Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
– Czy ktoś widział dziewczynę?
– Na mój rozum ona już gryzie ziemię. Poleciłem Nowemu Orleanowi, żeby ją znaleźli… żywą lub martwą.
– Przez ten cholerny raport ludzie padają jak muchy! Kiedy się do niego zabierzemy?
Voyles wskazał brodą drzwi. Lewis wstał posłusznie i zamknął je. Dyrektor podniósł się z fotela, strzelił palcami i zaczął głośno myśleć:
– Musimy zadbać o własne tyłki. Sądzę, że powinniśmy oddelegować przynajmniej dwustu agentów do “Pelikana” i zachować najściślejszą tajemnicę. W tym coś jest, K.O., coś naprawdę parszywego. Nie wolno nam jednak zapominać, że obiecałem prezydentowi zawieszenie broni w tej sprawie. Pamiętaj, że osobiście prosił mnie o wstrzymanie śledztwa, a ja zgodziłem się, po części dlatego, że traktowaliśmy to jako żart… – Voyles wykrzywił usta w kwaśnym uśmiechu. – Rzecz w tym, że nagrałem naszą rozmowę, mam na taśmie żądanie zaniechania obowiązków służbowych, wysunięte przez prezydenta wobec dyrektora FBI. A co…! Coal na polecenie tego idioty nagrywa każdą rozmowę prowadzoną w odległości pół mili od Białego Domu; dlaczego ja nie miałbym skorzystać z ich pomysłu?! Kazałem sobie zamontować najlepszy miniaturowy mikrofon, nagranie jest bez zarzutu. Czyste jak jasna cholera!
– Nie nadążam, Denton.
– To proste. Włączamy dopalacze i zabieramy się ostro do roboty. Jeśli raport nie kłamie, bierzemy od prokuratury nakazy, łapiemy winnych i czekamy na akty oskarżenia. Społeczeństwo wpada w ekstazę. Jednak pod żadnym pozorem nie wolno nam się spieszyć. Na razie idiota i Coal o niczym nie wiedzą. Jeśli prasa coś zwęszy i raport “Pelikana” ujrzy światło dzienne, moja w tym głowa, by naród dowiedział się, że prezydent kazał nam się wycofać, bo chodzi o jego kolesia.
– To będzie gwóźdź do jego trumny – uśmiechnął się Lewis.
– No właśnie! Coal wykrwawi się na śmierć, a prezydent będzie skończony. W przyszłym roku mamy wybory, K.O.
– Podoba mi się twój plan, Denton, ale najpierw musimy rozgryźć tę sprawę.
Voyles stanął za fotelem i zsunął buty, przez co stał się jeszcze niższy.
– Zajrzymy do wszystkich psich bud, do każdej nory i do każdego kibla, K.O. Oczywiście nie będzie to łatwe. Jeśli istotnie przyjdzie nam zmierzyć się z Mattiece’em, to będziemy mieli na karku miliardera, który nie wahał się uknuć skomplikowany spisek i wynająć najbardziej utalentowanych morderców tylko po to, by zlikwidować dwóch sędziów. Jego ludzie nie są zbyt rozmowni i nie zostawiają śladów. Spójrz, co się stało z naszym przyjacielem Gavinem. Choćbyśmy przez dwa lata wycierali kurze w hotelu, założę się, że nie znajdziemy nawet śladu łupieżu mordercy. Tak jak w wypadku Rosenberga i Jensena.
– Oraz Callahana.
– Tak… jego także. I zapewne dziewczyny.
– Wiesz, Denton, mam wyrzuty sumienia… Gavin był u mnie w czwartek rano, kiedy dowiedział się o Callahanie… A ja go spławiłem… Nie chciałem nawet biedaka wysłuchać…
– Posłuchaj, mnie także jest przykro, że nie żyje. Był dobrym prawnikiem, bardzo lojalnym wobec mnie. Cenię to. Ufałem Gavinowi. Zginął dlatego, że posunął się za daleko. Nie musiał bawić się w policjanta i szukać dziewczyny.
– Lepiej już pójdę do pani Verheek. – Lewis wstał i przeciągnął się. – Więc co mam jej powiedzieć?
– Powiedz jej, że to wygląda na napad, gliny nie są jeszcze pewne, wciąż szukają, i jutro dowiemy się więcej. Coś w tym stylu. Dodaj, że jestem zdruzgotany i zrobimy wszystko, by jej pomóc.
Limuzyna Coala zahamowała gwałtownie przy krawężniku, przepuszczając jadącą na syrenie karetkę pogotowia. Coal od jakiegoś czasu krążył bez celu po mieście – co nie było niczym niezwykłym, gdy zamierzał spotkać się z Matthew Barrem, by omówić naprawdę brudne interesy. Siedzieli w głębi auta i sączyli napoje. Coal zadowolił się wodą mineralną. Barr pił piwo z półlitrowej puszki, kupionej w sklepie spożywczym.
