Arivald z Wybrzeża
- Автор: Пекара Яцек
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Arivald z Wybrzeża». Краткое содержание книги:
Resztę drogi do komnaty Vigarellego przebyli w milczeniu. Zobaczyli dożę siedzącego na ziemi i z debilnym wyrazem twarzy usiłującego dłubać w nosie palcem obnażonej lewej stopy. Eren vard Din i Riherius zaniemówili. Książę nawet się nie roześmiał, tak był zdumiony.
– Ga? – zapytał doża opuszczając nogę i z niejakim zainteresowaniem przyglądając się gościom.
– Obawiam się, dostojni panowie, że Jego Ekscelencja nie podpisze dziś traktatu – zduszonym i urywanym głosem rzekł ubrany na czarno doradca.
– Obawiam się, że najpierw będzie musiał nauczyć się pisać – odparł Arivald, patrząc, jak doża usiłuje wcisnąć na dłoń pantofel z fantazyjnie zakręconym noskiem.
Odwrócił się od mistrza i księcia stojących nadal w osłupieniu. Klepnął ministra w ramię.
– Chodźmy się napić, Ran – powiedział, bo wreszcie, nieoczekiwanie, przypomniał sobie, jak brzmi imię ministra.
Ani słowa prawdy
Wyrknuh miał skołtunioną siwą brodę i twarz jak pień zeschłego drzewa. Był bardzo stary nawet jak na krasnoluda, a poza tym chytry, skąpy i podejrzliwy.
– Chcesz to dla nas zrobić czy nie? – warknął, macając dłonią stylisko topora.
Arivald nie przejął się tą niezawoalowaną pogróżką. Dobrze wiedział, że takie są obyczaje wśród krasnoludów, dobrze też wiedział, że użycie siły poniżyłoby Wyrknuha w oczach jego współplemieńców. Krasnoludy bowiem ceniły chytrość i przebiegłość, a nie ślepą siłę. No, nie były od tego, by kogoś czasem pomacać młotem czy toporem, ale handel, twierdziły, powinien opierać się na kupieckich zdolnościach, a nie sile mięśni. Dlatego też używanie przemocy było odbierane jako nieumiejętność targowania się. A czy porządny krasnoludzki kupiec lub przedsiębiorca mógłby nie umieć się targować?
– Cena – czarodziej rozłożył dłonie. – Wszystko jest kwestią ceny.
– Jasne, jasne. – Wyrknuh zręcznie złapał wesz bobrującą mu w brodzie i rozgniótł ją zębami. Spode łba przyglądał się, jakie wrażenie wywrze to na Arivaldzie. Nie wywarło żadnego.
– Wy, czarodzieje – burknął z pogardą. – Chciwa swołocz, ot co powiem.
– Pewnie, gdzie nam do hojności i rozrzutności krasnoludów – przytaknął z powagą Arivald.
Wyrknuh zerknął na niego podejrzliwie, nie wiedząc, czy wziąć te słowa za dobrą monetę. Do licznych wad krasnoludów należał też zupełny brak poczucia humoru, a najwięksi kawalarze spośród nich sądzili, że szczytem dobrej zabawy jest głośne pierdnięcie w towarzystwie.
– Nie starcza ci, że zyskasz sławę? Że będą pieśni o tobie śpiewać?
– Sławą jakoś nikt się jeszcze do syta nie najadł – odparł czarodziej – a co do pieśni, to starczy mi tych, co już o mnie śpiewają.
– Tak, tak – mruknął Wyrknuh – sam kilka słyszałem. Wszystko to bzdury. O smoku, o Dagolarze, o trollu i takie tam jeszcze. No to ile chcesz?
Arivald podrapał się po brodzie. Okazywało się, że krasnolud sporo wie o jego niedawnych osiągnięciach. Cenę więc można było spokojnie podbić. Arivaldowi nie zależało wprawdzie na pieniądzach, ale na informacjach, mapach i samej możliwości wejścia do kopalni Starego Ghorlargu. No, ale gdyby o tym powiedział, krasnoludy kazałyby mu jeszcze dopłacić.
– W złocie czy dukatach? – zapytał.
– W czymkolwiek.
– Trzysta dukatów. Tylko targenckich, a nie wolgrodzkich ani dunheimskich, bo te nie trzymają wagi. I żeby nie były rżnięte po brzegach.
– Trzysta dukatów. – Wyrknuh obnażył w złym uśmiechu żółte łopaty zębów. – A co powiesz na trzysta kopów w zadek?
Arivald chuchnął w dłonie, bo pod wieczór robiło się coraz chłodniej.
– Zawsze możecie poszukać sobie kogoś innego – powiedział obojętnym tonem – a jak wiem, to już szukaliście.
Wyrknuh charknął pod drzewo i poszturchał ognisko kijem. Płomień leniwie polizał szczapy.
– Dużo wiesz, co?
– Może nie wszystko. Ale gadaliście z Balardem i roześmiał się wam w twarz. Ba, próbowaliście dotrzeć do Panienki, do Galladrina, znaczy, aleście go nie znaleźli. A co powiedział Fornagert?
