Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]
- Автор: Перес-Реверте Артуро
- Язык: польский
- Переводчик: Filip Lobodzinski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]». Краткое содержание книги:
Pérez-Reverte po raz kolejny dowodzi swojej pomysłowości i erudycji. Szachownica flamandzka to powieść detektywistyczna, w której dochodzenie prowadzone jest na kilku płaszczyznach; to jak rozwiązywanie łamigłówki wymagające dobrej znajomości sztuki, szachów i psychologii. Ale tym razem autor chyba przekombinował. Fabuła jest nazbyt wymyślna i skomplikowana, za to bohaterowie nie dość przekonujący, aby uwiarygodnić tę historię. Zainteresowały mnie dzieje obrazu i postaci na nim przedstawionych, ale jakoś nie potrafiłam się przejąć niebezpieczeństwem grożącym Julii i jej przyjaciołom.
– Policja ma swoje metody.
Były to tylko słowa, co doprowadzało Cesara do furii. Fakt, że łączyły go z Feijoo interesy, jeszcze nie oznaczał, że ma być dla niego sympatyczny. Zwłaszcza gdy wyszło na jaw, że nadinspektor gra nielojalnie.
– Jeżeli te metody polegają na śledzeniu Julii, podczas gdy jakiś wariat łazi sobie spokojnie i posyła jej anonimowe karteczki, wolę powstrzymać się od komentarza na temat takich metod… – Popatrzył na dziewczynę i znowu na nadinspektora. – Nawet w głowie mi się nie mieści, że mogliście ją podejrzewać o zabicie profesora Ortegi… A dlaczego mną się nie zajmiecie?
– Zajęliśmy się – policjanta drażniła bezczelność antykwariusza, z trudem się hamował. – Gwoli ścisłości sprawdzamy wszystkich. – Rozłożył dłonie na znak, że ma świadomość potwornej wpadki. – Niestety, taka praca.
– I coś już wiecie?
– Z żalem przyznaję, że nie. – Feijoo podrapał się pod pachą przez marynarkę i zaczął się wiercić na krześle.
– Jeżeli mam być szczery, to nie jesteśmy mądrzejsi, niż na początku… Lekarze sądowi też nie są zgodni co do przyczyn śmierci Alvara Ortegi. Cała nasza nadzieja w tym, że jeśli istotnie jest jakiś morderca, to zrobi fałszywy krok.
– I dlatego mnie śledzicie? – wypaliła wściekła Julia. Siedziała z dymiącym papierosem w dłoni, przycisnąwszy torebkę do siebie. – Ze to może ja zrobię ten fałszywy krok?!
Policjant spojrzał na nią smętnie.
– Proszę tego nie brać tak do siebie. To działania rutynowe… Zwykła taktyka policyjna.
Cesar uniósł brew.
– Jeśli to taktyka, to mało obiecująca. I nieszczególnie szybka.
Feijoo przełknął ślinę i gorycz. W tym momencie – pomyślała Julia z mściwym zadowoleniem – policjant z całej duszy żałował, że prowadzi ciemne interesy z antykwariuszem. Wystarczyłoby, żeby Cesar chlapnął coś w paru odpowiednich miejscach, a nadinspektor, bez oskarżenia i oficjalnego dochodzenia, dyskretnie, jak zwykle w pewnych kręgach, zakończyłby karierę w ciemnym gabinecie jakiegoś zabitego dechami komisariatu. Po uszy w papierkach i bez premii.
– Mogę państwa tylko zapewnić – odezwał się wreszcie, kiedy już strawił połowę gniewu, jaki najwyraźniej wypełniał mu żołądek – że nie ustaniemy w śledztwie… – nagle przypomniał sobie o czymś z niechęcią. – Oczywiście panienka będzie korzystać ze specjalnej ochrony.
– Mowy nie ma – odparła Julia. Upokorzenie policjanta nie mogło zmazać jej własnego. – Proszę, żadnych niebieskich samochodów. Mam dosyć.
– Tu chodzi o pani bezpieczeństwo.
– Sami panowie widzieli, że potrafię się obronić.
Feijoo uciekł wzrokiem. Z pewnością jeszcze miał chrypę od wrzasku, jakim poczęstował dwóch policjantów za to, że tak dali się zaskoczyć. “Jełopy! – krzyczał. -…Zasrane żółtodzioby…! Przez was umoczyłem dupę i będziecie za to ukrzyżowani…!” Cesar i Julia słyszeli to wszystko przez drzwi, kiedy czekali na korytarzu komisariatu.
