Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
- Автор: Черри Кэролайн Джэнис
- Серия: Unia/Sojusz #3
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Alfa
- ISBN: 83-7001-570-0
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
Jak gdyby to on był jego wrogiem.
Wzdrygnął się i pociągnął łyk wina.
Zmiana robotników. Satyna rozprostowała obolałe mięśnie wchodząc do skąpo oświetlonej pakamery, ściągnęła z twarzy maskę i obmyła się dokładnie w zimnej wodzie z przydzielonej im miednicy. Niebieskozęby (nie odstępujący jej na krok ani we dnie, ani w nocy) wszedł za nią i przykucnąwszy na jej macie położył jej rękę na ramieniu i oparł głowę o jej głowę. Byli zmęczeni, bardzo zmęczeni, bo tego dnia dużo się nadźwigali i chociaż większość pracy wykonały wielkie maszyny, ładunek na te maszyny kładły mięśnie Dołowców, a ludzie tylko pokrzykiwali. Wzięła jego drugą rękę, odwróciła ją dłonią do góry i dotykała wargami obolałych miejsc, przytuliła się do niego i polizała w policzek, tam gdzie maska obtarła futro.
— Ludzie-Lukasy — warknął Niebieskozęby.
Patrzył wprost przed siebie, a jego twarz wyrażała złość. Pracowali tego dnia dla ludzi-Lukasów, a byli wśród nich i tacy, którzy dawali im się we znaki jeszcze na Podspodziu, w bazie. Satyna też miała obtarte ręce, obolałe plecy, ale martwiła się o Niebieskozębego, niepokoił ją wyraz jego oczu. Niełatwo było wyprowadzić Niebieskozębego z równowagi. Lubił dużo myśleć, a kiedy myślał, nie miał czasu być zły, ale sądziła, że tym razem i myśli, i złości się równocześnie, a skoro przestaje nad sobą panować pośród ludzi, może się to dla niego źle skończyć, zwłaszcza że wokół pełno ludzi-Lukasów. Poklepała go po szorstkiej sierści i dopóty ją gładziła, dopóki nie wydało się jej, że się trochę uspokoił.
— Jeść — powiedziała. — Chodźmy jeść.
Odwrócił do niej głowę, dotknął wargami jej policzka, polizał po futrze i objął ramieniem.
— Chodźmy — zgodził się.
Wstali i przeszli metalowym tunelem do wielkiej sali, gdzie zawsze czekało na nich jedzenie. Służące tutaj młode nalały im szczodrze po pełnej misce i wycofali się do cichego kącika, żeby się pożywić. Niebieskozębemu, kiedy napełnił brzuch, wrócił wreszcie dobry humor i z zadowoleniem przystąpił do oblizywania palców z owsianki. Do sali wszedł jeszcze jeden samiec, wziął swoją miskę i przysiadł się do nich. Był to młody Wielkolud; uśmiechając się do nich towarzysko, opróżnił jedną miskę owsianki i poszedł po dokładkę.
Lubili Wielkoluda, który sam niedawno przybył tu z Podspodzia, z ich rodzinnych okolic położonych nad rzeką, chociaż z innego obozu i z innych wzgórz. Gdy wrócił Wielkolud, do sali zaczęli napływać następni, było ich coraz więcej, kąt, w którym siedzieli, otoczyło wkrótce półkole ciepła. Większość stanowili robotnicy sezonowi, którzy przybywali na Nadwyże i wracali z powrotem na Podspodzie; ci wykonywali najprostsze ręczne prace i nie za bardzo znali się na maszynach: to od nich biło ku nim ciepło. Poza tą grupą przyjaciół byli tu też inni hisa, robotnicy stali, którzy niewiele z nimi rozmawiali, siadywali razem w przeciwległym kącie, siedzieli tak i patrzyli, jak gdyby długi pobyt wśród ludzi przekształcił ich w coś innego niż hisa. Większość z nich stanowili starzy. Posiedli tajemnicę maszyn, wędrowali głębokimi tunelami i znali sekrety mrocznych miejsc. Zawsze trzymali się na uboczu.
— Opowiedzcie o Bennecie — poprosił Wielkolud, bo podobnie jak inni z przybywających tu i odchodzących, bez względu na to, który obóz z Podspodzia ich tu przysłał, bywał w obozie ludzi i znał Bennetta Jacinta; i na Nadwyżu nastała wielka żałoba, kiedy dotarła do nich wieść o śmierci Bennetta.
