Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
Maria wyjęła z lodówki zimną puszkę soku pomarańczowego, napełniła szklankę i przycupnęła przy oknie.
— A co u pana słychać, Dick? — zapytała Guta. — Ciągle się pan kręci przy instytucie?
— Kręcę się — powiedział Nunnun. — Na razie dostarczają nam nowy sprzęt, a skoro jest nowy sprzęt, to muszą być reklamacje. Skoro są reklamacje, to musi być i Dick Nunnun. Co prawda nie wiem, co będziemy robić z całym tym sprzętem. Nie ma niczego bardziej złożonego niż zajmowanie się badaniami naukowymi, gdy obiekt badań jest dla ciebie absolutnie niedostępny. Laboratoria co prawda powolutku pracują, badają to, co wcześniej ze Strefy naszabrowali. No i raz na tydzień puszczają tam robota, prościutkiego, sam silnik i obudowa, i sprawdzają, czy nie odblokowała się granica. Kopuła jest przecież dwa kroki od instytutu. — Wujek Dick zdusił w popielniczce niedopałek, wysiorbał resztki Krwawej Mary i zapalił nowego papierosa. — Granica jest niemal przezroczysta, widać przez nią wszystko. Widać, że nic się w Strefie nie zmienia. Kiedy startuje kolejny robot, cały instytut siedzi w oknach. Dochodzi robot do półkuli, rach-ciach i kaplica.
— Rach-ciach — powtórzyła Guta niczym echo. — Jakby wasze maszyny popełniały samobójstwo. Wie pan, Dick, wielu stalkerów też tak postąpiło. Psyk i kaplica.
— A dział kontroli siada do pisania kolejnego sprawozdania — ni przypiął, ni przyłatał odpowiedział wujek Dick. — Księgowość spisuje na straty kolejnego robota. I wszyscy się cieszą: wykonujemy pożyteczną pracę. Potem wszystko zamiera do następnego tygodnia…
— Proszę mi powiedzieć, Dick — przerwała mu Guta. — Jak tam u pana w instytucie uważają, co nas w końcu czeka?
— Jakich „nas”? — Nunnun spróbował się uśmiechnąć. — Harmont czy waszą rodzinę?
— Wszystkich nas.
Wujek Dick zamyślił się, patrząc przez okno na obficie obsypaną kwiatami jabłoń. Maria, sącząc sok, przyglądała się, jak matka zręcznie radzi sobie z mięczakami.
— Z miastem, jak sądzę, nic się nie stanie — powiedział w końcu wujek Dick. — Istniało przecież i przed Lądowaniem; poziom przestępczości stale się obniża… Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
— Harmont było dziurą przed Lądowaniem i dalej będzie dziurą.
Wujek Dick westchnął.
— No… Guta… Podobnych do Harmont miast są na świecie tysiące. I co — żyją tam ludzie.
— Taa, żyją — powiedziała matka, ale zabrzmiało to tak, jakby zapytała: „Naprawdę żyją?”
Wujek Dick w milczeniu wciąż patrzył przez okno, poprawił się na krześle. A Maria pomyślała, że dobrze by było czytać w ludzkich myślach. To znaczy, jasne jak oczy własne, bombowo jest, że nie potrafi czytać, dopiero by się wtedy zrzygała. Ale teraz taka umiejętność przydałaby się. Czy wujek Dick mówi mamie to, co myśli?
— Mamy ze Strefy pewne korzyści — kontynuował wujek Dick. — Choćby to, na przykład… że samochody przestały zatruwać powietrze. Nawiasem mówiąc, wie pani, Guta, że byli i tacy, co chcieli zastosować zdobycze ze Strefy w innych dziedzinach? Jako broń. Na szczęście nic z tych pomysłów nie wyszło. Prócz zbiorowej mogiły dla badaczy. A co się tyczy waszej rodziny… — Zerknął spod oka na Marię, jakby pytał, czy pamięta ich wcześniejszą rozmowę.
Matka zrozumiała jego wątpliwości po swojemu.
— W porządku, Dick — powiedziała. — Niech pan wali! Dziewczyna jest już zupełnie dorosła.
— Powinna pani już dawno się przystosować, Guto — powiedział wujek Dick. — Zupełnie sobie nie wyobrażam, jak ciągnęliście przez tyle lat. Powrotu do przeszłości, sądząc po wszystkim, już nie ma. W każdym razie nie za naszego żywota.
— A jeśli coś się mimo wszystko stanie?
— Jeśli coś się stanie, historia się powtórzy. Na świecie zawsze znajdą się ludzie, którzy nie uspokoją się, póki kogoś nie załatwią. Najlepszym wyjściem byłoby, gdyby załatwili tylko siebie, ale to zdarza się bardzo rzadko. — Rozczulony wujek Dick zaczął pleść ogólniki, ale na czas się opamiętał.
