Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
— Jakiś czas temu wszystkie tutejsze domy zostały zarekwirowane przez Ministerstwo Lotnictwa. Będziecie mieli wszystko, czego wam potrzeba. Po prostu pytajcie szeregowców. I Filby pozostanie z wami.
Moses i ja wymieniliśmy spojrzenia.
— Ale co mamy robić teraz? — zapytałem.
— Po prostu czekajcie — odparła. — Odświeżcie się, prześpijcie. Bóg tylko wie, która jest teraz godzina według waszych organizmów! Dostałam polecenia z Ministerstwa Lotnictwa. Bardzo chcą was poznać — powiedziała mi. — Jakiś naukowiec z Ministerstwa przejmie waszą sprawę. Przyjdzie się z wami zobaczyć rano. Cóż, powodzenia. Być może kiedyś znów się spotkamy.
Po tych słowach po męsku uścisnęła mi, a potem Mosesowi, rękę i zawołała Oldfielda. Ponownie poszli wzdłuż Mews, dwoje młodych, wyprostowanych, dzielnych żołnierzy, ale równie bezbronnych jak tamten poparzony nieszczęśnik, którego widziałem wcześniej na Kensington High Street.
4. DOM NA QUEEN’S GATE TERRACE
Filby oprowadził nas po domu. Pokoje były duże, czyste i jasne, choć zasłony zaciągnięto. Dom urządzono wygodnie, lecz prosto, w stylu, który nie raziłby w roku 1891. Główna różnica polegała na mnogości nowych elektrycznych gadżetów, zwłaszcza rozmaitych lamp i innych urządzeń, takich jak duża kuchenka, zamrażalniki, wentylatory i grzejniki.
Podszedłem do okna w jadalni i odsunąłem ciężką zasłonę. Okno składało się z dwóch warstw szkła, uszczelnionych na obrzeżu gumą i skórą. Były też uszczelki wokół futryn. A na zewnątrz, w ten angielski czerwcowy wieczór, panowała tylko ciemność kopuły, przerywana odległym migotaniem wiązek światła na dachu. Pod oknem znalazłem skrzynkę, zamaskowaną przez inkrustowany wzór, w której mieściła się półka z maskami przeciwgazowymi.
Mimo to, przy zaciągniętych zasłonach i jasnych światłach można było na chwilę zapomnieć o posępności świata za tymi ścianami!
W mieszkaniu znajdowała się również palarnia, dobrze zaopatrzona w książki i gazety. Nebogipfel przyjrzał się im, najwidoczniej niepewny co do ich przeznaczenia. Była tam również duża szafa z kratownicą na przodzie. Moses otworzył ją, znajdując zdumiewający krajobraz zaworów, zwojów i stożków poczerniałego papieru. Urządzenie okazało się fonografem. Było wielkości i kształtu holenderskiego zegara, a z przodu znajdowały się elektryczne wskaźniki barometryczne, elektryczny zegar i kalendarz oraz okienka na informacje o umówionych spotkaniach. Fonograf mógł zapisywać mowę, a nawet muzykę, i odtwarzał to wszystko z dużą wiernością za pośrednictwem jakiegoś skomplikowanego radiotelegrafu z moich czasów. Razem z Mosesem spędziłem trochę czasu przy tym aparacie, eksperymentując z regulatorami. Za pomocą nastawnego kondensatora — to pomysłowe urządzenie umożliwiało słuchaczowi wybieranie częstotliwości rezonansowej strojonego obwodu — można go było dostroić tak, aby odbierał fale radiowe o różnych częstotliwościach. Okazało się, że istnieje nadzwyczaj wiele stacji radiofonicznych — co najmniej trzy lub cztery!
Filby przyrządził sobie whisky z wodą i z pobłażaniem obserwował nasze eksperymenty.
— Fonografio wspaniała rzecz — powiedział. — Jednoczy wszystkich ludzi, nieprawdaż? Choć wszystkie stacje naturalnie podlegają pod MI.
— MI?
— Ministerstwo Informacji. — Filby spróbował zainteresować nas opowieścią o rozwoju nowego typu fonografu, który mógł przekazywać obrazy. — To był bziczek przed wojną, ale nie przyjął się z powodu dystorsji kopuł. Jeśli człowiek chce pooglądać obrazy, może zawsze pójść na seans paplającej maszyny. Oczywiście, tam też nadają program MI, ale jeśli człowiek lubi płomienne mowy polityków i żołnierzy oraz budujące kazania Wielkiego Dobroczyńcy, to dobrze trafił! — Pociągnął łyk whisky i skrzywił się. — Ale czegóż można się spodziewać? Przecież jest wojna!
