Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
Czarodziej odstępca żył samotnie na skraju osady zwanej Rzezimieszki (bardzo to trafny był wybór, zważywszy na charakter Parharasa) i rzadko wyściubiał nos z domu otoczonego magicznymi kręgami ochronnymi. A raczej pseudomagicznymi, bo Razelmont, od kiedy złamano mu różdżkę, nie mógł już korzystać z prawdziwej mocy. Arivald nie wiedział, za co ukarano Parharasa tak surowo, bo wszelkie materiały sądowe były utajnione, a nikt z tych, co sprawę znali, nie chciał o niej mówić. Rzecz była wyjątkowo wstydliwa, bo w krótkim czasie zdarzyło się trzech odstępców: Vargaler, który zniknął gdzieś po sporze z danskarskimi piratami, Dagolar, któremu po procesie sądowym odebrano moc, oraz właśnie Parharas, którego sprawy Arivald nie znał, gdyż w czasie trwania procesu przebywał w gościnie u Borrondrina. O Razelmoncie głośno było i poprzednio z racji jego awantur, wybryków, oszustw, krętactw i notorycznego pijaństwa. Cóż, wszędzie trafiają się czarne owce. Ale złamania różdżki nie spowodowałyby nawet największe oszustwa i krętactwa. Parharas musiał zabawiać się rzeczami, od których każdy przyzwoity czarodziej trzyma się z daleka. Może była to nekromancja, może skumał się z którymś z wiedźmiarzy, może próbował otwierać zabronione przejścia albo starał się dotrzeć do zamkniętych sejfów Aury… W każdym razie przewina była z pewnością dużej rangi (bo Bractwo bardzo niechętnie karało któregokolwiek ze swoich), a wyrok sprawiedliwy.
– W porządku – rzekł Arivald do Wyrknuha – spotkam się z nim, ale niech Bóg cię chroni, jeżeli wiadomość o tym spotkaniu pójdzie w świat.
– A co, głupi jestem? – warknął stary krasnolud. – Mnie by za to popieścili?
Parharas Razelmont wyglądał tak samo wrednie, jak wredną miał opinię. Był niechlujnym starcem o brodzie pożółkłej od tytoniu (jedno z dobrodziejstw Nowego Świata) i małych złośliwych oczkach. Nosił wytarty kubrak z zaskorupiałymi plamami po sosach i winie oraz kapelusz z obwisłym, postrzępionym rondem.
– Sam słynny Arivald! – zaskrzeczał na powitanie. – Cóż sprowadza tak dostojnego czarodzieja do mego skromnego domku?
Domu Parharasa nie można było nazwać skromnym (przynajmniej jeżeli chodzi o wielkość). Była to ogromna parterowa szopa podzielona na kilkanaście mniejszych i większych pokoi. Wszędzie (a przynajmniej wszędzie tam, gdzie sięgnął wzrok Arivalda) panował nieludzki bałagan i brud. Poza tym śmierdziało. Zjełczałym olejem, skwaśniałym winem i przepoconymi onucami. Na stole stał talerz pełen czegoś starego, zaschniętego i zielonkawego, co – sądząc po zapachu – musiało umrzeć dawno temu.
– Siadajcie, siadajcie – zaprosił Parharas i niedbale strzepnął na podłogę to, co leżało na krzesłach.
Arivald usiadł ostrożnie, krasnoludy po chwili wahania (bo krzesła nie wyglądały na zbyt solidne) również skorzystały z propozycji.
– Ghorlarg – rzekł krótko Wyrknuh. – Jesteś zainteresowany? Oczy Razelmonta błysnęły i zaraz przygasły.
– Ja? – spytał obłudnie skromnym tonem. – A cóż ja mógłbym pomóc tak znamienitym osobom? Jestem tylko wyrzutkiem i odstępcą. Zajmuję się leczeniem bydła, czasem ludzi, sporządzam mikstury miłosne i odczyniam uroki…
– A także je rzucam – dokończył za niego Wyrknuh.
– O, to nieudowodnione insynuacje – strzepnął niedbale dłonią Razelmont.
– Nie oszukujmy się – rzekł Arivald. – Jesteś jednym z największych specjalistów od rozszyfrowywania map i potrzebujemy twojej pomocy.
– A Lineal? A Bolgast? A Galladrin? – niewinnie zapytał Parharas. – Dlaczego nie zgłosicie się do nich?
– Dobrze wiesz dlaczego. – Wyrknuh robił się już zły. – Zacznij więc gadać po ludzku. Tak czy nie?
Parharas potarł kciuk palcem wskazującym, w geście znanym od początku świata.
– A co ja z tego będę miał?
– Za co cię skazali? – spytał Arivald, choć nie było to najuprzejmiejsze pytanie.
Razelmont skurczył się w sobie, ale zaraz uśmiechnął się na powrót.
– Zostałem oszukany – powiedział spokojnie. – Mój proces był prowokacją, został sfingowany od początku do końca.
– Przez kogo?
– Tego nie wiem. – Parharas sięgnął po dzbanek z winem i nie proponując poczęstunku gościom, nalał sobie do kubka.
– Czy nie chciałbyś więc, abym pomógł ci w wyjaśnieniu tej sprawy? Jeżeli jesteś niewinny, pomogę ci, niezależnie od tego jaką miałeś i masz opinię.
– Arivald z Wybrzeża. Surowy, ale sprawiedliwy – zadrwił Razelmont. – Za kogo ty się masz, czarodzieju? Za Pana Boga, za rękę losu, za wybawcę uciśnionych? Ja chcę pieniędzy. Dużo pieniędzy.
