Czasopodobna nieskończoność [Timelike Infinity - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-479-9
- Переводчик: Marcin Krygier
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Czasopodobna nieskończoność [Timelike Infinity - pl]». Краткое содержание книги:
Z ciemności wyłoniły się szczupłe dłonie, zaciskając się na krawędzi. Drobna, wąska ręka Jasofta Parza zagłębiła się w przestrzeń ładowni „Narlikara”. Gdy dostrzegł Berg, skinął głową z niezwyczajną, sztywną uprzejmością i — z niezgrabnym wdziękiem — przerzucił zgięte w kolanach nogi ponad brzegiem otworu. Zadrżał odrobinę w chłodnym powietrzu na zewnątrz gałki ocznej. Był bosy, miał na sobie poszarpany, ubrudzony szlafrok z kolekcji Michaela, jak poznała Berg. Parz najwyraźniej usiłował uśmiechnąć się do niej. Unosił się w powietrzu, jedną ręką trzymając się krawędzi otworu w oku niczym niezgrabny pająk.
— Już drugi raz wydobyty zostałem z oka splina, pogodziwszy się już z nieuchronnością śmierci. Dziękuję ci, Miriam. Miło mi spotkać cię osobiście.
Berg zabrakło słów. by odpowiedzieć.
Za nim z oka wynurzyła się druga postać. Przyjaciółka Wignera, Shira, odziana, podobnie jak Berg, w ubrudzone szczątki wigneriańskiego kombinezonu. Dziewczyna przy siadła na brzegu otworu z podkulonymi nogami i z bezbarwnym wyrazem twarzy pobieżnie rozejrzała się po ładowni frachtowca. Potem zwróciła się do Berg:
— Miriam, nie spodziewałam się, że jeszcze cię ujrzę.
— Owszem — wykrztusiła Berg. — Ja…
W oczach Shiry zamigotało coś na kształt współczucia Miriam nigdy jeszcze nie widziała na tej wychudzonej, kościstej twarzy niczego bardziej zbliżonego do ludzkiego ciepła — i Berg znienawidziła ją za to. Przyjaciółka powiedziała:
— Nikogo więcej tu nie ma, Miriam. Jesteśmy tylko my dwoje. Przykro mi.
Berg pragnęła zarzucić jej kłamstwo, przepchnąć się między tymi posiniaczonymi, splamionymi przybyszami i rzucić głową naprzód w głąb gałki ocznej, by własnoręcznie ją przeszukać. Zamiast tego zachowała nieruchomą twarz i tylko wbiła sobie paznokcie w dłoń. Wkrótce poczuła na palcach strumyczek krwi.
Parz uśmiechnął się do niej, jego zielone oczy lśniły łagodnie.
— Miriam, Michael i Harry opracowali pewien plan. Zamierzają użyć wrak splina do zamknięcia złącza tunelowego, by usunąć ryzyko kolejnych najazdów z przyszłości qaxańskiej okupacji. A także ze wszystkich innych przyszłości, skoro o tym mowa.
— I zostali na pokładzie. Obaj.
Twarz Parza była komicznie poważna.
— To prawda. Michael jest bardzo dzielny, Miriam. Myślę, że powinnaś znaleźć pociechę w…
— Gówno prawda, stary nadęty pierniku. — Berg odwróciła się do Shiry. — Cholera jasna, dlaczego przynajmniej ze mną nie porozmawiał? Obrócił moduł łączności w kupkę żużlu, zgadza się? Dlaczego? Wiesz dlaczego?
Shira wzruszyła ramionami, oprócz zwykłej obojętności w jej zachowaniu wciąż jeszcze można było dostrzec śladową ludzką troskę.
— Przez swój strach.
— Parz nazywa go dzielnym, ty — tchórzem. Czego on się boi?
Usta Shiry zadrgały.
— Może ciebie, przynajmniej trochę. Lecz przede wszystkim siebie.
Parz skinął głową.
— Myślę, że ona ma rację, Miriam. Nie sądzę, by Michael był przekonany, że potrafiłby postąpić równie zdecydowanie po rozmowie z tobą.
Berg poczuła, jak wzbiera w niej złość i frustracja. Oczywiście śmierć innych ludzi nie była dla niej nowością. Odległe wspomnienia z tamtych czasów nieodmiennie przesycone były olbrzymią złością w obliczu nie dokończonych spraw — osobistych i nie tylko. Zawsze pozostawało tyle nie wypowiedzianych słów, które miały już nigdy nie zabrzmieć. Tym razem było jeszcze gorzej. Drań nawet jeszcze nie umarł, a już stał się równie nieosiągalny, jakby spoczywał w grobie.
— Ale mnie pocieszyłeś, psiakrew.
