Tomek na tropach Yeti
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Приключения Томека Вильмовского #4
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-064-6
- Жанр: Детские и приключения
Электронная книга - «Tomek na tropach Yeti». Краткое содержание книги:
Wierzchowiec Tomka, przerażony, stanął dęba na tylnych nogach. Jeździec spadł z siodła. Przez krótki moment prawa stopa uwięziona jeszcze w strzemieniu powstrzymywała go przed stoczeniem się po stromym, podciętym urwisku, lecz koń, zaledwie znów dotknął przednimi kopytami ścieżki — wierzgnął i uwolnił się od ciężaru, utrudniającego mu utrzymanie równowagi. Tomek runął na stromiznę. W tej chwili rozbrzmiał żałosny kwik muła przetaczającego się już przez skalny występ w przepaść.
Przywykły do niebezpieczeństw młodzieniec nie stracił w tak okropnej chwili przytomności umysłu. Zsuwał się na plecach, nogami do przodu w dół stoku. Grube odzienie zaczepiało o szorstką powierzchnię skały i hamowało nieco szybkość spadku. Tomek rozkrzyżował ramiona. Starał się chwycić dłońmi jakiejś wypukłości bądź szczeliny, lecz zwietrzała skała nie dawała oparcia. W olbrzymim napięciu nie słyszał nawet okrzyków grozy przerażonych towarzyszy. Kraniec podciętego stoku zwisającego nad przepaścią był coraz bliższy. Zdawało się, iż nic nie zdoła uratować go od śmierci, gdy naraz poczuł oparcie pod stopami. Natychmiast rozluźnił mięśnie i całym ciałem przywarł do skały. Przez długą chwilę, która zdała mu się niemal wiecznością, leżał nie wierząc własnemu szczęściu. W końcu jednak utwierdził się w pewności, iż już nie zsuwa się dalej.
Teraz dopiero usłyszał donośny głos bosmana.
“Trzymaj się, Tomku! Rzucam linę! Uwaga!” — wołał marynarz. Gruby sznur uderzył go wprost w twarz. Tomek powoli przysuwał lewą dłoń do głowy. Uchwycił linę, kurczowo zacisnął na niej rękę. Odetchnął głęboko pełną piersią. Drugą ręką uczepił się liny, po czym ostrożnie odwrócił się na brzuch.
— Czy możesz jeszcze popuścić sznura?! — zawołał.
— Mogę, mogę, powiedz tylko ile! — odkrzyknął bosman.
— Już dość, stop!
Usiadł na stromym stoku pochylony do tyłu dla utrzymania równowagi. Powolnymi ruchami opasał się liną, a potem zawiązał ją na piersi mocnym węzłem. Był ocalony. Rozejrzał się wokoło. O niecały metr od niego znajdował się kraniec stoku. Tam leżała jego futrzana czapa. Tomek odwrócił się do bosmana. Niezawodny w chwili niebezpieczeństwa przyjaciel stał na ścieżynie i mógł zdać sobie sprawy, w jaki sposób bosman zdołał w tak krótkim czasie zsiąść z wierzchowca i rozwinąć zbawczy sznur. Cała karawana przystanęła, gdy z góry posypała się lawina kamieni. Teraz wszyscy z zapartym tchem śledzili przebieg akcji ratowniczej, nie mogąc pomóc bosmanowi. Niezmierna wąskość ścieżyny uniemożliwiała prześliźnięcie się człowieka obok szeregu jucznych zwierząt. Na szczęście taki siłacz jak bosman nie potrzebował pomocy. Stał pewnie na szeroko rozstawionych nogach; krople potu mimo chłodu perliły się na jego twarzy.
— Napędziłeś mi strachu! — zawołał tubalnym głosem. — Czy możesz wejść o własnych siłach, czy mam cię wciągnąć?
— Wejdę sam! Nic mi się nie stało — odpowiedział Tomek.
— Dobra nasza, polegaj na mnie! Trzymam cię jak rybę na wędce.
Wilmowski i Smuga zdjęli czapki, by wytrzeć pokryte potem czoła. Tomek tymczasem odzyskał już swą fantazję. Powstał na nogi. Zamiast piąć się pod górę, wolniutko zbliżał się do czapki, leżącej na samym skraju przepaści. Bosman ostrożnie popuszczał linę, by stale była należycie naprężona. Tomek przykucnął, podniósł czapkę i włożył ją na głowę. Spoglądał w dół urwiska. Sięgną do pasa, gdzie w futerale nosił lornetę. Przez długą chwilę patrzył w przepaść. Na dnie wąwozu spoczywał martwy muł i juki. Jeden rulon rozwiązał się podczas upadku. Wzorzyste dywany zaścielały głazy wymyte do białości przez wodę. Na dywanach i obok nich leżały długie skrzynki z amunicją i karabiny. A więc to był ów ślubny podarunek Anglików dla Naib Nazara!
