Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Arivald z Wybrzeża
Arivald z Wybrzeża - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Arivald z Wybrzeża

Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:

Mimo podeszłego wieku, obdarzony nadzwyczajną siłą fizyczną i niemałymi (chociaż nie popartymi gruntownymi studiami) zdolnościami czarodziejskimi Arivald wiedzie żywot, jakiego nie powstydziłby się znacznie młodszy miłośnik kobiet i mocnych trunków. Ochoczo stawia czoło danskarskim piratom, rozprawia się z wampirami, spieszy z odsieczą księżniczkom uwięzionym w innym wymiarze, wyjaśnia zagadkę złowieszczych kopalń Ghorlagru. Z pewnością trudno by go nazwać ozdobą salonów, ale i jemu niezbyt tam było spieszno: po dniu pełnym przygód najchętniej zasiada w gospodzie przy suto zastawionym stole, z wiernymi kompanami u boku, i snuje opowieści o swych nadzwyczajnych dokonaniach, zerkając z ukontentowaniem na urodziwą karczmarkę…
1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 79
Перейти на страницу:

Arivald szykował się właśnie do uroczystej kolacji, na której w obecności zagranicznych posłów miała być oficjalnie podpisana umowa oraz traktat pokojowy, kiedy drzwi w pokoju obok trzasnęły z potężnym hukiem. Za moment do komnaty czarodzieja wpadł oszalały z gniewu baron Dragostas. Jego zwykle czerwona twarz teraz nabiegła już krwistą purpurą, jakby za chwilę miał dostać apopleksji.

– Zdrajco! – wrzasnął i runął na czarodzieja jak skłuty ostrzami byk.

Arivald, jak to najczęściej bywało w tego rodzaju nagłych niebezpieczeństwach, nie skorzystał z dobrodziejstwa magii. Zwinnie uchylił się przed ciosem barona, a sam wymierzył mu cios pięścią prosto w serce. Nie za mocny, aby nie zabić. Już uderzając zdał sobie sprawę, iż cios może okazać się średnio skuteczny, jeżeli Dragostas włożył kolczugę. Na szczęście baron nie był na tyle przewidujący. Siadł ciężko na ziemi, z trudem łapiąc powietrze. Arivald usiadł spokojnie i pozwolił Dragostasowi wrócić do sił. Trwało to dłuższą chwilę, a tym razem baron przypominał nie byka, lecz ogromnego suma, którego odpływ zostawił na brzegu i który rozpaczliwie zastanawia się, gdzie jest woda.

– Już? – zapytał Arivald, kiedy zobaczył, że Dragostas sprawia wrażenie nieco przytomniejszego.

Baron ponuro skinął głową i dowlókł się do najbliższego fotela.

– Cóżeś ty zrobił, głupi człowieku? – rzekł w końcu. – Uratowałeś te cholerne wiedźmy!

– A co ci do tego? – równie niegrzecznie zapytał czarodziej.

– Te suki, te dziwki z piekła rodem podsunęły mi kobietę – chwilę ciężko oddychał – a ja się z nią ożeniłem…

– Twoja żona? – Arivald osłupiał. – Ta, którą kazałeś zamurować w wieży?

– Ta sama – warknął baron – pomiot tej ich przeklętej osady. A diabeł wie, jak wiele tych suk rozesłano po całym świecie…

– Co takiego?!

– Co takiego?! – przedrzeźniał go baron. – Czy tylko ty jesteś taki tępy, czy wy wszyscy w Silmanionie macie mózgi wyżarte przez robaki? A jak myślisz, po co jest ta ich osada? Wychowują piękne dziewczyny, uczą je nie tylko tych suczych czarów, ale i dobrych manier, a potem wysyłają na dwory. To już załatwiała ta dziwka Vendia. A taka suka jedna z drugą zaraz łapie bogatego i wpływowego męża. Ja, ja – walnął się w pierś – ja dałem się podejść tym dziwkom!

– Nie ty jeden – rzekł zimno Arivald – ale dlaczego mi nie powiedziałeś, na Boga? Wtedy, poprzednim razem?

– Sam lubię załatwiać swoje sprawy – wzruszył ramionami Dragostas.

– Co byś z nimi zrobił? – po chwili milczenia zapytał Arivald.

– Nie chciałbyś tego wiedzieć – baron błysnął zdumiewająco białymi zębami – ale te suki umierałyby tak długo, że śmierć stałaby się ich najsłodszym marzeniem. Oddaj mi wyspę! – dodał po chwili nieco spokojniejszym tonem. – Dam ci wszystko, czego zechcesz. Wiem, że masz prawo to zrobić!

– Mam – skinął głową Arivald – ale nie zrobię. A wiesz dlaczego?

Dragostas spojrzał na niego bez słowa.

– Bo to już jest moja sprawa. Nie lubię być oszukiwany, a dałem się zwieść bajkom. Zresztą – dodał uczciwie – częściowo prawdziwym bajkom. Teraz ta wyspa to jest już mój problem. Powiedz mi tylko: zabiłeś Vendię?

– Oczywiście, że zabiłem tę sukę. – Dragostas uśmiechnął się na wspomnienie tamtej nocy. – I nie pomogły jej wiedźmie czary. Widziałem, jak gasną te przeklęte oczy, a ja dusiłem, dusiłem i dusiłem…

– Odejdź – powiedział czarodziej, bo wiedział już wszystko, co chciał wiedzieć. – Dość usłyszałem.

