Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]

Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:

Gwiazda Pella, strategiczny punkt w konflikcie zbrojnym Kompanii Ziemskiej i międzygwiezdnych kolonii. Ten, kto kontroluje Stacje Pella, decyduje o zasięgu ziemskich sił obronnych bądź o skali ziemskiej ekspansji w celu odzyskania utraconego imperium. Ale Pell jest zdecydowany utrzymać neutralność za wszelką cenę.
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 ... 146
Перейти на страницу:

Marsh wisiał obracając się powoli na swoim pasku zadzierzgniętym w pętlę wokół szyi i zaczepionym o hak mocujący przenośną lampę. Twarz miał straszną. Ayres zamarł, ale po chwili otrząsnął się z szoku, przyciągnł przesuwane po szynach krzesło i wspiął się na nie, żeby zdjąć ciało. Nie mieli noża, niczego, czym można by przeciąć pasek. Pętla wrzynała się w gardło Marsha i Ayres nie mógł jej rozluźnić przytrzymując jednocześnie trupa. Bela i Dias usiłowali mu pomagać przytrzymując kolana, ale nic nie wskórali.

— Musimy wezwać służbę bezpieczeństwa — powiedziała Dias.

Ayres zlazł z krzesła i patrzył na nich dysząc ciężko.

— Mogłam go powstrzymać — wyszeptała Dias. — Nie spałam. Słyszałam, jak ktoś się tu kręci i hałasuje. Potem były jakieś dziwne odgłosy. Kiedy wszystko tak nagle i na tak długo ucichło, zdecydowałam się wstać i sprawdzić.

Ayres potrząsnął głową, popatrzył na Belę, wyszedł sztywno do patio, zbliżył się do pulpitu komunikatora zainstalowanego przy drzwiach i wdusił przycisk wzywający służbę bezpieczeństwa.

— Jeden z moich ludzi nie żyje — powiedział do mikrofonu. — Przyślijcie tu dyżurnego oficera.

— Wezwanie zostanie przekazane — nadeszła odpowiedź. Służba bezpieczeństwa jest w terenie.

Komunikator zamilkł ograniczając się jak zwykle do przekazania suchej informacji.

Ayres usiadł, skrył twarz w dłoniach i starał się nie myśleć o upiornym trupie Marsha obracającym się powoli w pokoju obok. Musiało do tego dojść; bardziej obawiał się, że Marsh załamie się w łapach swych oprawców. Był, na swój sposób, odważnym człowiekiem, nie dał się złamać. Ayres starał się nie dopuszczać do siebie myśli, że mogło być inaczej.

A może to poczucie winy? Mógł się zdecydować na samobójstwo dręczony wyrzutami sumienia.

Dias i Bela usiedli w pobliżu i czekali razem z nim. Twarze mieli szare i posępne, włosy w nieładzie po wstaniu z łóżka. Próbował przyczesać swoje włosy palcami.

Oczy Marsha. Nie chciał o nich myśleć.

Czekanie przedłużało się.

— Co ich zatrzymuje? — mruknął Bela i Ayres, który przyszedł już trochę do siebie, rzucił mu ostre spojrzenie, reprymendę za okazanie ludzkich uczuć. To była zadawniona wojna, toczona nawet pod tą postacią, zwłaszcza pod tą postacią.

— Może powinniśmy wrócić do łóżek — zaproponowała Dias.

W innym czasie, w innym miejscu, byłaby to propozycja szalona. Tutaj wydawała się całkiem rozsądna. Potrzebowali wypoczynku. Czyniono systematyczne wysiłki, aby ich go pozbawić. Niewiele brakuje, aby wszyscy skończyli jak Marsh.

— Prawdopodobnie się spóźnią — zgodził się głośno. — My też możemy.

Spokojnie, jakby była to najnormalniejsza rzecz na świecie, rozeszli się do swoich pokojów. Ayres zdjął szlafrok i powiesił go na krześle stojącym przy łóżku, stwierdzając w duchu po raz nie wiadomo który, że jest dumny ze swych towarzyszy, którzy tak dzielnie się trzymają i że nienawidzi — nienawidzi Unii. Nie przybył tu po to, żeby nienawidzić, ale żeby osiągnąć swój cel. Marsh był już przynajmniej wolny. Ciekaw był, co robi Unia ze swoimi zmarłymi. Może przerabia ich na nawóz. W takim społeczeństwie byłoby to normalne. Ekonomiczne. Biedny Marsh.

Było więcej niż pewne, że Unia postąpi perwersyjnie. Zanim ułożył się wygodnie w łóżku, zredukował pracę swego umysłu do poziomu wykluczającego trzeźwe myślenie i zamknął oczy, żeby zasnąć, otworzyły się z poświstem drzwi zewnętrzne i na patio rozległ się tupot obutych nóg. Bezceremonialnie rozsunięto drzwi jego pokoju i na tle jasnego prostokąta stanęły sylwetki uzbrojonych żołnierzy.

