Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
– Wszystko zależy od tego, co mi powiesz. A także od tego, czy uda nam się zweryfikować twoją historię w innych źródłach.
– Zostawiam to tobie. Powiem ci wszystko, co wiem, reszta należy do ciebie.
– Rozumiem. Kiedy zaczynamy?
– Po obiedzie. Wolę mówić z pełnym żołądkiem. Chyba ci się nie śpieszy, prawda?
– Oczywiście, że nie. Mam całą noc i cały jutrzejszy dzień, a także dzień trzeci, czwarty i następne. Zakładam, że mówimy o największej od dwudziestu lat aferze, jaka ma szansę ujrzeć światło dzienne, więc poświęcę ci tyle czasu, ile zechcesz.
Darby uśmiechnęła się i odwróciła głowę. Dokładnie przed tygodniem czekała z Thomasem przy barze na stolik w Mouton’s. Callahan miał na sobie czarną jedwabną marynarkę, dżinsową koszulę, czerwony krawat w orientalne wzory i mocno wykrochmalone spodnie khaki. Założył półbuty na gołe stopy. Rozpiął kołnierzyk koszuli i rozluźnił krawat. Czekając na miejsce, rozmawiali o Wyspach Dziewiczych, Święcie Dziękczynienia i Gavinie Verheeku. Thomas pił jak zwykle jednego drinka za drugim. W końcu upił się, co ocaliło jej życie.
W ciągu ostatniego tygodnia postarzała się psychicznie o wiele lat. Po raz pierwszy od tamtej środy mogła prowadzić normalną rozmowę z kimś, kto nie życzył jej śmierci. Skrzyżowała nogi na stoliczku do kawy. Nie czuła się nieswojo, goszcząc u siebie nieznajomego. Odprężyła się. Twarz Granthama mówiła: “Zaufaj mi”. Dlaczego nie? Komu zresztą miałaby zaufać?
– O czym myślisz? – zapytał.
– Przeżyłam ciężki tydzień. Siedem dni temu byłam zwykłą studentką prawa, i marzyłam o zwyczajnej prawniczej karierze. A teraz… Spójrz, jak wyglądam…
Spoglądał na nią. Starał się opanować i nie pożerać jej wzrokiem jak niewyżyty student – mimo to spoglądał. Miała ciemne, bardzo krótkie włosy, układające się w dosyć stylową fryzurę – wolał jednak jej dłuższą wersję, taką jak na faksie.
– Opowiedz mi o Callahanie – poprosił.
– Dlaczego?
– Nie wiem… Jest przecież częścią tej historii, prawda?
– No tak… Opowiem ci później.
– W porządku. Twoja mama mieszka w Boise?
– Tak, ale o niczym nie wie. Gdzie mieszka twoja?
– W Short Hills w New Jersey – odparł z uśmiechem. Ssał kostkę lodu i czekał na kolejne pytanie.
– Co podoba ci się w Nowym Jorku?
– Lotnisko, bo to najkrótsza droga, żeby się stąd wyrwać.
– Byłam tu latem… z Thomasem. Upały większe niż w Nowym Orleanie.
Grantham zdał sobie nagle sprawę, że nie rozmawia z małą, napaloną studentką, ale pogrążoną w żałobie wdową. Ta nieszczęsna kobieta cierpiała. Nie przyglądała się jego włosom, ubraniu czy oczom… Cierpiała… Do jasnej cholery!
– Przykro mi z powodu Thomasa – powiedział. – Nie będę już o niego pytał.
Uśmiechnęła się lekko i nic nie odpowiedziała.
Ktoś zastukał głośno. Darby zerwała się na równe nogi i spojrzała przerażona na drzwi. Oddychała ciężko. To tylko obiad…
– Ja otworzę – powiedział Grantham. – Nie bój się.
ROZDZIAŁ 29
Wybrzeże krainy niedawno nazwanej Luizjaną od tysiącleci było polem bitewnym, na którym natura toczyła nieustanną, cichą i potężną wojnę. Była to wojna o ziemię. Do niedawna ludzie nie brali w niej udziału. Stroną nacierającą od południa był ocean ze swym arsenałem przypływów, wiatrów i powodzi. Od północy parła Missisipi, ciągnąc za sobą niewyczerpane zapasy słodkiej wody i osadów, którymi wspomagała bagna i żywiła pokrywającą je gęstą roślinność. Słone wody Zatoki Meksykańskiej żłobiły brzeg i wypalały słodkowodne bagna, niszcząc porastające je trawy. Rzeka w odpowiedzi wlewała do morza zasoby wodne połowy kontynentu, a wraz z wodą niosła ziemię i odkładała ją w dolnej Luizjanie. Nanosy czopowały główny nurt, zmuszając rzekę do zmiany kierunku. W licznych ramionach delty powstawały bujne, soczyste mokradła. Była to zaiste heroiczna walka, a każdy centymetr gruntu wielokrotnie zmieniał właściciela. Nie było w niej zwycięzców ani pokonanych, bo pieczę nad wszystkim sprawowała natura.
