Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
Wallis pochylił się w moim kierunku.
— Mamy szczęście! Wyświetlają film o college’u Imperial. To Kurt Gödel, młody naukowiec z Austrii. Być może pozna go pan. Niedawno udało nam się wydostać go z Rzeszy. Chciał uciec, ponieważ ubzdurał sobie, że kajzer nie żyje i został zastąpiony przez uzurpatora... Mówiąc między nami, to dość dziwny facet, ale wielki umysł.
— Gödel? — zainteresowałem się. — Ten od niekompletności matematyki i tych wszystkich rzeczy?
— No tak! — Wallis spojrzał na mnie z zaciekawieniem. — Skąd pan o tym wie? To się nie wydarzyło w pańskich czasach. Cóż, to nie z powodu swoich osiągnięć w dziedzinie teoretycznej matematyki jest dla nas taki ważny. Skontaktowaliśmy go z Einsteinem w Princeton... — Nie zapytałem, kim jest ten Einstein — ... i rozpocznie badania, które prowadził w Rzeszy. Mamy nadzieję, że dzięki temu uzyskamy nowy sposób podróżowania w czasie. To był prawdziwy przełom... przypuszczam, że chłopcy kajzera są na siebie wściekli...
— A ta ceglana konstrukcja obok niego? Co to jest?
— Eksperyment. — Rozejrzał się ostrożnie. — Nie powinienem za wiele mówić. Paplająca maszyna napomyka o tym tylko po to, żeby wzbudzić trochę sensacji. Ma to związek z rozszczepieniem atomów... Mogę wyjaśnić to panu później, jeśli jest pan zainteresowany. Gödel aż się pali, żeby z tym poeksperymentować. Prawdę mówiąc, przypuszczam, że już rozpoczęto próby.
Teraz zobaczyliśmy gromadę starszawych ludzi w źle dopasowanych mundurach polowych, którzy szczerzyli się do kamery. Kamerzysta wybrał chudego mężczyznę, który wyglądał na dość silnego.
— To Straż Krajowa... kobiety i mężczyźni, którzy nie nadają się do służby czynnej, lecz mimo to wykonują pewne obowiązki żołnierskie na wypadek, gdyby kiedykolwiek doszło do inwazji Anglii. To Orwell, George Orwell. Niezły pisarz... chyba pan go nie zna.
Wiadomości dobiegły końca i nad naszymi głowami pojawiło się nowe widowisko. Okazało się, że jest to film rysunkowy: ożywione rysunki ze skoczną muzyką w podkładzie. Główną postacią był Zdesperowany Dań, który mieszkał w prymitywnie naszkicowanym Teksasie. Po zjedzeniu olbrzymiego krowiego placka Dań spróbował zrobić sobie sweter z drutów telegraficznych, wykorzystując słup telegraficzny jako szydełko. Przez przypadek wyszedł mu z tego łańcuch. Kiedy go wyrzucił do morza, łańcuch zatonął. Dań go wyciągnął i stwierdził, że wyłowił nie mniej niż trzy niemieckie molochy podwodne. Oficer marynarki wojennej, który to zobaczył, dał Danowi nagrodę w wysokości pięćdziesięciu funtów... i tak dalej.
Przypuszczałem, że to przedstawienie nadaje się tylko dla dzieci, ale zobaczyłem, że dorośli dość szczerze się z niego śmieją. Uznałem to za prymitywną i ordynarną propagandę, i zdecydowałem, że potoczna nazwa „paplająca maszyna” znakomicie pasuje do tego kinematograficznego widowiska.
Po tym pokazie uraczono nas kolejnymi luźnymi wiadomościami. Zobaczyłem płonące miasto — mogło to być Glasgow lub Liverpool — gdzie nocne niebo rozjaśniał blask, a płomienie były olbrzymie. Potem pojawiły się zdjęcia dzieci ewakuowanych z zawalonej kopuły do środkowych hrabstw Anglii. Uśmiechając się szeroko do kamery, wyglądały mi na typowe dzieci miejskie, brudne i odziane w zbyt duże buty — przybłędy, całkiem bezradne w nawałnicy tej wojny.