Mosesa i mnie wkrótce znużył płynący z fonografu strumień suchych wiadomości oraz muzyki dość kiepskich orkiestr. Wyłączyliśmy urządzenie.
Każdy z nas dostał osobną sypialnię. Dla wszystkich była bielizna na zmianę — nawet dla Morloka — choć rzeczy najwyraźniej podobierano w pośpiechu i nie pasowały na nas. Pewien szeregowiec o wąskiej twarzy, chłopiec o nazwisku Puttick, miał z nami pozostać w domu. Choć za każdym razem widziałem go w mundurze polowym, całkiem dobrze się spisywał jako służący i kucharz. Przed domem i na Terrace zawsze stali inni żołnierze. Było jasne, że jesteśmy strzeżeni... lub więzieni!
Około siódmej Puttick zawołał nas do jadalni na kolację. Nebogipfel nie przyłączył się do nas. Poprosił jedynie o wodę i talerz surowych warzyw. Nie zdejmując gogli, pozostał w palarni. Słuchał fonografu i przeglądał czasopisma.
Posiłek okazał się niewyszukany, ale smaczny. Głównym daniem było coś, co wyglądało na rostbef z ziemniakami, kapustą i marchewką. Skubnąłem mięso. Rozeszło się dość łatwo, a jego włókna były krótkie i miękkie.
— Co to jest? — zapytałem Filby’ego.
— Soja.
— Co takiego?
— Soja. Rośnie w całym kraju, poza kopułami. Nawet boisko krykietowe Oval oddano pod jej uprawę! Ostatnio niełatwo jest zdobyć mięso. Wiesz, trudno jest nakłonić owce i bydło do noszenia masek przeciwgazowych! — Odciął plaster tej przetworzonej rośliny i wsunął go sobie do ust. — Spróbuj! Jest dość smaczna. Nowocześni technolodzy żywności są bardzo pomysłowi.
Potrawa było sucha i kruszyła się w ustach, a jej smak przywiódł mi na myśl wilgotną tekturę.
— Nie jest taka zła — stwierdził odważnie Filby. — Przyzwyczaisz się.
Nie potrafiłem wymyślić żadnej odpowiedzi. Popiłem to coś winem, które smakowało jak przyzwoite Bordeaux, choć powstrzymałem się od pytania o jego pochodzenie. Reszta posiłku przebiegła w milczeniu.
Wziąłem krótką kąpiel — z kurków płynęła gorąca woda, której było pod dostatkiem — a potem, po wypiciu brandy i wypaleniu cygara, udaliśmy się na spoczynek. Czuwał jedynie Nebogipfel, gdyż Morlokowie nie sypiają tak jak my. Poprosił o papier i kilka ołówków (trzeba mu było pokazać, jak się używa przyrządu do ostrzenia i gumki do mazania).
Położyłem się na wąskim łóżku. Było mi gorąco, gdyż okna w moim pokoju szczelnie zamknięto i robiło się coraz duszniej. Za oknami odgłosy tego zdewastowanego przez wojnę Londynu rozlegały się wewnątrz kopuły i przez szpary w zasłonach dostrzegłem migotanie tych nowych dziwnych lamp, które świeciły do późna w nocy.
Usłyszałem Nebogipfela poruszającego się w palarni. Może się to wydawać dziwne, ale znalazłem pewną pociechę w odgłosie stąpania wąskich stóp Morloka oraz niezdarnego skrobania ołówków po papierze.
W końcu zasnąłem.
Na stoliku przy łóżku stał mały zegar, który poinformował mnie, że obudziłem się o siódmej rano, choć naturalnie nadal panowała ciemność nie mniejsza niż na zewnątrz.
Dźwignąłem się z łóżka. Założyłem podniszczony, lekki strój, który był świadkiem już tylu wydarzeń, i wyjąłem świeżą bielizną oraz koszulę i krawat. Mimo wczesnej pory powietrze było wilgotne. Czułem się otumaniony i ociężały.
Odsunąłem zasłonę. Paplająca maszyna Filby’ego nadal wyświetlała obrazy na dachu. Wydawało mi się, że słyszę urywki jakiejś rytmicznej muzyki podobnej do marsza. Z pewnością miała ona zachęcić niechętnych robotników do dalszego wysiłku na rzecz wojny.