— Tylko tyle mamy ci do zaoferowania — odparł łagodnym głosem Jasoft Parz.
— No, tak — pokiwała głową, starając się na nowo uporządkować sobie listę priorytetów. — W takim razie równie dobrze możemy sobie pójść pooglądać fajerwerki. Chodźcie. A potem przekonamy się, czy na tej balii znajdzie się czynny prysznic…
Mostek frachtowca był ciasny, panował na nim zaduch, każdy skrawek wolnej przestrzeni pokrywały notatki nagryzmolone na samoprzyczepnym papierze. Jedynie królewski blask Jowisza, zalewający tę nędzną klitkę przez przezroczysty iluminator, nadawał jej jakichkolwiek pozorów godności. Bracia d'Arcy, tłuści, pyzaci i denerwująco podobni do siebie, podnieśli wzrok znad paneli kontrolnych, gdy tylko B erg wprowadziła swą dziwaczną gromadkę na ich mostek.
— Jasoft, Shira — powiedziała Berg, nie bawiąc się w uprzejmości — poznajcie swoich prapradziadków.
Potem, zostawiając całą czwórkę przyglądającą się sobie podejrzliwie, Miriam odwróciła się do iluminatora i uniosła twarz w stronę zenitu. Na tle tarczy Jowisza kontury portalu Złącza wyglądały jak tetraedralny szablon. Spliński okręt, niosący wbity weń wrak „Kraba”, dostrzegalny nawet z tej odległości, w porównaniu z geometryczną elegancją portalu przypominał zaciśniętą pięść.
Na jej oczach okręt zanurzył się w Złącze. Krwiste iskry otoczyły splina w miejscach, gdzie zmaltretowane ciało otarło się o wykonaną z materii egzotycznej konstrukcję portalu.
Przelotnie pomyślała, że może powinna unieść rękę na pożegnanie.
Iskry kłębiły się tak długo, dopóki splin nie zniknął z widoku.
Miriam zamknęła oczy.
15
Kopuła mieszkalna „Kraba” pochłonięta została przez rozszerzające się mroki portalu Złącza. Michael, wpatrzony w przestrzeń poza kopułą, skulił się mimowolnie.
Błękitnofioletowy ogień wystrzelił zza krawędzi kopuły. Sto świtów jednocześnie wzeszło nad ograniczonym horyzontem obejmowanym spojrzeniem Michaela. Usadowiony obok niego Harry rozejrzał się wystraszony na boki.
— To pewnie kadłub splina ociera się o strukturę z materii egzotycznej — powiedział Michael. — Powiedziałbym, że solidnie się nam dostaje. Harry, jak tam u…
Wirtual Harry'ego Poole'a rozwarł szeroko usta — szerzej, niż, pozwalała na to ludzka anatomia — i krzyknął. Krzyk przeszedł w nieludzki pisk o rosnącej wysokości, tak, że po kilku sekundach stał się niesłyszalny dla Michaela.
Wirtual rozsypał się w chmurę pikseli i rozpadł, siejąc dookoła iskrami.
Splin zadygotał, zagłębiając się w sarn tunel czasoprzestrzenny. Michael bezradnie ściskając pasy przytrzymujące go na kanapie, nie potrafił zapomnieć o tym, że statek, który niósł go w przyszłość, nie był wytworem technologii, lecz delikatną, czującą, żywą istotą.
Głowa Harry'ego powróciła z niebytu tuż przed twarzą Michaela. Harry był świeżo ogolony i gładko uczesany.
— Przepraszam za tamto — powiedział potulnie. — Powinienem był przewidzieć szok towarzyszący uderzeniu w materię egzotyczną. Myślę, że teraz już będzie lżej. Poodcinałem wiele włókien nerwowych i sensorycznych łączących centralny procesor z resztą statku. Oczywiście, wiąże się to ze znacznym ograniczeniem mojej funkcjonalności.
Wstrząsające uczucie straty i osamotnienia ogarnęło Michaela. Twarz Harry'ego stanowiła niedorzecznie pogodną plamę ożywienia na tle pustki zaburzenia czasoprzestrzennego. Zmusił się do odpowiedzi.
— Myślę… że teraz to już chyba bez znaczenia. Tak długo jak potrafimy uruchomić silnik superprzestrzenny.
— Nie ma sprawy. A moje oddziały lojalnych limfobotów ochraniają ocalałe kluczowe części statku. Powinny wytrzymać do czasu, kiedy rezultat walki nie będzie się już liczył. — Głowa wirtuala niepokojąco zanurkowała ku Michaelowi, zatrzymując się jakąś stopę przed jego nosem. Spoglądała na niego z przesadnym niepokojem. — Wszystko w porządku, Michael?