– Ile? – zapytał krótko Wyrknuh.
– Tysiąc dukatów – odparł po chwili Razelmont i zmrużył oczy.
Krasnoludy roześmiały się jak na komendę.
– Zostań więc ze swymi rojeniami. – Wyrknuh wstał. – Marnujemy tylko czas.
– Czy to nie krasnoludy twierdzą, że targowanie się jest podstawą handlu? – spytał przymilnym tonem Parharas.
– Możesz dostać trzydzieści za rozszyfrowanie map, drugie trzydzieści, jeżeli wyprawa się powiedzie, i trzecie, jeżeli weźmiesz w niej udział. To jest moje ostatnie słowo.
– O tym nie było mowy – zaprotestował Arivald, któremu nie uśmiechała się podróż z Razelmontem przez labirynty Ghorlargu.
– No to jest teraz – odparł niegrzecznie Wyrknuh. – I jak? Parharas Razelmont podrapał się po żółtawej brodzie.
– A on ile dostaje? – spytał wskazując Arivalda.
– To niech cię nie obchodzi – rzekł czarodziej – a poza tym nic, bo ja wycofuję się z tego interesu. Radźcie sobie sami.
Był naprawdę wściekły. Nie dość, że musiał rozmawiać z człowiekiem, którego zachowanie budziło w nim obrzydzenie, to jeszcze mógł z powodu tej rozmowy mieć kłopoty. A poza tym kto wie? Może to znak od losu, aby w porę dać sobie spokój? W labiryntach Ghorlargu naprawdę było niebezpiecznie.
– Ejże! – warknął Wyrknuh. – Przecież on sobie nie poradzi bez ciebie! Tu potrzebna jest magia!
– Co fakt, to fakt – mruknął Razelmont i Arivald spojrzał na niego zdziwiony, bo oczekiwał raczej stwierdzenia, że odszczepieniec sam da sobie doskonale radę. – Dobra, krasnoludzie, zgadzam się. Ale zawdzięczasz to tylko temu, że wyjątkowo potrzebna jest mi gotówka. Pokażcie te mapy.
– Nie tutaj – rzekł stanowczo Wyrknuh, a Hremarg w milczeniu przytaknął. – Przejdziemy się do naszego obozu.
Parharas wzruszył ramionami.
– Jak sobie chcecie – powiedział, sięgając po płaszcz. – Mnie to obojętne.
Parharas Razelmont może i był odstępcą, może miał paskudny charakter, ale za to na mapach rzeczywiście się znał. Ponieważ jednak pozbawiono go mocy i możliwości czerpania z Aury, często musiał korzystać ze wsparcia Arivalda. Ale nie ulegało wątpliwości, kto tutaj naprawdę wie, o co chodzi.
– Bajki tam, a nie księżycowa – rzekł w końcu, kiedy spędzili już nad mapami dwa dni – i wcale nie zaszyfrowana, wcale nie zaklęta. To najzwyklejsza mapa – spojrzał w zadumie na Arivalda. – Czy to nie dziwne?
– Bardzo dziwne – przytaknął czarodziej, który co prawda nie zdołał Parharasa polubić, ale zaczął szanować jego wiedzę.
– I niebezpieczne – dodał Razelmont. – Tak… – popatrzył w niebo – co za historia…
Sięgnął po kubek z wodą, bo poza wszystkimi wadami miał też tę jedną, że od czasu przybycia do obozu krasnoludów nie tykał alkoholu (na co Arivald patrzył z głębokim politowaniem). Siorbnął i otarł wargi.
– Weźmiesz mnie ze sobą? – zapytał dziwnie pokornym tonem.
Arivald był przygotowany na to pytanie, lecz nadal nie był pewien, jak odpowiedzieć. Gdybyż wiedział, za co skazano Parharasa w Silmanionie! Ale tajemnicy ściśle przestrzegano i czarodziej mógł jedynie gubić się w domysłach. Razelmont miał tak złą opinię, że spodziewać można się było po nim najgorszego. Po pierwsze, mógł kłamać, aby poprzez niepowodzenie, czy nawet śmierć Arivalda wywrzeć zemstę na Bractwie. Po drugie, mógł wiedzieć więcej, niż mówił, i chcieć zbadać Ghorlarg w sobie tylko znanych celach. Po trzecie, mógł doprowadzić do śmierci Arivalda i knuć jakiś plan, mający na celu szantażowanie krasnoludów tym, iż opowie, kto czarodzieja wynajął i w jakim celu. Nie byłby to najmądrzejszy pomysł, bo ci, co starali się szantażować krasnoludy, zwykle kończyli z głową wbitą na ładnie zastrugany palik (jako przestroga dla innych szukających łatwego zarobku). Ale można było też przyjąć inną wersję: Parharas chciał się zrehabilitować i starać o cofnięcie wyroku. Nie ma bowiem dla czarodzieja gorszej rzeczy niż odebranie mu mocy i możliwości korzystania z Aury. Nawet nie można porównywać tego z oślepieniem, prędzej z pozbawieniem narkotyku czy utratą jedynej prawdziwej miłości. Ale nawet to nie w pełni oddaje tragedię, jaka spotyka ukaranego maga. Toteż Bractwo tego typu represjami nie szafowało lekką ręką. Ostatnio spotkało to co prawda słynnego i znamienitego Dagolara, ale inna sprawa, że w pełni sobie na karę zasłużył.