Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]
- Автор: Перес-Реверте Артуро
- Язык: польский
- Переводчик: Filip Lobodzinski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]». Краткое содержание книги:
Pérez-Reverte po raz kolejny dowodzi swojej pomysłowości i erudycji. Szachownica flamandzka to powieść detektywistyczna, w której dochodzenie prowadzone jest na kilku płaszczyznach; to jak rozwiązywanie łamigłówki wymagające dobrej znajomości sztuki, szachów i psychologii. Ale tym razem autor chyba przekombinował. Fabuła jest nazbyt wymyślna i skomplikowana, za to bohaterowie nie dość przekonujący, aby uwiarygodnić tę historię. Zainteresowały mnie dzieje obrazu i postaci na nim przedstawionych, ale jakoś nie potrafiłam się przejąć niebezpieczeństwem grożącym Julii i jej przyjaciołom.
– Spray do naprawiania przebitych opon… Kładziesz to na wentyl i pompujesz koło. W środku jest taka biała pasta, która zalepia dziurę od wewnątrz.
– A co to tu robi?
– Sama chciałabym wiedzieć.
Sprawdzili opony. Po lewej stronie wszystko wyglądało normalnie, Julia okrążyła więc wóz, żeby sprawdzić pozostałe dwa koła. Też w porządku. Ale kiedy już miała rzucić pojemnik na ziemię, zwróciła uwagę na jeden szczegół: wylot wentyla w prawym tylnym kole nie miał gwintowanej nasadki. Na jej miejscu widniał pęcherzyk białej masy.
– Ktoś napompował oponę – wywnioskował Cesar, patrząc ze zdumieniem na pusty pojemnik. – Może była przekłuta.
– Na pewno nie do czasu, jak tu zaparkowaliśmy – odparła i obydwoje popatrzyli na siebie, pełni najgorszych przeczuć.
– Nie wsiadaj do wozu – ostrzegł ją Cesar.
Sprzedawczyni obrazków nikogo nie widziała. Przechodzi tędy masa ludzi, a ona pilnuje swoich spraw – klarowała, układając na ziemi święte serduszka, świętych Pankracych i rozmaite Najświętsze Panienki. A co do zaułka, to nie była pewna. Może ktoś z sąsiedztwa, w ciągu ostatniej godziny ze trzy, cztery osoby.
– Przypomina sobie pani kogoś konkretnie? – Cesar zdjął kapelusz i pochylał się ku handlarce. Stał w płaszczu narzuconym na ramiona i z parasolem pod pachą. Prawdziwy mężczyzna – pomyślała pewnie kobieta – chociaż może chustka pod szyją trochę dziwnie wygląda u pana w tym wieku.
– No, chyba nie. – Handlarka otuliła się szczelniej wełnianym szalem. Po minie było widać, że wysila pamięć.
– Jakaś kobieta, zdaje się. I młoda para.
– Jak wyglądali?
– Wie pan: jak to młodzi, skórzane kurtki i dżinsy…
Julii tłukła się po głowie absurdalna idea. W końcu w ostatnich dniach jej głowa siłą rzeczy musiała stać się pojemniejsza, więcej musiało się w niej pomieścić.
– Widziała pani kogoś w granatowym surducie? Chodzi mi o mężczyznę w wieku dwudziestu ośmiu, trzydziestu lat, wysokiego, z włosami związanymi w kitkę.
Sprzedawczyni nie przypominała sobie Maxa. Natomiast co do kobiety, to owszem, zapamiętała ją, bo tamta zatrzymała się na chwilę koło jej obrazków, może nawet chciała któryś kupić. Blondynka, w średnim wieku, dobrze ubrana. Ale żeby majstrowała przy samochodzie? Co to, to nie. Nie wyglądała na taką. Miała na sobie płaszcz od deszczu.
– W okularach słonecznych?
– Tak.
Cesar spojrzał na Julię z powagą.
– Dziś nie ma słońca.
– Wiem.
– To mogła być ta kobieta od dokumentów – Cesar przerwał na moment i popatrzył jeszcze surowiej. – Albo Menchu.
– Nie pleć bzdur.
Antykwariusz pokręcił głową, zerkając na przechodzących mimo ludzi.
– Masz rację. Ale sama pomyślałaś o Maksie.
– Max… to co innego – Julia nachmurzyła się, lustrując wzrokiem ulicę, jak gdyby Max albo blondynka w płaszczu przeciwdeszczowym jeszcze tamtędy maszerowali. Ale od tego, co tam zobaczyła, nie tylko słowa zamarły jej na ustach, ale całe ciało doznało wstrząsu. Nie ujrzała kobiety odpowiadającej rysopisowi. Zobaczyła natomiast, pomiędzy plandekami i foliami na straganach, zaparkowany na rogu samochód. Niebieski samochód.
