodnie dużo kwiatów, owoce i jagody błyszczące jak barokowe klejnoty w oprawach o wielu odcieniach zieleni.. — Urwiska, z których spadały małe wodospady do jeziorek pod omszonymi grotami… stada ufnych zwierząt… To piękno było rzeczywiste! Więc mimo wszystko więźniowie nagle odkryli, że szukają w dżungli jeszcze więcej cudów, i tak pożądliwie jak każda banda turystów łaknących wrażeń. Ból Amerie jakby przestał istnieć na widok purpurowoczarnych motyli i barwnych żab drzewnych o głosach jak czarodziejskie dzwonki. Nawet teraz, w sierpniu, ptaki śpiewały pieśni godowe, bo w świecie, gdzie nie było prawdziwej zimy, nie nauczyły się jeszcze odlatywać i mogły wywieść więcej niż jedno pokolenie piskląt rocznie. Jakaś niebywała wiewiórka z pędzelkami na uszach i sierścią w zielonkawe i pomarańczowe łaty zaskrzeczała z niskiej gałęzi. Na innym drzewie rozwiesił się nieruchomo pyton tak gruby jak beczułka piwa i tak wspaniale ubarwiony jak dywan z Kermanshahu. A dalej przebiegały malutkie antylopy z nóżkami jak gałązki i ciele nie większym od królika! Owdzie przeleciał ptak z chrapliwym wronim głosem, przyodziany wspaniale w fioletowe, różowe i ciemnogranatowe pióra! Nad strumieniem olbrzymia wydra stanęła słupka na tylnych łapach i jakby się przyjacielsko uśmiechała do przejeżdżających więźniów. A poniżej pasły się dzikie chalikotheria, nieco mniejsze i ciemniejsze od swych udomowionych kuzynów, rwąc sitowie na śniadanie z wyrazem pełnym godności pomimo zwisających im z pysków snopków ociekającej wodą zieleni. W niskiej trawie przy ścieżce rosło mnóstwo grzybów: koralowych, czerwonych w białe cętki, błękitnych z karmazynowymi blaszkami i korzonkami. Pełzały wśród nich stonogi wielkości salami, wyglądające jakby je świeżo polakierowano na szkarłatno i w kremowe faliste paski…

1 ... 50 51 52 53 54 55 56 57 58 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)