W kuchni znowu zapanowała niespokojna cisza. Matka krzątała się przy sałatce, wujek Dick gapił się przez okno, a Maria kończyła drugą szklankę soku. Potem matka powiedziała:
— Szuwaks dzisiaj wpadł.
— Co u niego? — ożywił się wujek Dick. — Dawno cholery jednej nie widziałem!
— Nic! — powiedziała matka. — Jest wykidajłą w jakiejś knajpie. Chyba w Trzech Stopniach. Może będzie mniej pił. A jak nie będzie, to go wywalą.
Wujek Dick patrzył teraz nie przez okno, lecz na matkę. Widocznie już się oswoił. Albo udawał, że się oswoił.
— Proszę powiedzieć, Dick — ciągnęła matka. — Pal diabli mnie. Sama wybrałam sobie los. Ale co zawinili tacy ludzie jak Szuwaks? Kiedy Strefa był otwarta, miał przynajmniej jakiś cel. Niech będzie, że idiotyczny z punktu widzenia innych, ale była to najważniejsza sprawa w jego życiu. Oczywiście i wtedy był pijakiem i zabijaką, ale jak się zmieniał, kiedy czytał swoje kazania!
Matka mówiła o Szuwaksie, ale Maria rozumiała, że ma na myśli innego człowieka.
Wujek Dick znowu poprawił się na krześle, jakby sprawdzał, czy wytrzyma wagę jego odpowiedzi.
— Guto, wie pani, moje słowa pewnie wydadzą się pani banalne, ale skoro pani zapytała, to proszę! — Uśmiechnął się, jakby ostrzegając, że zamierza żartować. Ale nie żartował. — Proszę uważać, że miała pani po prostu wielkiego pecha. Proszę uważać, że znalazła się pani w strefie działań wojennych między ludźmi i Nieznanym. I że w tym zamieszaniu nie udało się pani uniknąć przypadkowej kuli. Kto tu winien? Ten, co strzelił, czy ten, kto w złym momencie wysunął głowę z okopu? Chwała Bogu, że jest pani tylko ranna, a nie martwa. Teraz nadszedł czas na leczenie ran. Nie jest to łatwe i boli, ale inaczej się nie wyżyje. Odpowiedziałem na pani pytanie?
Guta, skończywszy krzątaninę przy sałatce, wyłożyła ją do srebrzystej miski i popatrzyła na Nunnuna.
— Rozumiem pańską filozofię, Dick. — Rozłożyła ręce. — I skłamałabym, gdybym powiedziała, że mi się podoba.
Na twarzy wujka Dicka pojawił się pełen winy uśmiech.
— To jest męska filozofia — odezwał się. — Dlatego się pani nie podoba. Zresztą gdyby to ode mnie zależało, przed Lądowaniem wywiózłbym z miasta wszystkie kobiety, część mężczyzn też. Niestety, przybysze zaczęli swoje bojowe działania z Ziemianami bez wypowiedzenia wojny. Zapewne przy jej wypowiedzeniu wasz znakomity rząd też by palcem nie kiwnął, żeby uniknąć ofiar. — Wujek Dick znowu zaczął pleść ogól ki. — Rządy i ludzie mieszkają w różnych światach. Kiedy znajdą się we wspólnym świecie, na Ziemi nastąpi Królestwo Boże.
Marii przyszło nagle do głowy, że ona i reszta Harmont też żyją w różnych światach i że jeśli tak będzie trwało dalej, ktoś będzie musiał leczyć rany. Jeżeli nie okażą się śmiertelne…
— Ale to nigdy nie nastąpi — zakończył swój wywód wujek Dick. — Nie pora budzić Rudego?
Obudzili go z trudem. Z jeszcze większym trudem wepchnęli go pod zimny prysznic. Kazali mu włożyć czystą koszulę i wyprasowane spodnie. Potem posadzili go przy stole, ale uprzedzili, żeby ani-dudu. Bo inaczej będzie miał osobiście do czynienia z Richardem G. Nunnunem.
Jasne jak oczy własne, tatek nie wystraszył się kontaktu z Richardem G. Nunnunem. Nie ten kaliber… Ale Maria nie zamierzała uczestniczyć w tej sprawie, więc odkleiła się i poszła do swojego pokoju. Powiedziała dziadkowi, żeby nie schodził do salonu. Otworzyła okno. Tuż pod nim kwitł bez. Z ogrodu dochodziły takie oszałamiające zapachy, że Marię przechodziły ciarki po plecach.