– W tej sprawie – zaczął po dłuższym zastanowieniu. Widać było, że toczą w nim teraz ciężką walkę obowiązek przeciwko rozsądkowi. Ostatecznie przeważył ten drugi. – Zważywszy okoliczności, nie sądzę… To znaczy, ten pistolet… – znów przełknął ślinę i zerknął na Cesara. – W końcu to zabytek, nie żadna nowoczesna broń w pełnym znaczeniu tego słowa. A pan, jako antykwariusz, ma oczywiście pozwolenie… – Popatrzył na blat. Zapewne myślał teraz o osiemnastowiecznym zegarze, za który parę tygodni temu Cesar zapłacił mu niezłą sumkę. – Jeśli o mnie chodzi, a mówię tu też w imieniu moich dwóch podwładnych… – ponownie uśmiechnął się krzywo, na zgodę. – To znaczy, jesteśmy gotowi przymknąć oczy na szczegóły tej sprawy. Don Cesar, pan odbierze swojego derringera i na przyszłość zobowiąże się lepiej go pilnować. A panienka niech nas informuje o wszystkim, co się jeszcze wydarzy, dzwoni do nas natychmiast, jak pojawią się jakieś problemy. I nie chciałbym dowiedzieć się o jakichś kombinacjach z pistoletem… Czy wyrażam się jasno?
– Absolutnie – odparł Cesar.
– Dobrze – ich uległość w sprawie pistoletu wyraźnie poprawiła mu morale, bo zwracając się do Julii, Feijoo był już mniej spięty. – A co do koła w pani wozie, chciałbym wiedzieć, czy zamierza pani złożyć doniesienie o przestępstwie.
Popatrzyła nań zaskoczona.
– O przestępstwie…? Przeciwko komu?
Nadinspektor zwlekał z odpowiedzią, mając może nadzieję, że dziewczyna sama się domyśli.
– Przeciwko nieznanemu sprawcy lub sprawcom – rzekł w końcu. – Odpowiedzialnym za próbę pozbawienia życia.
– Alvara?
– Nie, pani. – Zęby znów wychynęły spod wąsów. – Bo owa tajemnicza osoba, która posyła karteczki, ma troszkę poważniejsze zamiary, niż tylko pograć sobie w szachy. Spray, którym napompowano pani koło po spuszczeniu powietrza, można kupić w każdym sklepie z częściami samochodowymi… Tyle że akurat ten pojemnik wcześniej napełniono benzyną za pomocą strzykawki… Mieszanka paliwa z substancją, która była tam przedtem, nabiera silnych właściwości wybuchowych przy pewnej temperaturze… Wystarczyłoby przejechać kilkaset metrów, żeby opona się nagrzała i nastąpiła eksplozja dokładnie pod bakiem. Samochód razem z państwem stałby się wielką pochodnią. – Uśmiechał się ze złośliwym zachwytem, jakby ta zarezerwowana na koniec opowieść miała przynieść mu drobną satysfakcję. -…Prawda, że to potworne?
Szachista pojawił się w sklepie Cesara godzinę później. Uszy sterczały mu nad kołnierzem płaszcza, włosy ociekały wodą. Wygląda niby wychudły, bezpański pies – pomyślała Julia, patrząc, jak otrząsa się na progu z deszczu, chlapiąc na kobierce, porcelanę i obrazy, które kosztowały więcej, niż był w stanie zarobić przez cały rok. Muńoz podał dziewczynie rękę – krótkim, prostym gestem, pozbawionym ciepła i jakiegokolwiek znaczenia – i skinął Cesarowi głową na powitanie. Następnie, starając się nie pomoczyć dywanów butami, wysłuchał z zimną krwią relacji o tym, co się stało na Rastro. Kilka razy przytaknął beznamiętnie, jakby historia o niebieskim fordzie i pogrzebaczu Cesara wcale go nie interesowała, a jego mętne oczy rozbłysły, dopiero gdy Julia wyciągnęła z torebki karteczkę i mu ją podała. Niebawem miał już przed sobą na stoliku małą szachownicę, z którą się chyba ostatnio nie rozstawał, i przyglądał się nowemu położeniu.
– Jednego nie rozumiem – powiedziała Julia, patrząc mu przez ramię. – Dlaczego postawili pusty pojemnik na masce? Przecież od razu musieliśmy go zobaczyć… Chyba że ten ktoś bardzo się spieszył.
– Może chodziło tylko o groźbę – odezwał się Cesar, siedzący na skórzanym fotelu pod witrażem. – Groźbę w najgorszym stylu.
– No to włożyła w nią dużo wysiłku, prawda? Spreparować spray, spuścić powietrze, znów napompować koło… I jeszcze ryzykowała, że ją przy tym ktoś zobaczy – Julia liczyła z niedowierzaniem na palcach. -To dziwne – zaskoczyły ją własne słowa. -…Zauważyliście? Mówię o tajemniczym graczu w rodzaju żeńskim, jakby był kobietą… Ta podejrzana dama w płaszczu nie daje mi spokoju.
– Może posuwamy się za daleko – zastanawiał się Cesar. -Jak dobrze przemyśleć, rano na Rastro mogło być i kilkanaście blondynek w płaszczach przeciwdeszczowych. Niektóre mogły też mieć ciemne okulary… Ale z tym pojemnikiem to masz słuszność. Tak na widoku, na samochodzie… Jakaś groteska.
– Może nie do końca – powiedział Muńoz i obydwoje spojrzeli na niego. Szachista siedział na stołku przy niewielkim stoliku i patrzył na szachownicę. Zdjął wcześniej płaszcz i marynarkę, był teraz w samej koszuli, pomiętej i byle jakiej. Rękawy podwinął kilka razy do łokci, może nie chcąc pokazać, że ma za długie mankiety.