Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]
- Автор: Ринго Джон
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: ISA
- ISBN: 83-88916-73-4
- Переводчик: Przemyslaw Bielinski
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]». Краткое содержание книги:
Wybraliśmy walkę.
Dowódca na Diess nie urodził się jednak wczoraj i postanowił wystawić statki na aukcję. Był zaskoczony jej wynikiem. Zarówno statki międzyplanetarne, jak i międzygwiezdne osiągnęły zawrotne ceny ze względu na koszty produkcji i wojenne straty. Do chwili obecnej wpływy ze sprzedaży niecałej ich połowy przewyższyły żołd Federacji dla wszystkich wojsk NATO.
Federacyjne przepisy określały też według skomplikowanego schematu „podział” przychodu ze zdobyczy. Jeden z jego aspektów odwoływał się do „czynów niezwykłej natury”. Ponieważ było mało prawdopodobne, żeby którykolwiek z okrętów wpadł w ręce Ziemian bez pomocy O’Neala i jego plutonu, przypadł im procent ze sprzedaży każdego z nich.
Dochód Mike’a z nagród za zeszły rok przewyższał produkt krajowy brutto większości ziemskich krajów. Ale okazało się, że na Florida Keys nie ma to żadnego znaczenia.
— Gdzie jest śniadanie? — zapytał Mike, zakładając obszyte mnóstwem kieszeni spodenki safari i lekką, bawełnianą koszulkę, posiadającą ich jeszcze więcej. Źle się bez nich czuł.
— W pubie — odparła Sharon i wstawiła kwiaty do wody. — Miejscowi najwyraźniej sprzedają jajka od kur z ferm mających wybieg.
Moje było trochę… różowawe.
Mike się skrzywił. Otwierał właśnie usta, żeby to skomentować, kiedy od strony portu dobiegł ich jakiś pisk.
Zanim Sharon zdążyła się poruszyć, Mike był już na zewnątrz z desert eaglem w ręku. Kiedy wybiegła za nim na dwór, zobaczyła, jak opuszcza trzymaną oburącz broń i śmieje się zmieszany. Dotarło do niej, że pisk ich córki jest okrzykiem radości i zaskoczenia.
Dopiero po chwili rozpoznała odpowiadający mu szczebiot.
Cally, w towarzystwie Karen, właścicielki obozu, kucała na pomoście i ochlapywała wodą delfina. Mały butlonos odpowiadał terkotaniem na jej każdy okrzyk; Cally najwyraźniej bawiła się, jak nigdy w życiu.
Mike wsunął gigantyczny pistolet za pasek spodni i wszedł na pomost. Słysząc skrzypienie desek, Karen obejrzała się przez ramię i uśmiechnęła.
— Dzień dobry, śpiochy — powiedziała i wstała.
Delfin zaprotestował, ale machnęła tylko ręką i rzuciła mu parę kawałków ryby. Butlonos schwycił je i zajął się czarowaniem Cally, mając nadzieję na więcej.
— Oswojony delfin. — Sharon zmrużyła oczy przed jasnym słońcem poranka. — Normalnie chyba się tak nie zachowują?
— Nie — powiedziała Karen. — Byłam trenerem Shirlie.
Sharon zaskoczona uniosła brwi.
— Gdzie? W Sea World?
— Nie. To było w Instytucie Badań nad Ssakami Morskimi w Marathon. Tak naprawdę tylko tresowane delfiny przyciągały tam turystów, ale ja nigdy nie miałam nic przeciwko temu. Przez lata pracowałam jako trener w Sea World i wierzę, że odwaliliśmy tam kawał dobrej roboty. Robienie gwiazd ze ssaków morskich pozwalało chronić je przed o wiele gorszymi rzeczami, które mogłyby im się przytrafić. Cholera, gdyby nie takie miejsca jak Sea World, nikt nie przejmowałby się delfinami i orkami.
— Więc dlaczego tu się znalazłaś?
— Cóż, kiedy zabrakło turystów, dostaliśmy z Narodowego Urzędu Rybołówstwa Morskiego polecenie wypuszczenia wszystkich naszych podopiecznych. Doszli do wniosku, że skoro nie mogą już stworzyć odpowiednich warunków dla trzymanych w niewoli ssaków, należy je wypuścić.
Mike się oburzył.
— To wariactwo! Nie można tak po prostu wypuścić trzymanego w niewoli zwierzęcia i spodziewać, że przeżyje!
— Oczywiście, że nie można — powiedziała Karen i uśmiechnęła się smutno. — Właśnie to im powiedziałam, podobnie jak kilkudziesięciu innych trenerów. Najbardziej wkurzyło mnie to, że nie udało się tego rozdmuchać w prasie. Urząd po prostu wydał cholerne postanowienie, a prasa miała to gdzieś.
