Nieustraszony [Fearless - pl]
- Автор: Хемри Джон
- Серия: Zaginiona flota #2
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 978-83-7574-068-4
- Переводчик: Robert J. Szmidt
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Nieustraszony [Fearless - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie wie pani…
Aż spurpurowiała ze złości.
— Mężczyzna, którego kochałam ponad wszystko, także zginął, kapitanie Geary, był jeszcze jedną ofiarą tej bezsensownej wojny! Choć minęło już ponad dziesięć lat, pamiętam go tak wyraźnie, jakbyśmy rozstali się tylko na chwilę. Ale musiałam dokonać wyboru, czy moje serce ma umrzeć z nim czy zacząć żyć od nowa. I wiedziałam, czego on by pragnął. Nie przeczę, że to było trudne, ale w końcu udało mi się wrócić między żywych.
Geary po prostu nie wiedział, co powiedzieć.
— Tak mi przykro…
Złość opadła z niej błyskawicznie, pozostało jedynie zmęczenie.
— A niech cię szlag, Johnie Geary, jeszcze nikomu nie udało się wytrącić mnie z równowagi. Przynajmniej od jego śmierci.
— Ale dlaczego tak pani zależy? — zapytał, czując nagły przypływ ciekawości. — Dlaczego tak się pani przejmuje moją osobą? Tym, co myślę i co się ze mną stanie?
Teraz ona musiała się chwilę zastanowić nad odpowiedzią.
— Jest pan niezwykłym człowiekiem, kapitanie Geary. Chociaż potrafi pan też doprowadzić mnie do szewskiej pasji.
— Przecież pani mnie nienawidzi!
— Nigdy nie powiedziałam, że pana nienawidzę! — Rione wydarła się na niego, a potem nagle uśmiechnęła. — No, może to nie do końca prawda. W chwili gdy uznałam, że pan zdradził flotę i mnie okłamał, poczułam pewien rodzaj nienawiści.
— I oskarżyła mnie pani o zdradę, nie tylko floty, ale i siebie.
Rione przytaknęła.
— Jak już wspomniałam, uważałam wtedy, że manipulował pan mną z rozmysłem. A to oznaczało, że nie tylko moja duma ucierpiała. Ja w pana wierzyłam. Starałam się… roztoczyć nad panem opiekę.
Geary aż pokręcił głową ze zdumienia.
— Czy pani lubi mnie choć trochę?
Rione uniosła spojrzenie w górę, jakby błagając o pomoc.
— Potrafi pan tak doskonale koordynować działania floty, ale kiedy chodzi o uczucia innego człowieka, zachowuje się pan jak głupiec. Lubię pana od dość dawna, kapitanie Geary. Nie zareagowałabym tak ostro na myśl o pańskiej zdradzie, gdybym pana nie lubiła, choć przyznam, że rozsądek podpowiadał mi przez cały czas, żeby trzymać się od ludzi takich jak pan z daleka.
— Nie ufa mi pani, ale mnie pani lubi? — zapytał Geary, starając się ukryć zaskoczenie.
— Tak. Nigdy nie zaufam „Black Jackowi” Geary’emu — wyjaśniła spokojnie Rione. Z jakiegoś powodu uśmiechnęła się, mówiąc te słowa. — Ale polubiłam Johna Geary’ego. Pytanie tylko, którym z nich pan jest?
— Mam nadzieję, że Johnem, pani współprezydent.
— Pani współprezydent? Woli pan rozmawiać ze mną jak z politykiem? Jeśli zależy panu choć odrobinę na naszej przyjaźni, proszę zwracać się do mnie tak, jak robią to przyjaciele. Mam na imię Wiktoria!
Po raz kolejny Geary spojrzał na nią przenikliwie.
— Czy mi zależy? Oczywiście. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo tęsknię do naszych spotkań, dopóki nie zostały mi odebrane.
— Czekam… — powiedziała.
— Wiktorio.
— To nie było wcale takie trudne.
Geary uśmiechnął się pod nosem i usiadł. — Owszem, było.
— To powiedz to raz jeszcze. Powinno pójść łatwiej.
Przyglądał się jej, cały czas próbując dociec, jaki zamysł jej przyświeca.
— Dobrze, Wiktorio.
Usiadła naprzeciw niego z ponurą miną.
— Nie jesteś jedynym człowiekiem w tej flocie, który czuje się samotny. Nie jesteś jedynym, który pragnie towarzystwa.
— Domyślam się, ale znam tylko swoje uczucia. Tak bardzo mi brakowało rozmów z tobą…
— Dlaczego więc nigdy mi tego nie powiedziałeś? Geary pokręcił wolno głową, uśmiechając się nieśmiało.
