Czasopodobna nieskończoność [Timelike Infinity - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-479-9
- Переводчик: Marcin Krygier
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Czasopodobna nieskończoność [Timelike Infinity - pl]». Краткое содержание книги:
Michael zanim zdążył zastanowić się, co właściwie robi, wyciągnął ramiona do wirtuala swego ojca. Potem z zakłopotaniem opuścił ręce.
— Tak, wiem o tym. Chyba mi żal. Jeżeli będzie to dla ciebie jakąś pociechą, ja również tego nie przeżyję.
Młoda twarz Harry'ego rozsypała się w chmurę pikseli.
— To żadna pociecha, niech cię szlag — wyszeptał odległe.
Złącze było już bardzo blisko. Michael ujrzał odbicie splina na wielkiej, migotliwej płaszczyźnie, jak gdyby faseta stanowiła olbrzymi staw, w który statek miał się zanurzyć.
Harry rozsypał się w pył pikseli i zaraz uformował ponownie, odzyskując ostrość konturów.
— Do diabła z tymi limfobotami — stwierdził marudnie. — Posłuchaj, Michael, póki zostało jeszcze trochę czasu, chciałbym ci o czymś powiedzieć…
Wewnątrzsystemowy frachtowiec zawisł nad wydłubanym z oczodołu, okaleczonym okiem splina. Wrota ładowni rozwarły się niczym oczekujące wargi, odsłaniając jaskrawo oświetlone wnętrze.
Oko uderzyło o płaski sufit ładowni, odbijając się miękko. Kilka jardów poszarpanego nerwu wzrokowego ciągnęło się za nim niczym żałosny szczątek pępowiny, owijając się z wolna wokół obracającego się oka. Potem drzwi ładowni zasunęły się, połykając je.
W śluzie powietrznej prowadzącej do ładowni Miriam Berg przyciskała twarz do grubego okienka kontrolnego. W dłoniach trzymała ciężki przemysłowy laser, palce drżały jej na obudowie urządzenia, podczas gdy ciśnienie wewnątrz ładowni powracało do normy.
Z pewnym niesmakiem przyglądała się porysowanym ścianom ładowni. Znajdowała się na pokładzie „Narlikara” z Ganimedesa, frachtowca kursującego między księżycami Jowisza i pracującego dla maleńkiej, zatrudniającej dwie osoby linii przewozowej. Wiedziała, że po takim statku nie powinna oczekiwać zbyt wiele. Bracia d'Arcy imali się brudnych, niebezpiecznych prac. Zwykle ładownia mieściła przeznaczony na wodę lód przewożony z Ganimedesa na Europę albo też rzadkie związki siarki wydobywane z narażeniem życia ze śmierdzącej powierzchni Io. To tłumaczyło część tych plam. Związki siarki jednak nie smarują obleśnych grafitti na ścianach, pomyślała. Ani też nie pozostawiają lepkich plam i częściowo zjedzonych posiłków na wszystkich chyba powierzchniach roboczych. Niemniej jednak, i tak miała szczęście, że w okolicy znalazł się ten jeden statek zdolny tak szybko przechwycić to cholerne oko. Jednostki w pobliżu portalu Złącza w większości były opływowymi okrętami rządowymi bądź też wojskowymi — lecz to bracia d'Arcy w swej poobijanej balii przepchnęli się przez tę zbieraninę, by zabrać ją z ziemiostatku w odpowiedzi na jej rozpaczliwe wezwanie na wszystkich kanałach, wysłane skoro tylko zorientowała się, co planuje Poole. Przyglądała się gałce ocznej splina podskakującej w gęstniejącym powietrzu ładowni. Cierpko skonstatowała, że oko wyglądało jak piłka plażowa oblepiona zakrzepłą krwią i kikutami przeciętych mięśni. Lecz cała jej połać była przezroczysta — czyżby soczewka? — i tam dostrzegała denerwująco niewyraźne ludzkie postaci.
Michael…
Cicho rozbrzmiał elektroniczny gong i drzwi oddzielające ją od ładowni otwarły się. Ciągnąc za sobą laser, Berg wkroczyła do ładowni.
Powietrze w ładowni było świeże, choć cienki, ubrudzony, jednoczęściowy kombinezon Przyjaciół Wignera jaki miała na sobie jeszcze przed atakiem qaxów, nieprzyjemnie przepuszczał zimno. Wzięła głęboki oddech, kontrolując ciśnienie i smakując powietrze…
— O Jezu…
…i niemalże zadławiła się mieszaniną odorów, jaka uderzyła jej do głowy. Być może powinna to przewidzieć. Wydłubane oko splina śmierdziało jak trzytygodniowy, zgniły płat mięsa — w powietrzu unosił się smród spalenizny oraz subtelniejsze zapachy, być może emanujące z częściowo zamarzniętej, lepkiej, purpurowej mazi wyciekającej z przeciętego włókna nerwowego. Dodatkowej otoczki dostarczał, oczywiście, palący nozdrza smród siarki, zawdzięczany jej gospodarzom, braciom d'Arcy.
