Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
– Oto mapy – rzekł Hremarg, od razu przechodząc do rzeczy. Wyciągnął zza pazuchy skórzany futerał, a z niego plik pergaminów. – Obejrzyj je uważnie, czarodzieju, a jutro pogadamy, jeśli będziesz miał jakieś pytania.
Arivald przyjął mapy z rąk Hremarga. Na pierwszy rzut oka widać było porządną krasnoludzką robotę. Linie były wyraźne i pieczołowicie wykreślone, każdą kartę zaopatrzono w wyczerpującą i starannie wykaligrafowaną legendę. Ludzcy kartografowie mogliby się uczyć od krasnoludów, westchnął w myślach Arivald, wspominając, jak nie tak dawno temu baronet Welias pokazywał mu plany Tarhenionu. Bardziej przypominały surrealistyczny rysunek stworzony przez pijanego malarza niż cokolwiek innego. Czarodziej poświęcił trzy noce, nim rozgryzł w końcu, o co w nich tak naprawdę chodzi. Inna sprawa, że były w opłakanym stanie i mogło się wydawać, że ktoś dawał na nich jeść psom. Tu podobne problemy były nie do wyobrażenia. Krasnoludy przegnałyby osobnika, który ośmieliłby się wykazać brak szacunku dla map. Dobrze wiedziały, iż od jakości mapy często zależy życie. Tak mogło być i tym razem.
– No to pracuj, pracuj – zezwolił pobłażliwym tonem Wyrknuh i obaj z Hremargiem odeszli do swoich.
Uwagi Arivalda nie umknęło, że rozstawione przez starego krasnoluda straże nienatrętnie, ale uważnie zerkają czasem w jego stronę. Ostrożności nigdy dość, zaśmiał się w myślach Arivald, choć jednocześnie zdumiał się naiwnością krasnoludów. Gdyby chciał uciec z mapami, starczyło wypowiedzieć któreś z teleportujących zaklęć Gaussa. Inna sprawa, że świat stałby się bardzo malutki dla kogoś, kto próbował tak bezczelnie nabrać krasnoludy. Zresztą Arivald wcale nie miał ochoty nigdzie uciekać. Wręcz przeciwnie. Spenetrowanie kopalni Starego Ghorlargu zapowiadało się jako wielka przygoda. Dość niebezpieczna przygoda, szczerze mówiąc. No ale życie w ogóle ma to do siebie, że jest niebezpieczne.
Opis do map był przygotowany w hergish, czyli języku starokrasnoludzkim nie używanym już od z górą ośmiuset lat. Z punktu widzenia krasnoludów osiemset lat to czas przeminięcia zaledwie czterech pokoleń, więc dla nich odejście od hergish było sprawą stosunkowo świeżej daty. Arivald znał starokrasnoludzki na tyle dobrze, aby odcyfrować napisy na mapach, choć nie na tyle, by czytać starożytne eposy. Tu mu jednak to nie groziło. Gorzej, że mapy mogły być zaklęte. Krasnoludy miały niemiły zwyczaj magicznego szyfrowania, a korzystały zwykle z usług jeśli nie czarodziei, to przynajmniej biegłych magików. Mówiono nawet, że dawno temu służyli im wiedźmiarze, choć krasnoludy stanowczo się takich kontaktów wypierały. W każdym razie mogły zostać wprowadzone przeróżne szykany. A to kawałek mapy ukazywał się jedynie określonego dnia, a to trzeba było potraktować pergaminy odpowiednimi miksturami, a to sama mapa mogła być jedynie szyfrem, który po odcyfrowaniu dawał inną mapę, a to mogła być szyfrem do szyfru, a to mogła być zabezpieczona wielopoziomowymi zaklęciami skrzynkowymi.
Oczywiście na wszystko były sposoby. I Arivald zamierzał spędzić przy mapach tyle czasu, ile będzie trzeba, by nie okazało się później, że czegoś zaniedbał. Gdyż w tym wypadku zaniedbanie mogło zakończyć się tragicznie. Do dzisiejszego dnia czarodzieje opowiadali sobie jako anegdotę (choć raczej smutną anegdotę) historię Penvisha Rudobrodego, słynnego maga i znawcy szyfrów, który zginął marnie, nie zauważywszy, że znaczenie jednego z wyrazów zinterpretował mylnie, biorąc ślad po muszej kupie za literę. Stąd też coś, co było starożytnym krasnoludzkim ostrzeżeniem, wziął za starożytne krasnoludzkie pozdrowienie. Dzięki temu stracił nie tylko brodę, z której był tak dumny, ale również głowę.
Kiedy zbliżał się świt, Arivald miał już niemal pewność, że trafnie odcyfrował przynajmniej jedną szóstą mapy. Był to całkiem nieoczekiwany sukces, gdyż czarodziej wiedział (co prawda nie z własnego doświadczenia), iż zdarzały się plany wymagające wielotygodniowych studiów. Ta mapa w dodatku nie była zabezpieczona zaklęciami, a przynajmniej sprawiała takie wrażenie na pierwszy rzut oka. Może jednak to właśnie była pułapka: sprawiać wrażenie, że pułapki nie ma.
