Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]
- Автор: Перес-Реверте Артуро
- Язык: польский
- Переводчик: Filip Lobodzinski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Szachownica Flamandzka [La tabla de Flandes - pl]». Краткое содержание книги:
Pérez-Reverte po raz kolejny dowodzi swojej pomysłowości i erudycji. Szachownica flamandzka to powieść detektywistyczna, w której dochodzenie prowadzone jest na kilku płaszczyznach; to jak rozwiązywanie łamigłówki wymagające dobrej znajomości sztuki, szachów i psychologii. Ale tym razem autor chyba przekombinował. Fabuła jest nazbyt wymyślna i skomplikowana, za to bohaterowie nie dość przekonujący, aby uwiarygodnić tę historię. Zainteresowały mnie dzieje obrazu i postaci na nim przedstawionych, ale jakoś nie potrafiłam się przejąć niebezpieczeństwem grożącym Julii i jej przyjaciołom.
Julia uniosła tylko brwi i rozejrzała się, jakby Cesar miał się pojawić lada moment. Max powiódł oczami za jej wzrokiem i wzruszył ramionami pod granatowym surdutem.
– Mam się spotkać z Menchu tam, koło pomnika żołnierza, za pół godziny. Jak masz ochotę, możemy się później napić razem – zrobił umyślną pauzę. – We czworo.
– Zobaczę, co Cesar na to.
Patrzyła za nim, jak się oddalał, lawirując szerokimi plecami w tłumie, by w końcu zniknąć pośród masy ludzkiej. I jak zwykle miała nieprzyjemne wrażenie, ze nie udało jej się w pełni kontrolować sytuacji, że Max mimo jej niechęci zdołał znowu naruszyć jej prywatność, jak wtedy ze szklanką. Zła na samą siebie, chociaż nie bardzo wiedziała, co mogłaby sobie zarzucić, zapaliła kolejnego papierosa i zaciągnęła się łapczywie. Czasami była gotowa oddać wszystko, byleby mieć na tyle siły, żeby bez wysiłku rozwalić Maxowi tę jego śliczną buzię zadowolonego ogiera.
Jeszcze kwadrans przechadzała się między stoiskami, zanim udała się do kawiarni. Chciała poddać się rejwachowi wokół siebie, gwarowi zachwalających towar handlarzy i stłoczonych ludzi, ale czoło wciąż miała nachmurzone, a spojrzenie błędne. O Maksie zdążyła już zapomnieć, teraz powody były inne. Obraz, śmierć Alvara, partia szachów – powracały obsesyjnie, prowokując pytania bez odpowiedzi. Kto wie, czy niewidzialny gracz nie znajduje się gdzieś niedaleko i nie obserwuje jej, obmyślając kolejny ruch. Rozejrzała się podejrzliwie i przycisnęła do brzucha skórzaną torebkę, w której nosiła pistolet od Cesara. To był jakiś koszmarny absurd. Albo na odwrót: absurdalny koszmar.
Kawiarnia miała drewniane Pieterko i stare stoliki z kutego żelaza i marmuru. Julia zamówiła coś zimnego i usiadła cichutko koło okna, usiłując o niczym nie myśleć. Wreszcie niewyraźna sylwetka antykwariusza pojawiła się na ulicy, zamglona na skutek zaparowanych szyb. Julia wybiegła mu na spotkanie, jakby mógł przynieść jej pociechę, co nie było zresztą dalekie od prawdy.
– Jesteś coraz piękniejsza – skomplementował ją Cesar, wziąwszy się pod boki z teatralnym podziwem i stanąwszy na środku ulicy. -…Jak ty to robisz?
– Nie pleć – chwyciła go pod ramię z uczuciem niewypowiedzianej ulgi. – Rozstaliśmy się raptem godzinę temu.
– Właśnie o tym mówię, księżniczko – antykwariusz zniżył głos, jakby poruszał jakąś tajemnicę. – Jesteś jedyną znaną mi kobietą, która potrafi jeszcze bardziej wypięknieć w przeciągu zaledwie sześćdziesięciu minut… Jeśli stosujesz jakiś chwyt, trzeba go opatentować. Naprawdę.
– Dureń.
– Ślicznota.
Ruszyli ulicą w stronę miejsca, gdzie Julia zaparkowała samochód. Po drodze Cesar poinformował o zakończonej sukcesem operacji, jakiej właśnie dokonał: Matka Boża Boleściwa, która mogła ujść jako dzieło Murilla w oczach niezbyt wymagającego klienta, oraz sekretera biedermeier, sygnowana i datowana w 1832 roku przez Virienichena, sponiewierana, ale autentyczna. Każdy dobry ebenista sobie z tym poradzi. Dwie wspaniałe okazje, nabyte za całkiem rozsądną cenę.
