Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
- Автор: Черри Кэролайн Джэнис
- Серия: Unia/Sojusz #3
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Alfa
- ISBN: 83-7001-570-0
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
Redding leżał na podłodze przytrzymywany przez trzech ludzi. Czwarty kopnął go w głowę i Redding znieruchomiał.
Coledy podniósł nóż, obejrzał go dokładnie i schował do kieszeni z uśmiechem na swej młodej, pokrytej szramami twarzy.
— Nie ma na takiego policji — wysapał James.
— Nic się panu nie stało, panie Kressich? — spytał Coledy.
— Nie. — Nie chciało mu się wspominać o paru siniakach. Dowlókł się do biurka. Z zewnątrz nadal dochodziła wrzawa. Przyciągnął fotel z powrotem do biurka i usiadł; nogi mu drżały. — Mówił, że coś zapłacił — bąknął, chociaż bardzo dobrze wiedział, o co chodziło, orientował się, że formularze pochodziły od Coledy’ego, który zdzierał za nie tyle, ile ludzie zdolni byli zapłacić. — Ma na stacji złą opinię i nie mogę mu załatwić tego przeniesienia. Po co sprzedawaliście mu to skierowanie?
Coledy przeniósł powoli wzrok z niego na leżącego na podłodze mężczyznę i z powrotem.
— Dobra, teraz ma kreskę i u nas, a to jeszcze gorzej. Zabierzcie go stąd. Wynieście na korytarz tym drugim wyjściem.
— Nie mogę już dzisiaj przyjmować — jęknął Kressich skrywając twarz w dłoniach. — Odprawcie ich stąd.
Coledy wyszedł na zewnętrzny korytarz. „Rozejść się!” Kressich słyszał jego wrzask górujący nad okrzykami protestu i lamentami. Część ludzi Coledy’ego zaczęła spychać zebranych pod drzwiami interesantów… niektórzy z nich byli uzbrojeni w metalowe pręty. Tłum cofnął się i Coledy wrócił do gabinetu. Wywlekali Reddinga przez drugie drzwi potrząsając nim i zmuszając żeby szedł sam, bo zaczynał już odzyskiwać przytomność; krwawił ze skroni i czerwień zalewała mu twarz.
Zabiją go, pomyślał Kressich. W godzinach mniejszego nasilenia ruchu ciało przedostanie się w jakiś sposób na drugą stronę i zostanie znalezione przez personel stacji. Redding na pewno wiedział, co go czeka. Usiłował znów walczyć, ale wyciągnęli go z pokoju i drzwi zamknęły się.
— Posprzątaj to — powiedział Coledy do jednego z tych, którzy zostali i człowiek zaczął szukać czegoś do wyczyszczenia podłogi. Coledy przysiadł na krawędzi biurka.
Kressich sięgnął pod spód i wyciągnął jedną z butelek wina, w które zaopatrywał go Coledy. Szklanki. Napełnił dwie i pociągnął łyk trunku Dołowców w nadziei, że go rozgrzeje i uspokoi rozdygotane kończyny, złagodzi rwanie w piersiach.
— Jestem na to za stary — poskarżył się.
— Nie ma się pan co przejmować Reddingiem — pocieszył go Coledy podnosząc do ust swoją szklankę.
— Nie możecie dopuszczać do takich sytuacji — wyjąkał płaczliwie Kressich. — Wiem o waszych machlojkach, ale nie sprzedawajcie gwarancji przeniesienia tam, dokąd nie mogę go załatwić.
Coledy uśmiechnął się; jego twarz przybrała szczególnie nieprzyjemny wyraz.
— Wcześniej czy później Redding sam by o to poprosił. I tak odpłaca się za przywilej.
— Nie chcę nic wiedzieć — skrzywił się Kressich. Pociągnął haust wina. — Nie chcę znać żadnych szczegółów.
— Lepiej odprowadzimy pana do apartamentu, panie Kressich. Popilnujemy pana trochę, dopóki sytuacja się nie uspokoi. Dopijał powoli wino. Jeden z młodszych członków bandy Coledy’ego pozbierał na kupkę papiery, które w trakcie szamotaniny rozsypały się po podłodze i położył je na biurku. Kressich, odwracając wzrok od śladów krwi na wykładzinie, dźwignął się na wciąż uginające się pod nim nogi.
Wyszedł pod eskortą Coledy’ego i czterech jego ludzi tymi samymi tylnymi drzwiami, za którymi zniknął Redding i strażnicy. Przeszli korytarzem do sektora, w którym zajmował małe mieszkanie. Otworzył drzwi ręcznym kluczem — komputer odciął ich i wszystko trzeba było robić ręcznie.
— Nie potrzebuję waszego towarzystwa — powiedział krótko.