Bagna stanowiły cud naturalnej ewolucji. Żywiąc się żyznymi osadami, zamieniły się w zielony raj, pełen cyprysów, dębów, gęstych kęp sitowia, rdestu i tataraku. W wodzie roiło się od raków, krewetek, ostryg, sandaczy, fląder, ostroszy, leszczy, krabów i aligatorów. Nadbrzeżna równina była oazą dzikich zwierząt. Gnieździły się na niej setki gatunków wędrownych ptaków.
Mokradła były ogromne, bezkresne, żyzne i obfitujące w pokarm.
W roku 1930 odkryto pod nimi złoża ropy naftowej i od tej chwili rozpoczął się rabunek. Kompanie naftowe osuszyły tysiące mil powierzchni mokradeł, żeby dostać się do złóż. Kruchy ekosystem delty poprzecinano siatką rowów i kanałów melioracyjnych, które wyssały wodę i w przerażającym tempie osuszyły bagna.
Od czasu odkrycia pokładów ropy ocean pochłonął dziesiątki tysięcy akrów mokradeł. Co roku znika bezpowrotnie sześćdziesiąt mil kwadratowych powierzchni Luizjany. Co czternaście minut kolejny akr żyznej ziemi zalewa słona woda.
W roku 1979 pewna kompania naftowa wywierciła głęboką dziurę w Terrebonne Parish i trafiła na ropę. Był to rutynowy odwiert, jakich dziesiątki wykonywano każdego dnia, ale jego efekt przerósł najśmielsze oczekiwania. Złoże było ogromne. Wywiercono kolejną dziurę osiem mil dalej i natrafiono na jeszcze większe pokłady. Przeniesiono się o trzy mile i znaleziono trzecią żyłę.
Kompania zaczopowała szyby i zaczęła zastanawiać się, co dalej. Większość specjalistów była zgodna, że trafiono na nowe olbrzymie pole naftowe.
Właścicielem firmy był Victor Mattiece – Cajun [9] z Lafayette, który stracił fortunę, szukając ropy w południowej Luizjanie. W roku 1979 był akurat bogaty i – co ważniejsze – miał dostęp do pieniędzy innych. Dał się szybko przekonać, że chodzi o ogromne złoże. Zaczął wykupywać ziemię wokół zakorkowanych szybów.
Utrzymanie w tajemnicy informacji o odkryciu pól naftowych jest rzeczą nad wyraz ważną, ale trudną do zrealizowania. Mattiece wiedział, że jeśli zacznie szastać pieniędzmi, wkrótce na terenach wokół jego roponośnych pól rozpoczną się szaleńcze odwierty. Był człowiekiem o nieskończenie wielkiej cierpliwości i miał dar przewidywania, toteż spojrzał na rzecz perspektywicznie i zrezygnował z szybkiej fortuny. Postanowił zagrać o całą stawkę. Wspólnie z prawnikami i sztabem doradców opracował plan metodycznego wykupienia okolicznych gruntów na konto setek małych firm. Wdrażanie planu w życie rozpoczęło się od rejestrowania nowych kompanii powstających na bazie starych przedsiębiorstw Mattiece’a oraz podupadających obcych firm wykupionych w części albo w całości przez Mattiece’a. Skupowanie ziemi ruszyło pełną parą.
Ludzie z branży znali Mattiece’a i wiedzieli, że dysponuje sporym kapitałem, który może z łatwością powiększyć. Z kolei Mattiece wiedział, że oni wiedzą, i w sekrecie spuścił ze smyczy kilkadziesiąt anonimowych przedsiębiorstw, których jedynym zadaniem było omamienie właścicieli ziemskich z Terrebonne Parish. Plan realizowano bez zarzutu.
Zamiarem Mattiece’a było zgromadzenie w swoim ręku całego roponośnego terytorium, wykopanie kolejnego kanału odwadniającego nieszczęsne oblegane bagna i wpuszczenie na osuszony teren ludzi, którzy postawią szyby i zaczną bez pośpiechu wydobywać ropę. Kanał – który miał służyć również za drogę wodną – wytyczono na długość trzydziestu pięciu mil; szerokość koryta miała być dwukrotnie większa niż w pozostałych sztucznych szlakach transportowych, gdyż spodziewano się dużego ruchu barek.
Mattiece – ze względu na swą pozycję finansową – cieszył się dużą popularnością wśród polityków i biurokratów. Doskonale znał reguły gry i umiejętnie sterował strumieniem pieniędzy. Pomagał tym, którzy najbardziej tego potrzebowali. Uwielbiał politykę, ale nie znosił reklamy. Jak każdy paranoik, trzymał się na uboczu.
[9] Mieszkańcy Luizjany uważający się za potomków francuskich wygnańców z Akadii – kolonii francuskiej we wschodniej Kanadzie (przyp. tłum.).