Tomek schował lornetę. Pochylony do przodu, oburącz trzymał się liny wciąganej przez bosmana i krok za krokiem zbliżał się do ścieżki. Zaledwie dotknął jej stopami, marynarz schwycił go w swe ramiona. Tomek niemal zduszony uściskiem druha na chwilę stracił oddech.
— A niech cię wieloryb połknie — wysapał marynarz. — To mnie tu łydki drżą ze strachu o ciebie, a ty zamiast jak najprędzej mnie uspokoić, przez szkiełka przyglądasz się krajobrazowi! Tfu, to tak robi przyjaciel?!
— Nie gniewaj się, kochany bosmanie, nie znęciły mnie piękne widoki. Przyjrzałem się naszemu mułowi i rozsypanym jukom. Już wiem, co za upominek posyłają Anglicy temu pamirskiemu zbójowi! W dywanach są ukryte karabiny i skrzynie z nabojami.
— Fiu, fiu, to jak widzę, szykuje się jakaś porządna heca — odparł bosman, po czym, dopiero teraz, wytarł chustką pot z twarzy.
— Pomówimy o tym na wieczornym biwaku, ale teraz cicho, sza przed wszystkimi.
— Jak tajemnica, to tajemnica. Będę milczał jak grób. Możesz na mnie polegać.
Podejrzany orszak weselny
Niebezpieczny wypadek Tomka wytrącił wszystkich z równowagi, toteż gdy w godzinach popołudniowych dobrnęli do małego, zacisznego wąwozu, jednogłośnie postanowili zatrzymać się w nim na nocleg. Najpierw urządzili w namiocie wygodne posłanie dla Tomka, bowiem zaczął teraz narzekać na bóle w plecach.
— Trochę jestem potłuczony, ale do jutra na pewno poczuję się lepiej — uspokajał towarzyszy. — Panie bosmanie, czy nie zrobiłby mi pan masażu?
— Zaraz to uczynię, brachu. Mogę nawet założyć się o butelkę rumu, że po marynarskim masowaniu zgrabnie zatańczysz na kirgiskim weselu.
— Bosmanie, zajmij się Tomkiem! My tymczasem uporządkujemy juki i przygotujemy posiłek. Po tym denerwującym dniu przynajmniej zjedzmy coś gorącego na kolację — powiedział Wilmowski.
Obydwaj przyjaciele weszli do namiotu. Tomek rozsiadł się wygodnie na posłaniu.
— Rozbieraj się, brachu! — polecił marynarz.
— Po jakie licho, nic mi nie jest — zaoponował Tomek.
— Przecież chciałeś, żebym zrobił ci masaż!
— To był tylko pretekst do porozmawiania z panem na osobności.
— A to cwaniak z ciebie! Pal więc sęk masaż. Wobec tego napijmy się po kubku jamajki. Tylko nie wymiguj się tym razem, bo to doskonałe lekarstwo. Twoje zdrowie!
— Dziękuję, bosmanie.
Tomek wypił łyk rumu, lecz skrzywił się i odstawił kubek.
— Pewno chciałeś pogadać o tych karabinach ukrytych w dywanach — zagadnął marynarz. — Widocznie Anglicy chcą nawarzyć piwa Rosjanom w Pamirze, skoro przemycają broń. Oj, będzie tam gorąco, gdy bandyci otrzymają nowoczesne karabiny. Niejedna karawana kupiecka nie ujrzy już swych ojczystych stron.
— Nie podoba mi się ta krecia robota — odparł Tomek. — Anglicy bez skrupułów uzbrajają bandytów, byle tylko siać zamęt po przeciwnej stronie granicy. Ilu to uczciwych ludzi straci życie od kul i karabinów przemycanych przez nas!
— Święta prawda... Pocieszam się, że podczas zbójeckich wypadów w Pamirze Naib Nazar nieraz dał się we znaki znienawidzonej przez nas carskiej armii.
— Gdyby chociaż tak naprawdę się zdarzyło! Obawiam się jednak, że w tym przypadku przede wszystkim ucierpią spokojni mieszkańcy i karawany kupieckie. Zbóje nie będą mieszali się do polityki.
— Najświętsza prawda — przyznał bosman zafrasowany. — Cóż możemy począć? Davasarman zapewne zobowiązał się przemycić karabiny, a Anglicy w zamian za to zezwolili Smudze na urządzenie wyprawy w pasie przygranicznym.