Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
Guta wysoko zadarła głowę, żeby powstrzymać łzy, i na palcach wyszła z dziecinnego pokoju.
A pół godziny później przy furtce pisnęły hamulce długo oczekiwanego landrovera Reda.
3. Maria Shoehart, 15 lat, abiturientka
Maria odłożyła łyżkę i westchnęła.
— Chcesz pizzę? — zapytała Guta. Córka często ograniczała się do zupy i zieleniny.
— Chcę — powiedziała Maria. — Dzień dobry, dziadku!
— Dzień dobry, wnusiu! — odezwał się ze swojego pokoju dziadek. — Podładowałem się. Dziadek zawsze się odłączał, kiedy mówienie sprawiało mu trudność: Strefa nie puszczała do siebie tylko żywych ludzi i mechanizmów. Ludzie na granicy Strefy umierali w ogniu, a ich maszyny wybuchały. Mumiki mogły chodzić tam bez żadnych przeszkód.
Zresztą nawet kiedy dziadek przychodził z ładowania, niełatwo było z nim rozmawiać — najczęściej gadał jakieś trele-morele. Na przykład o swoim życiu z Marią (babcia też miała na imię Maria; choć dokładniej mówiąc, to też Maria miała na imię Maria). Jakby piosenki o dawnym życiu mogły w czymś pomóc wnuczce. Mimo to Maria powiedziała:
— Dziadku, potrzebuję twojej rady. Dziadek lubił, kiedy zaczynała w ten sposób rozmowę.
— Słucham cię, wnusiu.
— Dziadku, jak mam dalej żyć?
— Jedz pizzę! — Guta, rzecz jasna, nie słyszała ich rozmowy. — Będziesz rozmyślała po obiedzie. Maria uśmiechnęła się z wdzięcznością i powiedziała starego Shoeharta:
— Dziadku, po co chodzę do szkoły? Po co matka uczy mnie różnych babskich różności? Przecież nikt się ze mną nie ożeni. Czyżbym była skazana na to, by stać się drugą Diną Barbridge?
Dziadek pewnie nie wiedział, kto to jest Dina Barbridge. A może odwrotnie — akurat dobrze wiedział. W każdym razie wyemitował kolejne trele-morele:
— Żyj, wnusiu, jak chcesz. Kochaj, kiedy trzeba kochać. Nienawidź, kiedy trzeba nienawidzić. W odpowiedniej chwili Bóg podpowie ci, jak postąpić.
— Bóg podpowie?! — zawołała Maria. — Jaki Bóg?! Zamiast Boga mamy w Harmont przybyszy!
— Nie wiem — odparł dziadek. — Wiele razy byłem w Strefie, nie ma tam żadnych przybyszy. Po prostu Bóg poddaje ludzi próbie. Zresztą kto, prócz Boga, mógł mi dać nowe życie?
Dziadek uważał siebie za żywego. I często mówił o Bogu, chociaż w prawdziwym życiu nie wierzył ani w Boga, ani w diabła. Nie potrzebował ich, żeby topić majstrów i inżynierów w stężonym kwasie siarkowym. Tak też wychował syna, w każdym razie tato tak twierdził.
Kiedy Maria była Małpeczka, tato nie karał jej. Ale gdy tylko zwierzątko stało się dziewczynką, zaczęli ją wychowywać, stosując zwyczajne metody. Po trzeciej próbie puszka z piwem poleciała w stronę głowy taty. Maria nie rzuciła nią — tylko zapragnęła rzucić… Tato był stalkerem. Dlatego zdążył się uchylić. I dlatego wszystko od razu zrozumiał. Nie wyjaśniał niczego żonie, ale nie stosowano więcej kar w domu Shoehartów…
Dziadek dalej wywodził trele-morele o swoim Bogu i Maria przestała go słuchać. Jaki tam, do diabła, Bóg! To ona była bogiem w tym mieście, ale co jej to dało prócz nienawiści otoczenia?
Przypomniała sobie, jak pierwszy raz chciała pomóc koledze z klasy. Nazywał się Cliff Hardy. Albo Karakan. Zależy kiedy. Nie mógł poradzić sobie z zadaniem arytmetycznym, bo nie wiedział, ile jest sześć razy osiem. Tylko kruszył w palcach kredę i kręcił czachą. Matematyczka już miała posadzić go na miejsce, gdy Maria wyobraziła sobie, że przed Karakanem wisi tabliczka mnożenia. Pożałowała kurdupla… Cliff nie wystraszył się, spokojniutko zerżnął odpowiedź. I wszystko by było dobrze, gdyby Maria jak głupia po lekcjach nie pochwaliła się Karakanowi, że to ona uratowała go od pały. Cliff nie uwierzył, wtedy Maria jeszcze raz powiesiła przed nim tabliczkę mnożenia. Na zalanej słońcem ścianie szkolnego korytarza. Potem jeszcze powtórzyła swój numer przed całą klasą. Wdzięczności jej się zachciało, idiotce! A zamiast wdzięczności wyszła straszna kucha, aż się wspominać nie chce… Kilka dni później Karakan znowu poszedł do tablicy. Nie zdążył wyciągnąć graby po kredę, jak tablica z hukiem oderwała się od ściany. Nikt nie ucierpiał. Nikt nie połączył wydarzenia z Marią. Ale Guta, która pamiętała tajemnicze latające piwo i dlatego podejrzewała istnienie takiego związku, musiała szybko przenieść córkę do innej szkoły.