– Zjesz coś?
Wyrknuh zbliżył się nadspodziewanie cicho. Arivald przetarł oczy i skinął głową. Krasnolud podał mu nabity na patyk kawałek sarniego mięsa oraz skórzany bukłak. Czarodziej odkręcił korek i poniuchał.
– Tego mi było trzeba. – Z wdzięcznością przechylił bukłak. Potem odetchnął głęboko i zatopił zęby w mięsie.
Wyrknuh wyjął mu z dłoni bukłak, potrząsnął nim, a potem starał się nawet zajrzeć do środka.
– Jesteś pewien, że nie masz w sobie krasnoludzkiej krwi? – zapytał z nagłym szacunkiem w głosie.
– Niestety! – Arivald roześmiał się. – Ale kiedyś, bardzo dawno temu, miałem przyjaciela krasnoluda…
– A kogóż to? Czarodziej nagle sposępniał.
– Nieważne – powiedział – umarł dawno temu. Wyrknuh raz jeszcze potrząsnął bukłakiem.
– Czarodzieje czasem jednak mogą człowieka czymś zadziwić. Zwykle ludzie po krasnoludzkim spirytusie zachowują się, jakby bardzo im się śpieszyło do najbliższego jeziora. Albo najbliższego wychodka. A jak tam mapa? Wiesz już coś?
– I tak, i nie. – Arivald wzruszył ramionami. – Nie sądzę, żebym uporał się z tym przed końcem tygodnia. A kto wie, może to potrwa jeszcze dłużej.
– Wiesz, ile ja tracę dziennie? – syknął krasnolud. – A górnikom muszę płacić tak czy siak, bo mi polezą gdzie indziej. Gurbish otworzył nową kopalnię na północy i wszyscy chcieli tam pójść. Ledwo ich zatrzymałem.
– Potrwa tyle, ile będzie trzeba – rzekł ostro Arivald – i nie poganiaj mnie. Nie zamierzam stracić życia przez musze gówno albo inne głupstwa.
– Co za musze… aaa… – przypomniał sobie Wyrknuh i zaśmiał się. – To dość ucieszna historyjka, ale wolałbym rzeczywiście nie opowiadać podobnej o tobie. Rudobrody… jakże mu było?
– Penvish Rudobrody – odparł niechętnie Arivald. – Słyszałem, że krasnoludy zapłaciły za niego okup stu kilogramów złota.
Wyrknuh aż się zatrząsł.
– Ja słyszałem o dwudziestu funtach – powiedział przyciszając głos – ale słuchaj no…
– Spokojnie. – Arivald uniósł dłoń. – Nikt w Bractwie nie wie, gdzie jestem. Jak ty i twoi będziecie siedzieć cicho, nikt się nie dowie.
Czarodziej wiedział, że po śmierci Penvisha Tajemne Bractwo zagroziło krasnoludom zakazem jakiejkolwiek pomocy na zawsze i przerażone krasnoludy (dla których wsparcie czarodziei było w wielu wypadkach nieodzowne) zgodziły się na ten nieprawdopodobny okup. Choć Penvish sam był sobie winien. Teraz Wyrknuh słusznie mógł się obawiać, że w wypadku śmierci Arivalda Bractwo wpadnie w szał. A to mogło krasnoludy drogo kosztować, bo czarodzieje mieli surowo przykazane, aby każde zlecenie w krasnoludzkich kopalniach uzgadniać na samej górze, czyli z Wielkim Mistrzem. Krasnoludy całe lata temu podpisały nawet dokument, w którym solennie zobowiązywały się nie zatrudniać magów nie posiadających glejtu od Wielkiego Mistrza. Arivald glejtu takiego nie posiadał i nawet nie mógł marzyć o dostaniu go, gdyż w Bractwie wysoko sobie ceniono jego umiejętności i mistrz Harbularer prędzej kazałby Arivalda zamknąć w silmaniońskim więzieniu, niż zezwolił na badanie Starego Ghorlargu. Z kolei żaden z wielkich krasnoludzkich wodzów (a z pewnością szef klanu, do którego należał Wyrknuh) nie pozwoliłby Wyrknuhowi na wynajęcie czarodzieja nie posiadającego glejtu. Gdyż w razie niepowodzenia mogło to sporo kosztować wszystkie krasnoludy. Oczywiście nie znaczyło to, że szefowie klanów nie wiedzieli o całej sprawie. Ale jeśli nawet, to nigdy się do tego nie przyznają. Z całą pewnością nie wydali też Wyrknuhowi jasnego rozkazu, aby w razie czego móc, zgodnie z prawdą, powiedzieć, że nie mają z tym nic wspólnego.