Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
Agent Voylesa naprawdę nazywał się Trope, ale nie wierzył, że Booker podał swoje prawdziwe nazwisko. Z pewnością wymyślił sobie pseudonim. Booker był z Langley, gdzie pracowali sami paranoicy i nawet gońcy mieli ksywy. Odgryzł czubek banana. Ciekawe, jak w Langley zwracają się do sekretarek, skoro codziennie obowiązuje inny kod?
Booker szedł spacerkiem wzdłuż fontanny, z dużym styropianowym kubkiem kawy. Rozejrzał się dokoła, a potem usiadł obok kolegi. Spotkanie było umówione przez Voylesa, więc Trope będzie mówił jako pierwszy.
– Straciliśmy człowieka w Nowym Orleanie – zaczął.
– Dał się zabić – powiedział Booker i upił łyk kawy.
– Co nie zmienia faktu, że nie żyje. Byliście tam?
– Owszem, ale nie mieliśmy pojęcia, że facet węszy. Zajmowaliśmy się kim innym. O co mu chodziło?
– Nie mamy pojęcia. – Trope rozwinął czerstwą bułkę. – Pojechał na pogrzeb, próbował odnaleźć dziewczynę i dostał w łeb nie wiadomo od kogo. Czysta robota, nie sądzisz?
Booker wzruszył ramionami. Ci z FBI byli jak dzieci.
– Taka sobie. Z tego, co słyszałem, dosyć kiepsko zainscenizowane samobójstwo. – Napił się gorącej kawy.
– Gdzie jest dziewczyna? – spytał Trope.
– Zgubiliśmy ją na lotnisku O’Hare. Kto wie, może jest już na Manhattanie? Szukamy jej.
– Oni też szukają. – Trope sięgnął po swój kubek kawy.
– Z pewnością.
Spojrzeli na pijaka, który podniósł się z ławki i zwalił na ziemię. Poleciał prosto na głowę i stęknął przy uderzeniu, ale był tak pijany, że zapewne nic nie poczuł. Gdy stanął chwiejnie na nogach, z czoła płynęła mu krew.
Booker spojrzał na zegarek. Nie powinni przedłużać spotkania.
– Czy pan Voyles ma jakieś plany?
– O tak. Wchodzi do gry. Wczoraj wysłał tam pięćdziesięciu ludzi, dzisiaj dorzuci ponad setkę. Nie lubi tracić pracowników, szczególnie tych, których zna.
– Co z Białym Domem?
– Nie powie im o tym, i liczy, że się nie dowiedzą. O niczym nie mają pojęcia.
– Znają Mattiece’a.
– A gdzie jest obecnie pan Mattiece? – Trope zdobył się na lekki uśmiech.
– Nie wiadomo. Przez ostatnie trzy lata tylko od czasu do czasu pojawiał się w kraju. Ma przynajmniej sześć posiadłości rozrzuconych po całym świecie, a oprócz tego odrzutowce, jachty i Bóg wie co jeszcze.
– Raport musiał zaleźć mu za skórę, nie sądzisz? – Trope dokończył bułkę i wsadził celofan do papierowej torby.
– O tak! Gdyby rozegrał to spokojnie, nikt nie zwróciłby uwagi na tę historyjkę. Ale facet wpadł w szał i zaczął zabijać, a im więcej trupów, tym wiarygodniejsza staje się hipoteza raportu.
Trope spojrzał na zegarek. Rozmawiali już zbyt długo, ale istotnie było o czym.
– Voyles mówi, że będzie nam potrzebna wasza pomoc.
– W porządku. – Booker kiwnął głową. – Ale sprawa nie będzie łatwa. Po pierwsze: domniemany zabójca nie żyje. Po drugie: domniemany zleceniodawca jest nieuchwytny. Zorganizowano skomplikowany spisek, ale spiskowcy zniknęli. Spróbujemy znaleźć Mattiece’a.
– I dziewczynę?
– Tak, ją też.
– Ciekawe, co ona knuje.
– Zastanawia się, jak przeżyć.
– Dlaczego jej nie zdejmiecie? – spytał Trope.
– W tej chwili nie wiemy, gdzie się zaszyła, a poza tym nie wolno nam zgarniać niewinnych ludzi z ulicy. Dziewczyna nikomu już nie ufa.
– Nie dziwię się – rzekł Trope i odszedł.