Z tego miejsca nie potrafiła ocenić, czy to był ford, ale od razu poczuła się jak w gorączce. Odeszła parę kroków od handlarki, ku zdumieniu Cesara, i wyminąwszy kilka kiosków z tandetą, stanęła, wspinając się na palce. Istotnie był to ford z przyciemnionymi szybami. Nie zdołała odczytać numeru rejestracyjnego, ale pomyślała, że jak na jeden poranek trochę za dużo tych zbiegów okoliczności: Max, Menchu, karteczka na przedniej szybie, pusty pojemnik, kobieta w płaszczu i teraz ten samochód, który stał się kluczem do jej koszmaru. Poczuła, że drżą jej ręce, więc wsunęła je do kieszeni kurtki. Bliskość antykwariusza za plecami dodała jej odwagi.
– To ten samochód, Cesar. Rozumiesz…? Kimkolwiek jest ta osoba, siedzi w środku.
Cesar nic nie odpowiedział. Zdjął powoli kapelusz, który uznał widocznie za strój niewłaściwy do tego, co teraz mogło nastąpić, i popatrzył na Julię. Nigdy bardziej go nie uwielbiała, jak w tym momencie, gdy tak stał z zaciśniętymi ustami, wysuniętym do przodu podbródkiem, przymkniętymi oczami i niesamowitym, twardym blaskiem dobiegającym spod powiek. Szczupłe rysy gładko wygolonego oblicza nagle mu stężały. Po obydwu stronach ust wyraźnie zarysowały się mięśnie twarzy. Może i jest homoseksualistą – mówiły jego oczy – a także mężczyzną wstrzemięźliwym, nieskorym do gwałtu. Ale absolutnie nie pozwoli się nazwać tchórzem. Przynajmniej gdy chodzi o jego księżniczkę.
– Zaczekaj tu – powiedział.
– Nie. Idziemy tam razem – spojrzała na niego czule. Kiedyś w zabawie pocałowała go w usta, kiedy jeszcze była dziewczynką. Znów miała odruch, żeby to zrobić. Ale teraz to już nie była zabawa. – Ty i ja.
Wsunęła dłoń do torebki i odbezpieczyła derringera. Cesar wetknął parasol pod pachę i z największym spokojem, jakby chodziło o laseczkę, wybrał ogromny, żelazny pogrzebacz na jednym ze straganów.
– Za pozwoleniem – powiedział zdziwionemu sprzedawcy, wtykając mu do ręki pierwszy lepszy banknot wyciągnięty z portfela. Następnie popatrzył spokojnie na Julię.
– Przynajmniej raz, kochanie, pozwól, że pójdę przodem.
I ruszyli w stronę samochodu. Szli, kryjąc się za budami, Julia z ręką w torebce, Cesar z pogrzebaczem w prawej dłoni, a parasolem i kapeluszem w lewej. Zobaczywszy tablicę rejestracyjną dziewczyna poczuła, że serce wali jej jak młotem. Nie było żadnych wątpliwości: niebieski ford, ciemne szyby, litery TH. W ustach jej zaschło, a żołądek boleśnie się skurczył. Przemknęło jej przez głowę, że tak właśnie czuł się kapitan Peter Blood na chwilę przed abordażem.
Dotarli do rogu. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Ktoś wewnątrz wozu odkręcił szybę od strony kierowcy, żeby wyrzucić peta. Cesar odłożył na ziemię kapelusz i parasol, uniósł pogrzebacz i skierował się ku lewej stronie samochodu, gotów nawet zabić piratów czy kogokolwiek miał napotkać. Julia podbiegła z zaciśniętymi zębami i przyspieszonym tętnem, wyszarpnęła pistolet z torebki i wetknęła go przez okno, zanim ci w środku zdążyli podkręcić z powrotem szybę. Przed wylotem lufy pojawiła się nieznana jej twarz: na wycelowaną broń z przerażeniem spoglądał młody brodaty mężczyzna. Na sąsiednim siedzeniu drugi człowiek aż podskoczył ze strachu, kiedy Cesar otworzył drzwiczki i zamierzył się nań żelaznym pogrzebaczem.
– Wyłazić! Wyłazić! – wrzeszczała Julia, prawie tracąc panowanie nad sobą.
Oniemiały brodacz podniósł w błagalnym geście otwarte dłonie.
– Niech się pani uspokoi! – wybełkotał. – Na litość boską, niech się pani uspokoi…! Jesteśmy z policji!
– Przyznaję – powiedział w gabinecie nadinspektor Feijoo, krzyżując ramiona na biurku – że na razie nie okazaliśmy się w tej sprawie specjalnie skuteczni…
Zawiesił głos i popatrzył na Cesara łagodnie, jak gdyby brak skuteczności ze strony policji mógł wszystko wytłumaczyć. My, ludzie światowi – zdawało się mówić to spojrzenie – możemy sobie czasem pozwolić na konstruktywną samokrytykę.
Cesar jednak nie zamierzał dać za wygraną.
– To inna forma wyrażenia – wyrzekł z pogardą – tego, co zwykliśmy nazywać niekompetencją.
Po skonsternowanym uśmiechu Feijoo widać było, że ta uwaga dopiekła mu do żywego. Pod meksykańskimi wąsami ukazały się białe zęby, którymi nadinspektor zaczął gryźć dolną wargę. Spojrzał najpierw na antykwariusza, potem na Julię i jął bębnić o blat swoim byle jakim długopisem. W obecności Cesara nie miał wyjścia, musiał postępować bardzo ostrożnie. Wszyscy troje wiedzieli dlaczego.