W nowej szkole okazało się, że kucha niczego Marii nie nauczyła. Było jeszcze gorzej. Nie próbowała nikomu pomóc, ale wśród uczniów już krążyły o niej legendy. Nie, nikt jej nie krzywdził. Bali się jej. Ale i nie kochali. Słusznie się bali, jasne jak oczy własne, słusznie. I nawet jeśli wujek Dick nie myli się co do natury ludzkiej — a niby czemu miałby się mylić? — to nie kochali też słusznie. Na szczęście ich niekochanie od pewnego czasu ani ją grzało, ani ziębiło. Przynajmniej nie dymiła czacha, jak od litości. A kiedy niekochanie zaczynało przeradzać się w nienawiść, Maria przekonała się, że ta nienawiść rodzi w niej moce.
Poszła do szkoły w tym samym roku, kiedy z zarośniętej sierścią Małpeczki stała się dziewczynką. Dzisiaj, po siedmiu latach, była już w ostatniej klasie. Chłopcy dokoła niej byli starsi o dwa lata. Maria nie tylko świetnie się uczyła, ale klawo tańczyła, śpiewała w dechę i nie mniej bombowo rysowała. Jej artystyczne zdolności wykorzystywano podczas szkolnych uroczystości. Lecz ciągle nie uznawali jej w szkole za swoją. Nawet chłopcy. Nie pomogło wcześniejsze dojrzewanie, a przecież było się tu czym pochwalić! Piętnastoletnie dziewczynki ciągle jeszcze były brzydkimi kaczątkami — takie tam brzydactwa z ostrymi łokciami i kolanami — a ona stała się dziewczyną z ładną twarzyczką i świetną figurą. Ojciec wie, co robi, kiedy klepie ją po pupie!
Zresztą i bez klapsów wiedziała, że jest pociągająca — nieraz słyszała, jak chłopcy nawijali o niej w męskim towarzystwie. Z daleka od „tej laski Shoehart” na całego chwalili się przed kolegami swoimi wyczynami. Wszyscy oni już nie raz i nie dwa posuwali ją i jeśli wierzyć ich szczegółowym opowieściom, „ta piętnastoletnia laska Shoehart to dajka, jakich mało”. A kiedy nawdycha się trawki — pełny odlot.
Nie pozostało nic innego, jak wykorzystać swoje wspaniałe możliwości w praktyce, więc nie dalej jak trzy dni temu, natchniona chłopięcym gadaniem, Maria postanowiła przystąpić do otwartego kuszenia.
Siedziała w świetlicy, odnawiając plakacik, z którym uczniowie zbierali datki dla dzieci byłych mieszkańców Zadżumionej Dzielnicy. A za ścianą czterech jej kolegów z klasy gadało o tym, która z dziewczyn jest najbardziej bombowa na materacu. Z wszystkich opowieści wynikało, że najbardziej bombowa jest Maria Shoehart. Nic dziwnego — z takimi buforami chodzi bez cyckonosza. Jasne jak oczy własne, że chłopcy przez te całe gadanie szybko się napalili. Wtedy ona pojawiła się przed ich zdumionymi oczyma. Szybko ściągnęła koszulkę, przeciągnęła się, popatrzyła na nich wyzywająco, oblizała wymalowane wargi… Boże, jak wzdrygnęli się ci nieszczęśnicy! Jak gdyby zobaczyli przed sobą leciwą wiedźmę ze zwisającymi starymi sakwami zamiast jej wspaniałych piersi!
Być może nie powinna była pojawiać się przed nimi, gdy byli we czworo. Ale gdyby w podobny sposób wpadła do nich do klasy każda inna dziewczyna, nie wzdrygaliby się…
Cóż, bogowie też wyciągają wnioski ze swoich błędów. Dzisiaj po zajęciach doczekała się, aż Albert Kingsley został sam. Siedemnastoletni Bert był faciem, z powodu którego szlochali nauczyciele, cała klasa i cała dzielnica.