Coledy posłał mu krzywy, kpiący uśmieszek i zgiął się w parodii ukłonu.
— Później pogadamy — powiedział.
Kressich wszedł do środka, zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie .czując, że zbiera mu się na wymioty. W końcu usiadł na krześle przy drzwiach i usiłował nie poruszać się przez chwilę.
Szaleństwo w Q przybierało coraz większe rozmiary. Skierowania, które dla niektórych były nadzieją na wydostanie się z Q, zwiększały jedynie rozpacz tych, którzy zostawali. Pozostawiono tych najbardziej agresywnych, a więc temperatura w Q rosła. Rządziły gangi. Nie był bezpieczny nikt, kto nie należał do jakiejś organizacji — czy to mężczyzna, czy kobieta, nikt nie mógł bezpiecznie przejść korytarzem, chyba, że było wiadomo, iż ma ochronę; a ochronę się kupowało — za żywność, za przysługi, łącznie z seksem, każdy płacił, czym mógł. Handlowano środkami farmakologicznymi, lekami i nie tylko, winem; z Q do stacji płynęły cenne metale, wszystko co miało jakąkolwiek wartość. Strażnicy na przejściach zbijali fortuny.
A Coledy sprzedawał skierowania na przeniesienie z Q na Podspodzie. Sprzedawał nawet prawo do miejsca w kolejce po sprawiedliwość i wszystko inne, co on i jego banda uznali za zyskowne. Gangi zajmujące się ochroną zgłaszały się do Coledy’ego po licencje.
Nadzieja na Podspodzie malała, a odrzuceni i odroczeni popadali w histerię podejrzewając, że w kartotekach stacji zarejestrowane są kłamstwa na ich temat, czarne kreski, które „uziemią” ich na zawsze w Q. Wzrastała liczba samobójstw; inni wdawali się w awantury w próżnych magazynach zastawionych barakami, które przeistaczały się w siedliska wszelkiej rozpusty. Niektórzy popełnili być może zbrodnie i obawiali się oskarżenia o nie; inni zaś stawali się ofiarami.
— Zabijają ich tam na dole — krzyknął odrzucony młody człowiek. — Wcale nie przenoszą ich na Podspodzie; zabierają ich stąd i zabijają, taka jest prawda. Nie biorą robotników, nie biorą młodych mężczyzn, biorą stąd tylko starców i dzieci i pozbywają się ich.
— Zamknij się! — zakrzyczeli go inni i zanim policja Coledy’ego zdołała zaprowadzić porządek, trzech z kolejki pobiło młodzieńca do krwi; ale reszta szlochała i dalej stała w kolejce, ściskając w garści podania o przeniesienie.
Sam Kressich nie mógł wystąpić z wnioskiem o przeniesienie. Bał się, że jeśli złoży taki wniosek, wieść o tym dotrze do Coledy’ego. Strażnicy prowadzili z Coledym rozmaite interesy i jego strach był zbyt wielki. Miał swoje czarnorynkowe wino, miał swoje obecne bezpieczeństwo, miał wokół siebie strażników Coledy’ego, tak że jeśli komuś w Q działa się krzywda, nie był to Vassily Kressich i tak pozostanie, dopóki Coledy nie poweźmie podejrzeń, że jego podopieczny próbuje mu się urwać.
Przekonywał sam siebie, że jego funkcja jest pożyteczna. Dopóki przebywał w Q, dopóki co pięć dni przyjmował interesantów, dopóty był przynajmniej w stanie przeciwstawiać się najgorszym ekscesom. Dzięki temu Coledy nie waży się na pewne rzeczy. Dzięki temu ludzie Coledy’ego dwa razy pomyślą, zanim uczynią coś, co doprowadziłoby do złożenia na nich meldunku. Przyczyniał się do utrzymywania w Q jakiego takiego porządku. Niektórym uratował życie. Dzięki niemu Q nie stało się do końca tym, czym mogłoby się stać.
No i miał możliwość opuszczenia Q… miał zawsze tę nadzieję na wypadek, gdyby po nadejściu nieuniknionego kryzysu sytuacja tutaj stała się naprawdę nie do zniesienia…, mógł prosić o azyl. Mógł się stąd wydostać. Nie odesłaliby go z powrotem na pewną śmierć. Nie zrobiliby tego.
Wstał w końcu z krzesła, poszukał w kuchni butelki wina i nalał sobie czwartą część usiłując nie myśleć o tym, co się dzieje, co się wydarzyło, co mogło się jeszcze stać.
Redding umrze, zanim nastanie ranek. Nie potrafił obudzić w sobie współczucia dla tego człowieka, widział tylko wpatrujące się weń oczy szaleńca, gdy Redding padał na jego biurko, roztrącał papiery i zamierzał się na niego nożem… na niego, a nie na strażników Coledy’ego.