Dragostas wstał ciężko.

– Będę polował na nie, czarodzieju. A ty mi w tym już nie przeszkodzisz.

Vigarelli siedział sam i popijał wino pogrążony w lekturze jakiegoś wyjątkowo grubego tomiszcza.

– Dostojny Arivald – doża wstał uprzejmie z krzesła – miło pana widzieć, przyjacielu.

Na biurku doży leżały dwa listy gotowe do wysłania, zalakowane i zapieczętowane.

– Rozkazy ewakuacji? – zapytał Arivald.

– Słucham?

– Podejrzewam, iż to rozkaz, by przewieźć wszystkie wiedźmy. Gdzie tym razem?

Na blade policzki doży powoli wypełzł rumieniec.

– Nie rozumiem…

– Doskonale rozumiesz – przerwał mu Arivald. – Szatański pomysł. I skuteczny. Byłby skuteczny, gdyby nie Dragostas.

– Jeżeli ten nędznik naopowiadał panu…

– I owszem – znowu nie dał dokończyć doży Arivald – powiedział o parę słów za dużo. Opowiedział, z jaką to radością dusił Vendię…

– Nie chcę tego słuchać!

– …z jaką to radością dusił Vendię – powtórzył czarodziej – a ona przecież nie została uduszona! Spostrzegawczy młody lekarz dostrzegł, iż chusta została zadzierzgnięta tylko dla zmylenia tych, którzy znajdą ciało. Kto więc zabił wiedźmę?

Doża wpatrywał się w Arivalda jak w upiora.

– Zabił ją sam dostojny doża – odpowiedział sobie Arivald – patron i kochanek. A dlaczego? Czyżby zaprotestowała przeciwko wysyłaniu coraz to większej liczby młodych wiedźm na dwory? Czyżby obawiała się, iż jeśli sprawa się wyda, to wiedźmy zostaną bezlitośnie zlikwidowane? Wszystkie wiedźmy. A nikt oczywiście nie będzie podejrzewał dostojnego doży. Czy dobrze myślę? Vendia mogła mi powiedzieć o wszystkim, prawda? Tylko że nie miała do mnie zaufania. Bała się. A jako jedyna kobieta z wyspy wiedziała, co naprawdę się dzieje. Tymczasem doża nie mógł dopuścić, by wydała się tajemnica, która bardzo, ale to bardzo drogo by go kosztowała.

Vigarelli opanował się już i roześmiał sztucznie.

– Nie interesują mnie pańskie przypuszczenia, myśli i insynuacje. Czy zdaje pan sobie sprawę, iż mówi do doży Republiki? Wasze Bractwo nie ma i nigdy nie będzie miało władzy ani nade mną, ani nad moim państwem. A teraz pozwoli pan… – jednoznacznie wskazał w stronę drzwi.

– Chciałbym, aby ta sprawa miała inny koniec – rzekł smutno Arivald. – Musi pan wiedzieć, dożo, iż w pewnych wypadkach mamy prawo do, nazwijmy to, ingerencji. To bardzo rzadkie wypadki, lecz ten się do nich zalicza.

– O czym pan mówi?

Wtedy Arivald wyciągnął różdżkę i wypowiedział zaklęcie, które wcześniej przygotował w swym pokoju. Zaklęcie, które wypowiadać powinno się jedynie w sytuacji krytycznej. Ale cóż, właśnie taka była ta sytuacja. Doża ze zdumieniem na twarzy osunął się na podłogę. Arivald go nie zabił. Nie dawał sobie prawa odbierania życia innym ludziom, a przynajmniej nie dawał go sobie zbyt często. Ale na pewno Vigarelli nie będzie już sprawiał kłopotów. Arivald zabrał zalakowane listy ze stołu i wyszedł.

Doża spóźniał się na kolację. Opóźnienie było już tak znaczne, że graniczyło z obelgą. Goście siedzieli wściekli i głodni przy suto zastawionych stołach, a Riherius współczującym wzrokiem przyglądał się wszystkim, wiedząc, iż niechęć do Vigarellego jest dla niego dobrą lokatą kapitału. Nagle do komnaty wszedł czarno ubrany doradca doży, którego twarz była jeszcze bledsza niż zazwyczaj. Nie przestrzegając żadnych konwenansów, podszedł do mistrza Eren vard Dina i zaczął coś szybko szeptać mu na ucho. Vard Din słuchał go najpierw z niechęcią, a potem z coraz bardziej rosnącym zdumieniem.

– Panowie – rzekł w końcu, zwracając się do Riheriusa i Arivalda – proszę za mną.

Książę rozłożył ręce gestem, który miał oznaczać: nie wiem, co tu się wyprawia, ale wierzcie mi, iż nie podoba mi się to tak samo jak wam. Wstał wraz z czarodziejem i Eren vard Dinem. Za nim podniósł się, nieodłączny jak cień, minister o trudnym do zapamiętania imieniu.

– Co się stało, u diabła? – kiedy wyszli z komnaty, Riherius nie starał się już być grzeczny.

– Chodźcie – odparł tylko Eren vard Din – sam tak naprawdę nie wiem, co tu się…

1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 79
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)