Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
- Автор: Черри Кэролайн Джэнис
- Серия: Unia/Sojusz #3
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Alfa
- ISBN: 83-7001-570-0
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
I nagle rozbłysło światło, wielki płonący dysk z plamkami czerni, tryskający ogniami.
— Słońce — zaintonował Stary.
Nie było tu jasności, nie było błękitu, tylko ciemność i gwiazdy, i straszliwy, bliski ogień. Satyna drżała.
— Tam jest ciemno — zaprotestował Niebieskozęby. — Jak może być noc tam, gdzie jest Słońce?
— Wszystkie gwiazdy są krewnymi wielkiego Słońca — powiedział Stary. — Taka jest prawda. Wielkie Słońce błyszczy w ciemnościach i jest wielkie, tak wielkie, że my przy nim jesteśmy jak pył. Jest straszne i jego ognie przerażają ciemność. Taka jest prawda, Niebo-Ją-Widzi, takie jest prawdziwe niebo: takie jest twoje imię. Gwiazdy są podobne wielkiemu Słońcu, ale są daleko, daleko od nas. Tego się dowiedzieliśmy. Patrzcie! Ściany pokazują nam samo Nadwyże i wielkie statki na zewnątrz doków. I jest tam Podspodzie. Patrzymy teraz na nie.
— A gdzie jest obóz ludzi? — spytał Wielkolud. — Gdzie jest stara rzeka?
— Świat jest okrągły jak jajko i jego część odwraca się tyłem do Słońca; i wtedy na tej stronie jest noc. Może gdybyście lepiej się przyjrzeli, zobaczylibyście starą rzekę; tak myślę. Ale nigdy nie zobaczycie obozu ludzi. Jest za mały na obliczu Podspodzia.
Wielkolud objął się ramionami i drżał.
Ale Satyna poszła między stolikami i znalazła się na pustym miejscu, gdzie wielkie Słońce świeciło w swojej prawdzie, przezwyciężając ciemność… straszne było, pomarańczowe jak ogień i wypełniało wszystko swoją grozą.
Pomyślała o śniącym człowieku-kobiecie imieniem Słońce-Jej-Przyjacielem, której octy zawsze ogrzewał ten widok i włosy zjeżyły się jej na karku.
I rozrzuciła szeroko ramiona i obróciła się obejmując całe Słońce i jego dalekie rodzeństwo, zatraciła się w nich, bo przybyła wreszcie do tego Miejsca, dla poszukiwania którego wybrała się w podróż. Napełniała oczy tym widokiem, widokiem patrzącego na nią Słońca, i już nigdy nie będzie mogła być taka, jaka przedtem była.
4
Punkt Omikron.
Norwegia nie była pierwszym statkiem, jaki wyszedł z błyskiem w sąsiedztwie tej ciemnej skalnolodowej bryły wielkości planety, widocznej tylko dzięki temu, że zasłaniała gwiazdy. Byli już tutaj inni uczestnicy tego spotkania w mroku. Omikron był wędrowcem, odłamkiem międzygwiezdnego śmiecia, ale jego położenie można było przewidzieć, a poza tym odznaczał się masą wystarczającą do zlokalizowania go po wyjściu ze skoku… był miejscem tak odosobnionym jak to tylko możliwe, odkrył go przypadkowo dawno temu Sung z Pacyfiku i był wykorzystywany od tamtego czasu przez Flotę. Należał do kategorii odłamów materii, których bały się panicznie podświetlne frachtowce, a które statki skokowe przemierzające kosmos w sobie tylko wiadomych celach… hołubiły i trzymały w sekrecie ich istnienie.
Czujniki wykrywały aktywność, obecność wielu statków, transmisje z głębi wiecznej nocy. Podchodzili wśród gwaru rozmów prowadzonych przez komputery; a Signy Mallory przeskakiwała wzrokiem z jednego wskaźnika aparatury telemetrycznej na drugi walcząc z hipnotycznym transem, w który tak łatwo było wpaść tuż po wyjściu ze skoku i po obowiązkowym zażyciu niezbędnych środków farmakologicznych. Cisnęła Norwegię w realną przestrzeń z maksymalną szybkością i czując coś na ogonie skierowała się bez zwłoki na te sygnały, byle dalej od rejonu skoku; ufając dokładności swej załogi wyprowadziła statek w bezpośredniej bliskości celu. Z sercem podchodzącym do gardła przeżyli kilka migotliwych minut stanu przejściowego na podświetlnej, gdzie zdani byli tylko na wartości przybliżone.