— Ja opowiem — zaofiarowała się Satyna, bo to ona, najkrócej tu przebywająca, opowiadała tę historię pośród innych legend, jakie snuli w tym miejscu hisa. Prowadzone co wieczór, od dnia ich przybycia, gawędy nie dotyczyły małych dokonań hisa, których życie było zawsze takie samo, ale dokonań Konstantinów i tego, jak Emilio i jego przyjaciółka Miliko znowu przywrócili hisa uśmiech… i wspomnień o Bennecie, w którym umarł przyjaciel hisa. Ze wszystkich, którzy przybywali na Nadwyże, żeby opowiadać tę historię, nikt nie widział, jak to się stało, musiała więc stale opowiadać wszystko od początku.
— Przychodzi do młyna — ciągnęła doszedłszy do tego smutnego fragmentu opowieści — i mówi, że tu nie miejsce dla hisa, nie, nie, proszę uciekać, ludzie to zrobią, ludzie zrobią tak, że rzeka nie zabierze hisa. I pracuje własnymi rękami, ani nie krzyknie, nie, on kocha hisa. Nadaliśmy mu imię, ja mu je nadałam, bo on nadał mi moje ludzkie imię i dał mi mojego dobrego ducha. Nazwałam go Przychodzący-z-Jasności.
Rozległ się pomruk, ale pomruk uznania, nie krytyki, pomimo że było to słowo-duch przeznaczone dla samego Słońca. Hisa otoczyli się ramionami i drżeli, jak zawsze, kiedy głośno wypowiedziała to imię.
— I hisa nie zostawili człowieka-Bennetta, o nie. Pracowali z nim, żeby uratować młyn. I potem ta stara rzeka, ona jest zła na ludzi i hisa, zawsze zła, ale najbardziej zła na ludzi-Lukasów, którzy ogołocili jej brzegi i zabrali jej wodę. I ostrzegamy człowieka-Bennetta, że nie może ufać starej rzece i on nas słucha i wraca; ale my hisa, pracujemy, żeby uratować młyn i żeby Bennett nie był smutny. A stara rzeka podchodzi wyżej i zabiera pale ; a my krzyczymy szybko, szybko wracaj! do hisa którzy pracują. Ja, Satyna, pracowałam tam i widziałam. — Uderzyła się pięścią w pierś i dotknęła Niebieskozębego upiększając w ten sposób swą opowieść. — Niebieskozęby i Satyna, my widzimy, my biegniemy na ratunek hisa i Bennettowi, i dobrym ludziom, jego przyjaciołom, wszyscy, wszyscy biegniemy, żeby im pomóc. Ale stara rzeka połyka ich i dobiegamy za późno, wszyscy za późno. Młyn się wali, ssst! A Bennett sięga po hisa, których stara rzeka trzyma w ramionach. Jego też ona chwyta, razem z człowiekami, którzy pomagają. My krzyczymy, my płaczemy, my błagamy starą rzekę, żeby oddała Bennetta; ale ona i tak go zabiera. Całych hisa oddaje, ale zabiera człowieka-Bennetta i jego przyjaciół. Nasze oczy są tego pełne. On umiera. On umiera wyciągając ręce po hisa, umiera przez swoje dobre serce i stara rzeka, zła stara rzeka połyka go. Ludzie znajdują go i grzebią. Ja ustawiam nad nim kije-dusze i składam mu dary. Przybywam tutaj i mój przyjaciel Niebieskozęby przybywa, bo to Okres. Przybywam na pielgrzymkę tu, gdzie jest dom Bennetta.
Rozległ się pomruk pochwały, otaczające ich pierścieniem ciała zaczęły się kołysać. Oczy błyszczały od łez.
I stała się rzecz dziwna i niepojęta, bo paru z obcych hisa z Nadwyża podeszło do skraju tłumku Dołowców i też zaczęło się kołysać, z oczami utkwionymi w obojgu.
— On kocha — odezwał się jeden z nich, wprawiając tym w osłupienie innych. — On kocha hisa.
— Tak — zgodziła się Satyna. Słowa jednego ze strasznych obcych i świadomość, że słuchali, co jej leży na sercu, sprawiły, że w gardle zaczęło jej coś wzbierać. Namacała wśród swoich woreczków dary ducha. Wydobyła jasną szmatkę i uniosła ją ostrożnie. — To mój dar ducha, moje imię, które mi nadał. Hisa znowu się zakołysali i zamruczeli pochwalnie.
— Jakie jest twoje imię, gawędziarko?
Przycisnęła do piersi swój dar ducha i wstrzymawszy oddech patrzyła rozszerzonymi oczyma na obcego, który zadał to pytanie. Gawędziarko. Ta pochwała z ust obcego Starego przyprawiła ją o gęsią skórkę.
— Jestem Niebo-Ją-Widzi. Ludzie nazywają mnie Satyna. Wyciągnęła rękę, żeby pogłaskać Niebieskozębego.