Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
— Dziękuję, ale wolę wyjść.
Bankier opuścił skarbiec i stanął odwrócony plecami do metalowych prętów. March spojrzał na Charlie i podał jej klucz.
— Ty to zrób.
— Drżą mi ręce.
Włożyła klucz do zamka. Obrócił się całkiem łatwo. Otworzyła się tylna ścianka pojemnika. Maquire sięgnęła do środka. Na jej twarzy odmalowało się zdumienie, a potem rozczarowanie.
— Chyba nic tu nie ma… — Wyraz jej twarzy zmienił się. — Nie, coś jest…
Uśmiechnęła się i wyciągnęła płaskie kwadratowe pudło, mniej więcej pięćdziesiąt centymetrów szerokie i pięć centymetrów grube. Do zapieczętowanej czerwonym lakiem pokrywki przyklejona była kartka z wystukanym na maszynie napisem: „Własność Archiwum Traktatowego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeszy”. Niżej, gotyckimi literami: „Geheime Reichssache”. Tajny dokument państwowy.
Traktat?
Xavier złamał pieczęć, używając klucza. Podniósł pokrywkę. Z wnętrza uniósł się zapach pleśni i kadzidła.
Przejechał kolejny tramwaj. Zaugg wciąż nucił, dzwoniąc kluczami. W środku pudła leżał owinięty w ceratę jakiś przedmiot. March wyjął go i położył na stole. Odwinął ceratę: miał przed sobą drewnianą płytę, podrapaną i starą; z odłamanym z jednej strony rogiem. Obrócił ją.
— Jakie to piękne — szepnęła stojąca obok niego Charlie.
Brzegi płyty były nierówne, tak jakby wyrwano ją z oprawy. Ale sam portret był doskonale zachowany. Młoda, patrząca w prawo piękna kobieta z jasnobrązowymi oczyma i podwójnym sznurem czarnych pereł na szyi. Dotykała wąskimi arystokratycznymi palcami białego futra siedzącego jej na ręku małego zwierzęcia. To nie był pies; zwierzę bardziej przypominało łasicę.
Charlie miała rację. Obraz był piękny. Zdawał się wchłaniać palące się w piwnicy światło i wypromieniowywać je z powrotem. Od bladej skóry dziewczyny bił anielski blask.
— Co to jest? — zapytała Charlie.
— Bóg jeden wie. — Xavier poczuł się w niejasny sposób oszukany. Czyżby skrytka nie była niczym więcej jak przedłużeniem skarbca Buhlera? — Znasz się trochę na sztuce?
— Niezbyt wiele. Ale obraz wydaje mi się znajomy. Mogę? — Wzięła go od niego i wyciągnęła na długość ręki. — To chyba szkoła włoska. Widzisz jej suknię? Kwadratowe wycięcie dekoltu, rękawy. Moim zdaniem to Renesans. Bardzo stary i na pewno prawdziwy.
— I na pewno kradziony. Włóż go z powrotem.
— Musimy?
— Oczywiście. Chyba że opowiesz jakąś przekonywającą historyjkę celnikom na berlińskim lotnisku.
Kolejny obraz: i to wszystko. Klnąc pod nosem March przesunął rękoma po ceracie, sprawdził tekturowe pudło. Obrócił do góry dnem metalowy pojemnik i potrząsnął nim. Nic. Pusta skrytka drwiła sobie z niego. Czego się spodziewał? Nie miał pojęcia. Ale na pewno czegoś bardziej określonego niż to.
— Musimy iść — powiedział.
— Chwileczkę.
Charlie oparła obraz o pojemnik, ukucnęła i zrobiła pół tuzina fotografii. Potem owinęła go ponownie w ceratę, włożyła z powrotem do pojemnika i przekręciła klucz w zamku.
— Już skończyliśmy, Herr Zaugg! — zawołał March. — Dziękuję.
Zaugg i strażnik pojawili się ponownie — trochę zbyt szybko, pomyślał March. Domyślał się, że bankier wiele by oddał, żeby ich podsłuchać.
Mały Szwajcar zatarł ręce.
— Mam nadzieję, że pan zadowolony?
— Całkowicie.
Strażnik wsunął pojemnik z powrotem w otwór, Zaugg zamknął drzwiczki i renesansowy obraz zniknął w ciemności. „Mamy tutaj skrytki, których nikt nie otwierał od pięćdziesięciu i więcej lat…” Czy minie pół wieku, zanim ktoś ponownie zatrzyma na nim oko?
W windzie panowała cisza. Bankier odprowadził ich aż do drzwi wyjściowych.
— Tutaj powiemy sobie chyba do widzenia — rzekł, podając im kolejno rękę.