Za każdym uderzeniem o ścianę gałka oczna wydawała ciche chlupotanie.
Berg potrząsnęła głową, walcząc z wywołanymi smrodem mdłościami. Spiińskie statki. Też mi sposób podróżowania.
Po paru podskokach opór powierza spowolnił ruchy kuli. Oko znieruchomiało, dygocząc delikatnie nad podłogą w centralnej części ładowni.
Za zamgloną soczewką splina dostrzegała poruszenie. Przypominało jej to oglądanie mrocznego akwarium. W środku ktoś był i przyglądał się jej.
Nadeszła pora.
Myśli przebiegały jej przez głowę w szaleńczym tempie, zaschło jej w ustach. Postarała się oczyścić umysł i skupić na czekającym ją zadaniu. Uniosła swój laser.
Bracia d’Arcy zabrawszy ją z powierzchni ziemiostatku, pożyczyli jej ręczny laser: ciężkie, niezgrabne urządzenie przeznaczone do wycinania ton rudy z krateru Valhalla na Callisto. Potrzebowała obu rąk i wysiłku wszystkich mięśni, by poruszyć nim i skierować jego wylot na gałkę oczną splina, a potem ponownie całej swej siły, by wyhamować jego obrót, unieruchomić go i wycelować. Zamierzała tak ustawić lufę w powietrzu, by przy odrobinie szczęścia rozciąć gałkę oczną pod właściwym kątem, odrąbując rejon soczewki i nie zagłębiając promienia w przestrzeń zajmowaną przez jego pasażerów. Gdy laser został wycelowany, podpłynęła do oka i przysuwając twarz tak blisko do zamglonej soczewki, jak tylko zdołała się zmusić, zerknęła do wewnątrz. Było tam dwóch ludzi, choć przez matowiejące, martwe tworzywo soczewki postrzegała ich jako schematycznie zarysowane postaci. Otwartą dłonią uderzyła w soczewkę i jej ręka przebiła się przez skorupiastą powierzchnię, zagłębiając się w gęstą, pleśniejącą maź. Wyszarpnęła pospiesznie rękę, wymachując nią, by strząsnąć przyklejone do niej strzępy mięsa.
— Odsuńcie się od soczewki! — zawołała, poruszając ustami z przesadną powolnością, potem zaś machnęła rękoma, jakby odganiała uciążliwego owada.
Dwaj niezidentyfikowani pasażerowie zrozumieli jej intencje i wycofali się od soczewki w ohydny cień.
Uważając, by nie dotknąć ponownie cielistych fragmentów. Berg odsunęła się w stronę lasera. Przesunęła dłonią po kontrolkach, ustawiając granicę rozproszenia wiązki na pięć jardów. Błękitnopurpurowa linia światła, idealna geometrycznie, zapaliła się do istnienia, niemal dotykając mglistą soczewkę. Berg upewniła się, że spójność jest wystarczająco niska i że promień na przeciwległej grodzi ładowni zaznacza się jedynie nie większą od kciuka plamą światła.
Delikatnie napierając na laser, przesunęła promień w dół. Gdy nieprzejrzyste tworzywo soczewki zaczęło się zwęglać i odsuwać od laserowego promienia, z wnętrza gałki ocznej wydobył się brązowawy obłok, który wkrótce rozproszył się w atmosferze ładowni. Kolejna woń dołączyła do niezapomnianego bukietu zapachów w głowie Berg — ta wszakże, o dziwo, niezbyt nieprzyjemna, odrobinę przypominająca zapach świeżej skóry.
Kolisty fragment tworzywa soczewki o kształcie regularnym niczym klapa włazu odpłynął w przestrzeń. Z krawędzi przeciętej soczewki wyciekło parę kropli jakiegoś płynu, ciągnąc się za wyciętym fragmentem lepkimi, podobnymi pajęczynie niciami.
Wciąż nie mogła niczego dojrzeć we wnętrzu mięsistej kuli, zaś z otwartej przez nią komory nadal nie dobiegał żaden dźwięk.
Berg ruchem kciuka zgasiła laser. Bez namysłu chwyciła odcięty fragment soczewki i odciągnęła go od zaimprowizowanego włazu, włókna materii wewnątrzustrojowej naciągnęły się i popękały, a wtedy odrzuciła dysk.
Następnie, jako że nic innego nie przychodziło jej do głowy, a za nic w świecie nie zagłębiłaby się w wykonanym przez siebie otworze, zawisła w powietrzu, nie spuszczając oczu z chirurgicznie gładkiej, wilgotnej krawędzi dziury.