Grantham podniósł niewyraźne zdjęcie, przesłane faksem z Phoenix. Przez dwa lata Darby studiowała biologię w college’u Uniwersytetu Stanowego Arizony – na zdjęciu miała nie więcej niż dwadzieścia wiosen i bardzo ładnie prezentowała się w stroju alumna. Drugi faks przysłał współpracownik Associated Press z Nowego Orleanu. Była na nim kopia jej pierwszorocznego zdjęcia z Tulane. Miała już dłuższe włosy. Szperając w studenckich annałach, facet z AP natrafił na fotografię panny Darby Shaw pijącej dietetyczną colę podczas akademickiego pikniku. Na zdjęciu ubrana była w obszerną bluzę i wyblakłe, dopasowane dżinsy. Śmiała się z czegoś… lub z kogoś stojącego w pobliżu. Miała idealnie równe, białe zęby i miłą twarz. Wyglądała jak modelka z “Vogue’a”. Grantham przypiął to zdjęcie do korkowej tablicy nad biurkiem.
Nadszedł także faks ze zdjęciem Thomasa Callahana, potrzebnym do dokumentacji.
Położył nogi na biurku. Był wtorek, dochodziło wpół do dziesiątej. W sali agencyjnej szumiało jak w dobrze zorganizowanym ulu. W ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin Gray wykonał osiemdziesiąt telefonów, a ich efektem były jedynie cztery fotografie i sterta dokumentów kontroli finansowej kampanii prezydenckiej. Dreptał w miejscu, ale czy to ważne? Dziewczyna wszystko wyśpiewa.
Przeglądając ostatnie wydanie “Posta” natknął się na nieco dziwną historię zejścia z tego świata niejakiego Gavina Verheeka. Zadzwonił telefon. To była Darby!
– Widział pan “Posta”?
– Czasami coś dla nich pisuję.
– Pytam, czy czytał pan ten artykuł o prawniku z FBI zamordowanym w Nowym Orleanie. – Darby nie była w nastroju do żartów.
– Wiesz coś na ten temat?
– Można to tak ująć. Słuchaj pan uważnie, Grantham: Callahan przekazał raport Verheekowi, który był jego najlepszym przyjacielem. W piątek Verheek przyjechał do Nowego Orleanu na pogrzeb Thomasa. Rozmawiałam z nim przez telefon. Chciał mi pomóc, ale bałam się ludzi z Biura. Umówiliśmy się na spotkanie wczoraj, czyli w poniedziałek. Verheek został zamordowany w pokoju hotelowym około jedenastej wieczorem w niedzielę. Notuje pan, panie Grantham?
– Tak, mam wszystko.
– Verheek nie przyszedł na spotkanie, bo już nie żył. Wpadłam w panikę i wyjechałam z miasta. Jestem w Nowym Jorku.
– Rozumiem. – Grantham notował w szaleńczym tempie. – Kto zabił Verheeka?
– Nie wiem. Ta sprawa ma drugie dno. Przeczytałam “Posta” i “New York Timesa” od deski do deski i nie znalazłam ani słowa o tym morderstwie. Zabito również człowieka, z którym się spotkałam, biorąc go za Verheeka. To długa historia.
– Na to wygląda. Kiedy mi ją opowiesz?
– Kiedy może pan zjawić się w Nowym Jorku?
– Najpóźniej w południe.
– Trochę za szybko. Przełóżmy to na jutro. Zadzwonię do redakcji mniej więcej o tej porze i przekażę dalsze instrukcje. Musi być pan ostrożny, Grantham.
Spojrzał z podziwem na fotografię uśmiechniętej dziewczyny w dżinsach.
– Mam na imię Gray, a nie Grantham.
– Jak wolisz. Słuchaj dalej: pewni ludzie obawiają się tego, co wiem. Jeśli opowiem ci o tym, możesz zginąć. Widziałam już dosyć trupów, Gray. Słyszałam wybuchające bomby i huk wystrzałów. Wczoraj stałam obok faceta wyrzygującego własny mózg i nie mam pojęcia, kim był ani dlaczego go zabito. Oczywiście musiał wiedzieć o raporcie “Pelikana”. Myślałam, że to przyjaciel, powierzyłam mu swoje życie… Zabito go strzałem w głowę… W biały dzień… Pośród tłumu ludzi… Widziałam, jak umiera, i wtedy zaświtała mi myśl, że nie był tym, za kogo się podawał… Nie był przyjacielem. Dziś rano przeczytałam gazety i jestem pewna, że chciał mnie zabić.
– Zamordowano faceta, który miał cię zabić?! Nic już nie rozumiem.
– Wyjaśnię ci to, kiedy się tu zjawisz.
– W porządku, Darby.
– Musimy jeszcze uzgodnić pewien drobiazg. Powiem ci wszystko, co wiem, pod warunkiem, że nikomu nie zdradzisz mojego nazwiska. Nie pomyślałam o tym wcześniej i przeze mnie zginęło troje ludzi, a ja mogę być następna. Nie chcę mieć kłopotów. Utrzymasz moje nazwisko w tajemnicy?