March czuł, że powinien powiedzieć coś więcej, spróbować jakiejś sztuczki.
— Muszę pana ostrzec, Herr Zaugg, że w zeszłym tygodniu zostali zamordowani dwaj współwłaściciele tego konta. Sam Martin Luther zaginął bez wieści.
Bankier nawet nie mrugnął.
— Mój Boże. Starzy klienci odchodzą, a na ich miejsce — wskazał ręką Marcha i Charlie — przychodzą nowi. I tak już jest. Jednego może pan być pewien, Herr March: niezależnie od tego, kto wygra kolejną wojnę, kiedy rozwieją się bitewne dymy, w szwajcarskich kantonach wciąż istnieć będą banki. Żegnam państwa.
Wyszli na ulicę; zamykały się za nimi drzwi, wtedy Charlie nagle zawołała:
— Herr Zaugg!
Jego twarz ukazała się w szparze i zanim zdążył się cofnąć, pstryknęła migawka aparatu. I tak został uwieczniony: z wytrzeszczonymi oczyma i szeroko otwartymi z oburzenia małymi ustami.
Züricher See spowite było w błękitnej mgle niczym na obrazku z bajki — krajobraz, z którego powinny się wynurzyć morskie potwory, a potem szlachetni, walczący z nimi rycerze. Gdyby tylko świat był taki, jaki nam obiecano, pomyślał March. Z oparów wyłoniłyby się wtedy zamki ze strzelistymi wieżyczkami.
Trzymając przy nogach walizkę, opierał się o wilgotną kamienną balustradę naprzeciwko hotelu. Charlie płaciła rachunek.
Żałował, że nie mogą zostać dłużej — zabrałby ją na przejażdżkę po jeziorze, na spacer po mieście i po pobliskich wzgórzach. Na kolację zapraszałby ją na stare miasto; a każdego wieczoru wracaliby razem do jego pokoju, żeby kochać się, słuchając szumu jeziora. Marzenie… Z lewej strony, w odległości pięćdziesięciu metrów, siedzieli poziewując w swoich samochodach jego opiekunowie ze Swiss Polizei.
Przed wielu laty, kiedy March był młodym detektywem w hamburskim Kripo, kazano mu eskortować odsiadującego dożywotni wyrok więźnia, któremu udzielono specjalnej jednodniowej przepustki. Wiadomość o procesie ukazała się w gazetach; przeczytała ją sympatia więźnia z dzieciństwa. Napisała do niego, a potem odwiedziła w więzieniu; w końcu zgodziła się wyjść za niego za mąż. Cała sprawa poruszyła tak żywą w niemieckiej duszy sentymentalną strunę. Zorganizowano kampanię na rzecz doprowadzenia do skutku ślubnej ceremonii. Władze ugięły się. I March zabrał go na ślub i niczym jakiś niezwykle czujny drużba stał przykuty do niego kajdankami podczas całej mszy, a nawet podczas robienia ślubnych zdjęć.
Wesele odbyło się w ponurej przykościelnej sali. Kiedy zbliżało się do końca, pan młody szepnął, że obok jest składzik z matą na podłodze i że ksiądz nie robi żadnych obiekcji… A March — wówczas sam młody żonkoś — sprawdził składzik, przekonał się, że nie ma w nim żadnych okien, i na dwadzieścia minut zostawił więźnia i jego żonę samych. Ksiądz — który trzydzieści lat spędził jako kapelan w hamburskich dokach i niejedno w życiu widział — z poważną miną mrugnął do niego okiem.
W drodze powrotnej, kiedy zobaczyli wysokie mury więzienia, March oczekiwał, że pan młody będzie załamany, że poprosi o jeszcze trochę czasu albo nawet spróbuje dać drapaka. Nic z tych rzeczy. Facet z uśmiechem skończył swoje cygaro. Stojąc teraz przy brzegu Zürich See, March uświadomił sobie, co czuł wtedy jego więzień. Wystarczyło przekonać się o tym, że możliwe jest inne życie; wystarczył jeden dzień.
Poczuł, że podchodzi do niego Charlie. Stanęła z boku i pocałowała go lekko w policzek.
Półki sklepu na zuryskim lotnisku uginały się pod ciężarem kolorowych prezentów: zegarów z kukułką, miniaturowych nart, popielniczek z wymalowanym w środku Matterhornem i niezliczonych czekoladek. March wybrał bombonierkę z pozytywką i umieszczonym na pokrywce napisem: „Najlepsze życzenia urodzinowe dla naszego ukochanego Führera, 1964”. Przy ladzie czekała na niego pulchna sprzedawczyni w średnim wieku.