— Niech zgadnę. To „nie było warte reportażu”?
— Właśnie. — Karen kiwnęła głową. — Spotykałam się wtedy z Harrym, więc zamiast wrócić na północ — pochodzę z Chicago — zostałam u niego. Shirlie i cztery inne delfiny w pewnym sensie przypłynęły tu za mną — dodała z szelmowskim uśmiechem.
— Śladem z okruchów chleba? — spytała Sharon, patrząc, jak Cally bez obawy poklepuje trzystukilowego morskiego ssaka.
— Mniej więcej. Kiedyś wypływaliśmy łodzią i zabieraliśmy je, żeby popływały w otwartym morzu. — Karen wskazała zadbany kuter, zacumowany przy budynku recepcji. Mike był pewien, że ostatnio go nie używano. — Po prostu kazałam im płynąć za mną.
— Co stało się z resztą? — zapytał Mike. — Był przecież nie tylko Sea World, ale też Oceanarium w Miami i jedno w St. Augustine…
— Sea World po prostu zabrał zwierzęta nad morze i wypuścił u ujścia Śródlądowej Drogi Wodnej. Nie wiem, co się stało z delfinami i morświnami, ale znaleziono później co najmniej jednego martwego samca orki. Oceanaria zrobiły to samo.
— Cholera — zaklął Mike.
Nie wiedział, co jeszcze mógłby powiedzieć. Nagle przyszła mu do głowy pewna myśl.
— No a co z…
— Ogrodami zoologicznymi? — dokończyła Karen. — I parkami dla zwierząt?
— Właśnie — wtrąciła Sharon. — Co z nimi? Mówili w wiadomościach, że zoo w Atlancie może zatrzymać tylko goryle.
— Na Florydzie jest kilka dużych parków, które przyjęły część zwierząt — powiedziała Karen. — Roślinożerne żyją w parkach i jakoś sobie radzą. Większość mięsożerców trzeba było uśpić. Podobnie jak wszystkie inne zwierzęta, których nie można było zamknąć w rezerwatach.
— To nie w porządku — stwierdził Mike. — Mamy zobowiązania wobec tych zwierząt! Nie prosiły się, żeby je zamykać w zoo!
— Nie tylko ty tak uważasz — powiedziała smutno Karen. — Pisaliśmy do Kongresu, do prezydenta, do wszystkich. Ale wszystkie odpowiedzi były podobne. Skoro brakuje żywności dla ludzi, jak możemy nakarmić zwierzęta?
— Tatusiu, zejdź na ziemię. — Cally przetoczyła się na plecy i skoczyła na równe nogi najbardziej gibkim ruchem, jaki Mike kiedykolwiek widział. — Kiedy skopiesz tyłki Posleenom, możemy znowu je zebrać i uratować, co się da. Do tego czasu musimy skupić się na walce. — Pomacała się po boku. — Cholera. Zapomniałam pistoletu.
— Nie popisuj się — zaśmiał się Mike. — Chyba masz rację, kotku.
Ale i tak mnie to wkurza.
— Wrażliwiec. — Sharon z uśmiechem klepnęła go w ramię.
Karen z rozbawieniem obserwowała całą scenkę, po czym zwróciła się do Cally.
— Chcesz popływać z Shirlie?
— Jasne! — roześmiała się dziewczynka. — Będzie ekstra!
— Więc idź założyć kostium — poleciła Karen i uśmiechnęła się, kiedy Cally odbiegła. — Harry i ja nie uważamy, żeby dzieci to był dobry pomysł — stwierdziła, nie patrząc na Sharon i Mike’a, kiedy Cally zniknęła za rogiem.
Mike się skrzywił.
— Potrafię to zrozumieć.
— Ona naprawdę nosi przy sobie pistolet? — zapytała ostrożnie Karen.
— A ty nie? — prychnął Mike. — Tak. I umie się nim posługiwać.
Wie też wszystko o zasadach bezpiecznego użycia broni. Nie martw się o Cally; Dziadek zamienia ją w eksperta od przeżycia.
— Nasza druga córka jest poza planetą — powiedziała cicho Sharon. Patrzyła na delfina, krążącego po małym porcie. — Mogę się do was przyłączyć?
— Jasne! Im nas więcej, tym weselej. Chłopcy zjawią się pewnie około dziesiątej, kiedy skończą połów. A ty? Przyłączysz się? — zwróciła się do Mike’a.
— Może później. Chyba spróbuję obłaskawić Harry’ego. Mam kilka skrzynek haczyków.