Z wystudiowanym spokojem wstał z posłania.

— Ubierać się — rzucił jeden z żołnierzy.

Zastosował się do rozkazu. Z tymi manekinami nie było dyskusji.

— Ayres — warknął żołnierz wskazując na niego lufą karabinu. Zabrano ich do jednego z biur, jego, Belę i Dias, gdzie kazano im usiąść na twardych ławkach i czekać co najmniej godzinę na jakiegoś wyższego urzędnika, który miał ich przyjąć. Służba bezpieczeństwa potrzebowała chyba czasu na dokładną rewizję w ich mieszkaniu. — Ayres — powtórzył żołnierz, tym razem ostro, dając mu znak, że ma wstać i pójść za nim.

Usłuchał zostawiając Dias i Belę trochę przestraszonych rozdzieleniem. Będą ich maglować, pomyślał, może nawet oskarżą o zamordowanie Marsha.

To tylko następny sposób na złamanie ich oporu. Być może on ma teraz zająć miejsce Marsha; to jego oddzielono od pozostałych.

Wyprowadzono go z biura i na korytarzu zewnętrznym otoczony został przez oddział żołnierzy. Ruszyli szybko, oddalając się coraz bardziej od biur, od wszystkich zwykłych miejsc, zjechali windą na dół i przemaszerowali przez kolejny hall. Nie protestował. Gdyby powiedział, że dalej nie pójdzie, ponieśliby go; z ludźmi o takiej mentalności nie ma dyskusji, a on był za stary, żeby pozwolić się wlec korytarzem.

To były doki… doki zapchane wojskiem; oddział za oddziałem uzbrojonych żołnierzy; trwał załadunek na statki. „Nie”, sprzeciwił się zapominając o wszystkich swoich zasadach, ale lufa karabinu uderzyła go w plecy i popchnęła dalej, przez obskurny, zbity ze zwykłych desek pomost aż do rampy i rękawa przejściowego łączącego jakiś statek z dokiem. Znalazł się w środku; przynajmniej powietrze było tu chłodniejsze niż w dokach.

Przeszli przez trzy korytarze, minęli windę, kilkoro drzwi. Ostatnie były otwarte i oświetlone; wepchnęli go do pomieszczenia umeblowanego pokładowymi sprzętami ze stali i plastiku 0 obłych kształtach, krzesłami dziwacznej konstrukcji, ławami przymocowanymi na stałe do podłogi. Pokłady wykazywały krzywiznę wyraźniejszą niż na stacji, wszystko tu było stłoczone i poustawiane pod nienaturalnymi kątami. Potknął się nie przyzwyczajony do takiego zagracenia i spojrzał zdziwiony na mężczyznę siedzącego za stołem.

Dayin Jacoby wstał z fotela, żeby się z nim przywitać.

— Co tu się dzieje? — spytał Jacoby’ego.

— Doprawdy nie wiem — odparł Jacoby i chyba nie kłamał. — Ściągnięto mnie z łóżka dzisiaj w nocy i sprowadzono na pokład. Czekam tu już pół godziny.

— Kto tu dowodzi? — zwrócił się Ayres do manekinów. Powiadomcie go, że chcę z nim rozmawiać.

Nawet się nie poruszyli; stali tylko trzymając karabiny wciąż na tej samej, regulaminowej wysokości. Ayres usiadł powoli, idąc w ślady Jacoby’ego. Był przerażony. Być może Jacoby też. Uciekł w swój stary nawyk milczenia nie widząc żadnych tematów do rozmowy ze zdrajcą. Jakakolwiek kulturalna konwersacja nie była możliwa.

Statek drgnął; zgrzyt rozszedł się echem po kadłubie i korytarzach wytrącając ich z ponurej zadumy. Żołnierze sięgnęli do uchwytów pod wpływem przyprawiającego o mdłości momentu startu. Uwolnieni od grawitacji stacji mieli jeszcze chwilę na wytworzenie własnej przez włączające się systemy statku. Ubrania pełzały nieprzyjemnie, żołądki protestowały; wiedzieli, że zaraz doznają uczucia spadania i że wrażenie to, kiedy już nadejdzie, będzie ustępowało powoli.

— Wystartowaliśmy — mruknął Jacoby. — A więc jednak.

Ayres nic nie odpowiedział myśląc z przerażeniem o Beli i Dias, którzy pozostali na stacji. Pozostali.

W drzwiach pojawił się ubrany na czarno oficer, a za nim jeszcze jeden.

Azov.

— Odmaszerować — rozkazał Azov manekinom i ci bez słowa, opuścili kabinę. Ayres i Jacoby jednocześnie wstali z miejsc.

1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)