– Fornagert powiedział, że to robota dla czarodzieja – rzekł krasnolud – a Balard, że dla wojownika, a Smykda, że dla kapłana. Wszyscy tylko że nie dla nich. A ja mam straty! – wrzasnął nagle. – Górnicy mi, cholera, strajkują! Jak tak dalej pójdzie, to przyjdzie iść na żebry!
– Nie przesadzaj – wzruszył ramionami Arivald – co to dla ciebie ta jedna kopalnia? A dziwisz się, że strajkują? Jak wysłałeś łamistrajków, to wróciła połowa. Masz następnych chętnych?
Wyrknuh przełamał kij na połowę, a potem połówki znowu na połowę i tak dalej, póki nie zostały mu króciutkie złomki, które wrzucił w ogień. Kij był grubości dwóch palców, ale krasnolud zrobił to bez wysiłku. Czarodziej musiał przyznać, że Wyrknuh nie należy do słabeuszy. Zresztą jak wszystkie krasnoludy.
– Co tam się uległo? – zachodził w głowę Wyrknuh, drapiąc się po brodzie.
– Mówiliśmy od lat: nie ruszajcie Starego Ghorlargu. To nie. Musiałeś wleźć ze swoimi górnikami – zeźlił się Arivald – a potem jak trwoga, to do czarodziei.
Wyrknuh złapał następną wesz i tym razem rozgniótł ją pomiędzy paznokciami.
– No więc, co powiesz, mądry czarodzieju? – spytał szyderczym tonem. – Masz chociaż blade pojęcie, co tam jest?
– Albo kto tam jest. Różnie może być. Skąd mam wiedzieć, skoro nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał i nawet trupów nie znaleźliście.
– Demony by ci nie powiedziały? – zerknął chytrze Wyrknuh. Arivald roześmiał się szczerze.
– Tego by jeszcze brakowało, żebym wzywał demony w Starym Ghorlargu. Czy ja wyglądam na samobójcę?
– Czarodzieje! – westchnął krasnolud. – Nawet gadają to samo.
– Więc będzie trzysta czy nie? – powrócił do konkretów Arivald.
– Góra sto, w trzech ratach. Pierwszą wypłacimy… Arivald nie chciał się dowiedzieć, kiedy krasnoludy wypłacą pierwszą ratę. Wstał więc.
– Tak nie można – obruszył się Wyrknuh – targowanie się jest istotą handlu.
– Trzysta – powtórzył twardo Arivald.
– Nie mogłeś od razu powiedzieć, że pięćset? – zapytał ponuro krasnolud. – Potargowalibyśmy się i zeszłoby do trzystu.
– Możesz im powiedzieć, że chciałem pięćset – czarodziej pokazał na siedzące kilkanaście metrów dalej krasnoludy.
– Potwierdzisz? – nieufnie upewnił się Wyrknuh. Arivald skinął głową.
– Potwierdzę – przyrzekł i wyciągnął dłoń. – Stoi trzysta?
– Stoi – burknął krasnolud – tylko nawet nie myśl o zaliczce – dodał i chwycił dłoń czarodzieja w swe sękate paluchy.
Pomyślał, że troszkę przyciśnie. Nie żeby zrobić krzywdę, ale żeby zabolało.
– Puść, cholera – jęknął po chwili i spojrzał na Arivalda z nowym szacunkiem. – Czar jakiś, czyś naprawdę taki mocny?
– Daj mi tu ludzi, którzy najlepiej znają kopalnie. I mapy, oczywiście. Zaczynamy pracę – zbył go Arivald.
Wyrknuh pokiwał siwą głową.
– To lubię – powiedział. – Tempo. E! – zawołał w stronę krasnoludów.
Jeden z siedzących przy ognisku podniósł się i zbliżył wolnym krokiem. Czarodzieja nieco zdziwiło, skąd krasnoludy wiedziały, którego z nich przywołuje ten okrzyk „e!”, ale może Wyrknuh ustalił z nimi przedtem, kto w wypadku pomyślnych negocjacji ma wspomóc czarodzieja.
– To jest Hremarg Ostrogłów, syn Grymarga, wnuk Kordana Siwej Burzy – przedstawił Wyrknuh przybysza.
Arivald wstał, jak wymagała tego uprzejmość, i uścisnął dłoń krasnoluda. Hremarg wyglądał dość młodo, najwyżej na jakieś pięćdziesiąt lat i był nadspodziewanie wytwornie ubrany. Na kolczugę miał narzucony podbijany kunim futrem czysty i nie połatany płaszcz, a na nogach botforty ze świetnie wyprawionej jeleniej skóry. Wyglądał również całkiem okazale z brodą zaplecioną w dwa równe warkocze, z włosami mocno ściągniętymi do tyłu, namaszczonymi tłuszczem i pokrytymi orzechową farbą. Na środkowym palcu prawej dłoni miał pierścień z ogromnym szmaragdem, a przynajmniej czymś, co według Arivalda (który nie znał się dobrze na szlachetnych kamieniach) na szmaragd wyglądało. No, ale skoro był wnukiem samego Kordana Siwej Burzy, jednego z wielkich krasnoludzkich wodzów…