– Szczególnie ta sekretera, księżniczko – Cesar bujał parasolem, zadowolony z ubitego interesu. – Wiesz, że Bogu dzięki istnieje pewna klasa ludzi, co nie może wyżyć bez łoża, które należało do Eugenii de Montijo, albo bez biurka, przy którym Talleyrand podpisywał fałszywe przyrzeczenia… Oprócz tego nowi burżuje, którzy chcą im dorównać, parweniusze, dla których symbolem klasy jest biedermeier… Przychodzą i proszą o niego jak gdyby nigdy nic, nie precyzując, czy chodzi im o stół, czy o biurko. Oni po prostu żądają za wszelką cenę biedermeiera, na diabła im wiedza, co to takiego. Niektórzy nawet wierzą w istnienie jakiegoś pana Biedermeiera i bardzo się dziwią, gdy widzą, że mebel firmował ktoś inny… Najpierw uśmiechają się niepewnie, a potem trącają łokciem i z miejsca pytają, czy nie mam na zbyciu innego, autentycznego biedermeiera… – antykwariusz westchnął, biadając nad marnymi czasami. – Gdyby nie ich książeczki czekowe, zapewniam cię, że niejednego posłałbym chez les grecs [22].
– Raz nawet to zrobiłeś, o ile pamiętam.
Cesar znowu westchnął ze smutną miną.
– To moja brutalna połowa, kochanie. Czasem gubi mnie mój charakter, bywam krewki jak stara królowa-impetyczka… Jestem jak Jekyll i mister Hyde. Całe szczęście, że nikt już nie mówi należycie po francusku.
Do samochodu zaparkowanego w zaułku dotarli w chwili, gdy Julia relacjonowała spotkanie z Maxem. Na sam dźwięk tego imienia Cesar zmarszczył czoło pod przesuniętym kokieteryjnie na bakier kapeluszem.
– Jestem wdzięczny losowi, że nie napotkałem tego kuplera – odezwał się zgryźliwie. – Ciągle cię po świńsku nagabuje?
– Już prawie nie. Chyba tak naprawdę boi się, że Menchu się o wszystkim dowie.
– Ach, tu nikczemnika boli… Ze mu na chlebuś nie starczy. – Cesar okrążył samochód, kierując się ku drzwiczkom po prawej. – Hej, patrz, wlepili nam mandat.
– Nie gadaj.
– Nie gadam, tylko mówię. Tam jest kartka, za wycieraczką. – Antykwariusz stukał nerwowo szpicem parasola o ziemię. – Niewiarygodne. Środek Rastra, a policja zajmuje się mandatami, zamiast łapać bandytów i resztę tej hołoty, a przecież to należy do ich obowiązków… Co za hańba. – I zaraz powtórzył głośniej, rozglądając się prowokująco: – Hańba!
Julia odłożyła pusty pojemnik po sprayu, który ktoś postawił na masce fiata, i wzięła do ręki kartkę, a ściślej, niewielki kartonik wielkości wizytówki. I natychmiast znieruchomiała, jakby piorun w nią strzelił. Zaskoczenie musiało być widoczne, skoro Cesar, zobaczywszy, że coś się dzieje, błyskawicznie do niej podszedł.
– Córeczko, dlaczegoś tak pobladła…? Coś się stało?
Zdołała mu odpowiedzieć dopiero po chwili, a i wtedy nie rozpoznała własnego głosu. Miała potworną ochotę rzucić się do ucieczki ku jakiemuś ciepłemu, bezpiecznemu miejscu, gdzie mogłaby schować głowę i zamknąć oczy.
– To nie jest mandat, Cesar.
Na widok trzymanej przez nią karteczki antykwariusz wyrzucił z siebie przekleństwo absolutnie nieodpowiednie w ustach człowieka wykształconego. Figurował na niej bezczelnie lakoniczny komunikat, zapisany tak dobrze im znaną czcionką maszynową:
…a7:Wb6
Rozglądając się w oszołomieniu, czuła, jak kręci jej się w głowie. W zaułku było pusto. Najbliższa osoba, sprzedawczyni świętych obrazków, siedziała na rogu na trzcinowym krzesełku jakieś dwadzieścia metrów dalej, skupiona na ludziach, którzy przyglądali się jej ofercie.
– Był tutaj, Cesar… Rozumiesz to…? Był tutaj.
Sama we własnych słowach dosłyszała trwogę, ale nie zaskoczenie. Strach – ta świadomość przypłynęła do niej wraz z falą nieskończonego przygnębienia – nie dotyczył już czegoś niespodziewanego, zmienił się raczej w ponurą rezygnację, jak gdyby tajemniczy, złowrogi, stale obecny gracz stal się przekleństwem, z którym przyjdzie jej żyć już do samej śmierci. Przy założeniu – pomyślała w przypływie wisielczej jasności umysłu – że ta śmierć nie nastąpi wkrótce.
Cesar, zmieniony na twarzy, obracał w palcach karteczkę. Ledwie był w stanie wykrztusić słowa z oburzenia:
– Co za kanalia… Łajdak…
Naraz Julia przestała myśleć o kartce. Jej uwagę przykuł pusty pojemnik, który znalazła na masce. Podniosła go, czując, że porusza się jak w sennej mgle, z wysiłkiem przeczytała napis na etykiecie i zrozumiała. Oniemiała pokręciła głową i pokazała puszkę Cesarowi. Kolejny absurd.
– Co to jest? – spytał antykwariusz.