Nie zwrócili uwagi na pogotowie.
– Muszę wiedzieć, co chodzi po łbie Granthamowi – odezwał się Coal. – Dzwonił dzisiaj do Zikmana, do doradcy Zikmana, Trandella, a także do Nelsona De Vana, jednego z moich byłych asystentów, który pracuje w Komitecie na Rzecz Reelekcji. Na pewno nie ograniczył się do tych trzech telefonów, ale o reszcie nie słyszałem. I wszystko w ciągu jednego dnia! Grantham musiał coś zwęszyć i idzie za ciosem.
– Myślisz, że widział raport?
Limuzyna włączyła się do ruchu.
– Nie, na pewno nie. Gdyby znał jego treść, nie zarzucałby przynęty. Wystarczy, cholera, że o nim słyszał!
– Jest dobry. Obserwuję go od lat. Nie afiszuje się i nie szuka sławy. Woli być w cieniu, bo wtedy łatwiej kontaktować się z przeróżnymi informatorami. Zdarzało mu się wypisywać idiotyzmy, ale zazwyczaj jest bardzo dokładny, wręcz skrupulatny.
– To mnie właśnie martwi. Jak zwęszy krew, nie popuści.
– Oczywiście żądałbym za wiele pytając, o czym mówi raport? – Barr upił łyk piwa.
– Istotnie. Nie pytaj mnie o to, bo sprawa jest tak cholernie poufna, że ciarki przechodzą mi po plecach.
– W takim razie skąd Grantham o niej wie?
– Doskonałe pytanie. Właśnie tego chcę się dowiedzieć. Jak wpadł na trop raportu i ile o nim wie, a także: kim są jego wtyki?
– Podłączyliśmy podsłuch do jego telefonu w samochodzie, ale nie byliśmy jeszcze w mieszkaniu.
– Dlaczego?
– Dzisiaj rano o mało nie nakryła nas jego sprzątaczka. Spróbujemy jutro.
– Nie daj się przyłapać, Barr. Pamiętaj o Watergate.
– Nie mów mi o tych kretynach, Fletcher. Nie zapominaj, że masz do czynienia ze specjalistami.
– No właśnie! Powiedz mi więc, czy ty i twoi specjaliści możecie zainstalować podsłuch w redakcyjnym telefonie Granthama?
– Oszalałeś?! – Barr odwrócił się ze zmarszczonymi brwiami. – To niewykonalne. W agencji przez całą dobę aż roi się od ludzi. Mają swoich ochroniarzy i personel techniczny.
– Musi być jakiś sposób.
– Więc zrób to sam, Coal. Zrób to, jeśli jesteś taki cholernie sprytny.
– Zastanów się nad tym, dobra? Po prostu przemyśl to sobie.
– Już przemyślałem i mówię ci: to jest niewykonalne!
Słowa te dziwnie rozbawiły Coala, co doprowadziło Barra do wrzenia. Limuzyna wjechała do centrum.
– Załóżcie podsłuch w mieszkaniu – przypomniał Coal. – Dwa razy dziennie chcę mieć raporty o wszystkich rozmowach Granthama.
Samochód zatrzymał się i Barr wysiadł.
ROZDZIAŁ 27
Śniadanie na Dupont Circle. Było dosyć chłodno; ćpuny i transwestyci leżeli nieprzytomni, pogrążeni w swych perwersyjnych światach. Wokół nich rozłożyło się kilku bezdomnych pijaków. Słońce wzeszło jakiś czas temu i rozproszyło ciemności, więc nic mu nie groziło. Poza tym wciąż był agentem FBI i nosił pod pachą kaburę z gnatem. Kogo miał się bać? Zboczeńców? Co prawda nie używał broni od piętnastu lat, bo rzadko wstawał zza biurka, teraz jednak z chęcią sięgnąłby po krótką kolbę i wypalił, gdyby zaszła potrzeba.
Nazywał się Trope i był agentem do specjalnych poruczeń samego dyrektora. Jego misje były tak poufne, że wiedział o nich jedynie Voyles. I to właśnie on wysłał go dzisiaj na pogawędkę z Bookerem z Langley. Obaj cieszyli się ogromnym zaufaniem swoich szefów, którzy od czasu do czasu mieli dosyć kombinowania, co robi druga strona, i za pośrednictwem swych agentów wymieniali informacje. Trope siedział na okrągłej ławce, zwrócony plecami do New Hampshire. Rozpakował kupione w sklepie śniadanie, na które składał się banan i słodka bułka. Spojrzał na zegarek. Booker nigdy się nie spóźniał. Zwykle Trope zjawiał się pierwszy w umówionym miejscu, a Booker pięć minut po nim. Zawsze szybko wymieniali uwagi i Trope odchodził, zostawiając kolegę samego.