Potem zobaczyliśmy część spektaklu pod tytułem „Dopisek”. Najpierw pojawił się wizerunek króla. Z zażenowaniem zobaczyłem, że jest nim chudy facet o imieniu Egbert, który okazał się dalekim krewnym starej królowej, którą pamiętałem. Ten Egbert był jednym z niewielu członków rodziny, którzy przeżyli zuchwałe niemieckie ataki na początku wojny. Tymczasem aktor o wyśmienitym głosie czytał w podkładzie wiersz:
I tak dalej! O ile mogłem się zorientować, fragment ten porównywał wojnę do czyśćca, który w końcu oczyści dusze ludzi. Pomyślałem sobie, że kiedyś, być może, zgodziłby się z taką interpretacją, ale po moim pobycie we Wnętrzu Sfery chyba zacząłem uważać wojnę za ponurą narośl, skazę ludzkiej duszy. I wszelkie jej usprawiedliwienia były właśnie tym: usprawiedliwieniem po fakcie.
Domyśliłem się, że Wallis nic nie pojmuje. Wzruszył ramionami.
— Eliot — powiedział, jakby to miało wszystko wyjaśniać.
Teraz pojawił się obraz pewnego człowieka: stroskanego staruszka z wystającymi kośćmi policzkowymi i zmierzwionym wąsem, z oczami wyrażającymi zmęczenie oraz brzydkimi uszami. Starzec zachowywał się dziko i wyglądał na sfrustrowanego. Siedział przy kominku z fajką w ręku — widać było, że fajka nie jest zapalona — i słabym głosem zaczął komentować wydarzenia dnia. Ten jegomość wyglądał mi znajomo, ale z początku nie mogłem go rozpoznać. Wydawało się, że wysiłki Rzeszy nie robią na nim wrażenia.
— Ta ich wielka maszyna nie może dać iskierki poezji działania, która odróżnia wojnę od masowych morderstw. To maszyna i dlatego nie ma duszy.
Nawoływał nas wszystkich do jeszcze większych wysiłków. Odwoływał się do mitów angielskiego krajobrazu.
— ... Zielone wzgórza, które rozpływają się w mglistym błękicie nieba... — i prosił nas, żebyśmy wyobrazili sobie rozdartą Anglię — ... by ujawnić stary flandryjski front, okopy i kratery po bombach, zniszczone miasta, poznaczony bliznami krajobraz, buchające śmiercią niebo oraz twarze mordowanych dzieci... — Wydawało mi się, że końcową sekwencję wypowiedział z czymś w rodzaju apokaliptycznej radości.
Nagle przypomniałem go sobie. To był mój stary przyjaciel Pisarz, który przemienił się w zwiędłego staruszka!
— Ba, czyż to nie jest pan...? — zapytałem, wymieniając jego nazwisko.
— Tak — odparł Wallis. — Czy pan go znał? Przypuszczam, że to możliwe... Oczywiście, że tak! Przecież to on napisał tę popularną opowieść o pańskich podróżach w czasie. O ile sobie przypominam, ukazała się w odcinkach w „The New Review”. A potem wydano ją w formie książkowej. Wie pan, to był dla mnie punkt zwrotny... Biedaczek oczywiście jakoś sobie teraz radzi — chyba nigdy nie cieszył się zbyt dobrym zdrowiem — a jego twórczość moim zdaniem już nie jest taka jak kiedyś.
— Nie?
— Za dużo tam wykładów, a za mało akcji. Fan wie, o co mi chodzi! Mimo to jego dzieła popularnonaukowe i historyczne zostały dobrze przyjęte. Jest dobrym przyjacielem Churchilla — to znaczy Pierwszego Lorda Admiralicji — i podejrzewam, że pański przyjaciel ma duży wpływ na rządowe projekty co do oblicza kraju po zakończeniu wojny, no wie pan, kiedy dotrzemy do „Świetlanej Przyszłości” — powiedział Wallis, podając cytat z jakiejś innej przemowy mojego dawnego przyjaciela. — W tej chwili pracuje nad Deklaracją Praw Człowieka czy czymś podobnym, której po wojnie wszyscy będziemy musieli przestrzegać. Na pewno zna pan marzenia tego rodzaju. Ale nie jest taki skuteczny jako mówca. Jeśli chodzi o przemowy, moim ulubieńcem jest Priestley.
Przez kilka minut słuchaliśmy oracji Pisarza. Cieszyłem się, że mój stary przyjaciel zachował życie pomimo zmiennych kolei tej przerażającej historii, a nawet znalazł dla siebie znaczącą rolę, ale zasmuciłem się tym, co czas uczynił z energicznym młodzieńcem, którego kiedyś znałem! Jak przy spotkaniu z Filby’m, teraz też zdjęła mnie litość dla tłumów anonimowych ludzi, osadzonych w powoli płynącym czasie i skazanych na nieubłagany proces podupadania na zdrowiu. Uznałem to za straszną ironię, że mężczyzna, który tak silnie wierzył w możność osiągnięcia doskonałości przez człowieka, przez większą część życia był świadkiem największej wojny w historii.