Otrząsnęła się szybko i zaczęła wytracać szybkość; nie był to proces przyjemny. Ogłupiona nieco szybkością aparatura telemetryczna i trochę otumaniony lekami mózg ludzki starały się precyzyjnie określić położenie; drobna pomyłka w ocenie tempa wyhamowywania i mogła wpakować Norwegię na tę skałę albo na inny statek.
— Koniec alarmu, koniec alarmu, są już wszyscy oprócz Europy i Libii — zameldował komunikator.
Niezły kawałek nawigacji; tak bezbłędnie znaleźć Omikrona, wyjść w realną przestrzeń ze wskazaniami skanerów na połowie pełnej skali, dokładnie w rejonie skoku, po starcie z okolic odległego Russella. Wystarczyło nie zmieścić się w wyznaczonym czasie i znaleźliby się w rejonie skoku razem z jakimś innym statkiem, a to oznaczało katastrofę.
— Dobra robota — nadała do wszystkich stanowisk odczytując meldunek o położeniu statku przesłany przez Graffa na jej centralny ekran: — Dwie minuty po czasie, ale za to dystans idealny; nie mogliśmy wymierzyć dokładniej przy tej odległości od miejsca startu. Odbiór sygnałów dobry. Alarm odwołany.
Odczytała swoje współrzędne względem Omikrona, przejrzała dane; w niecałe pół godziny później nadszedł sygnał z Libii, która właśnie wyszła ze skoku. Kwadrans po niej z innej płaszczyzny wyprysnęła w przestrzeń realną Europa.
Byli teraz w komplecie. Znaleźli się w jednym czasie w jednym miejscu, co nie zdarzyło się jeszcze od ich najwcześniejszych operacji. Pomimo znikomego prawdopodobieństwa, że zaatakują ich tutaj siły Unii, byli jednak zdenerwowani.
Nadszedł sygnał komputerowy z Europy. Dawali czas na wytchnienie, przerwę na odpoczynek. Signy opadła na oparcie fotela, wyciągnęła z ucha wtyczkę komunikatora, wyzwoliła się z pasów bezpieczeństwa i wstała; przy stanowisku, które zwolniła, zjawił się natychmiast Graff. Nie dotyczyła ich pewna niedogodność: Norwegia należała do statków głównodniowych… w grafiku, który ich teraz obowiązywał, służbę miał podstawowy personel dowodzący. Inne statki, Atlantyk, Afryka i Libia, były jednostkami przestępnodniowymi; ze względu na to, że godzin ataku nie dało się nigdy, nawet w przybliżeniu przewidzieć, o każdej porze musiały pozostawać do dyspozycji statki z załogą główną na służbie. Ale teraz wszyscy przeszli na czas głównodniowy, synchronizując po raz pierwszy swe działania, i kapitanowie statków przestępnodniowych mieli twardy orzech do zgryzienia — skok i do tego zmiana godzin służby.
— Przejmij dowodzenie — rzuciła do Graffa, ruszyła przejściem między stanowiskami do wyjścia, dotykając tu i tam ramion dyżurnych operatorów, dotarła do swojej kajutki w korytarzu i… minęła ją. Postanowiła zrobić obchód kwater załogi. Zajrzała do ludzi ze zmiany przestępnodniowej, z których większość leżała bez zmysłów po zażyciu leków umożliwiających im odpoczynek pomimo wykonywanego skoku. Kilku mających awersję do tej praktyki siedziało w świetlicy załogi; wyglądali lepiej, niż się prawdopodobnie czuli. — Wszystko w normie poinformowała ich. — Jak samopoczucie?
Odpowiedzieli skwapliwie, że w porządku. Teraz, kiedy niebezpieczeństwo minęło, zażyją spokojnie lek. Zostawiła ich, żeby mogli to wreszcie zrobić, zjechała windą do powłoki zewnętrznej, gdzie znajdowały się kwatery żołnierzy i przeszła głównym korytarzem poza rejon zakładania skafandrów, zatrzymując się po drodze w każdym z baraków i przerywając kolejnym siedzącym w nich grupkom mężczyzn i kobiet dzielenie się spekulacjami na temat celu obecnej operacji… Witały ją spojrzenia zmieszane i przestraszone, żołnierze zrywali się pod jej badawczym spojrzeniem na równe nogi, w panice szukali części garderoby chowając pośpiesznie to i owo, co mogło wzbudzić jej dezaprobatę; ona nie, ale załoga i żołnierze odznaczali się jakąś osobliwą małomównością. Tutaj też paru nieprzytomnych po zażyciu narkotyku spało na kojach; większość jednak była na nogach… W wielu kajutach rozpoczynano grę, kiedy statek rzucał swoje kości z Otchłanią, kiedy ciało i statek zdawały się rozpuszczać, i gra podejmowana była po drugiej stronie szeroko rozciągniętej chwili.