— Wiesz doskonale dlaczego. Pomijając już fakt, że odmawiałaś rozmowy ze mną, jestem przecież dowódcą tej floty. Nie mogę pozwolić sobie na jakiekolwiek kontakty pozasłużbowe z podwładnymi, nawet jeśli wiem, że komuś na tym zależy. I muszę się trzymać tej zasady.
— Problem tylko w tym, że wszyscy ludzie w tej flocie są twoimi podwładnymi — zauważyła Rione. — Oprócz mnie. Ja nie podlegam pod tę kategorię.
— Racja… ale nawet tobie nie przychodzi lekko zapomnienie o mojej władzy. Tutaj nikt, kto spogląda na mnie, nie widzi tylko człowieka. Ma przed oczami komodora, dowódcę floty. Kogoś, kto może karać albo nagradzać wedle własnego widzimisię. I właśnie dlatego nie dopuszczam do siebie myśli o wykorzystaniu posiadanej władzy. Tak to wygląda.
— Oni widzą w tobie „Black Jacka”. — Rione spuentowała jego wypowiedź.
— Tak — przyznał Geary. — Będąc ideałem w każdym calu, „Black Jack” nigdy nie postąpiłby niewłaściwie. Nawet gdyby bardzo lubił jakąś kobietę.
— Naprawdę tak bardzo mnie lubisz?
Nie mógł oprzeć się uśmiechowi.
— Tylko wtedy, gdy nie doprowadzasz mnie do szewskiej pasji.
— Dlaczego więc boisz się to okazać, choćby teraz? Będziemy tylko gadali czy przejdziesz w końcu do czynu?
To spotkanie przyniosło wiele niespodzianek, ale ostatnie słowa Wiktorii wręcz nim wstrząsnęły. Wlepił w nią oczy i spytał:
— Słucham?
Ku jego jeszcze większemu zaskoczeniu roześmiała się.
— Przecież ustaliliśmy, że kontakty ze mną nie są zabronione. Ustaliliśmy również, że jesteśmy samotnymi ludźmi, którzy utracili swoich bliskich i potrzebują odrobiny pocieszenia. Oboje nosimy także brzemię władzy, której nie możemy przekazać innym. Dlatego uważam, że powinieneś pokazać mi, John, jak bardzo mnie lubisz.
Geary’emu zdawało się, że rozważył wszystkie możliwości rozwoju wydarzeń po skoku do systemu Sancere, ale czegoś podobnego nie brał nawet pod uwagę. Całkowicie rozbrojony takim obrotem spraw po prostu gapił się na nią.
Rione pokręciła głową, nie przestając się śmiać.
— Zachowujesz się tak, jakbyś nigdy wcześniej nie pocałował kobiety.
Nie było już żadnych niedomówień. Ona naprawdę tego chciała. Geary już dawno zrezygnował z myśli o fizycznych kontaktach, co zresztą odpowiadało emocjonalnej izolacji, w jaką popadł. Jednakże Rione najwyraźniej była innego zdania.
— Owszem, całowałem, ale to było całe sto lat temu…
— Mam nadzieję, że nie zapomniałeś, jak to się robi.
— Też mam taką nadzieję.
— No to do dzieła. Jak na bohatera, momentami potrafisz być mocno niezdecydowany.
Geary nie umiałby wyjaśnić, dlaczego czuje się tak, jakby faktycznie miał to być pierwszy pocałunek od stu lat.
— O co chodzi, pani współprezydent?
Rione wolno pokręciła głową, znów unosząc wzrok do góry, ale tym razem wydawało się, że jest to gest rozpaczy.
— Pani współprezydent nie ma zamiaru odpowiadać.
— Przepraszam. — Geary pojął aluzję. — Wiktorio, o co chodzi?
— Próbuję cię uwieść, Johnie Geary. Jeszcze się tego nie domyśliłeś? Jak to możliwe, że nie rozumiesz, o co mi chodzi, skoro potrafisz przewidzieć zachowania Syndyków na trzy skoki do przodu?
Nie spuszczając jej z oczu, odpowiedział:
— Syndycy są znacznie łatwiejsi do przejrzenia. Dlaczego, Wiktorio?
Westchnęła głośno.
— Jesteś chyba jedynym marynarzem wszechświata, który zadaje to pytanie przed zbliżeniem zamiast po nim. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że oboje wpatrywaliśmy się dzisiaj w nieskończoność i przeżyliśmy? Czy to ma jakiekolwiek znaczenie?
Geary potrzebował chwili, żeby pozbierać myśli.
— Sądzę, że ma. Choćby dlatego, że ty się dla mnie liczysz.