Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
— Amerykanka.
— A! Znakomicie. Zawsze miło jest spotkać się z naszymi amerykańskimi przyjaciółmi. — Przypominał porcelanową lalkę: srebrzyste włosy, błyszcząca różowa twarz, drobne dłonie i stopy. Ubrany był w nieskazitelnie czarny garnitur, białą koszulę, perłowoszary krawat. — Jak rozumiem, macie państwo niezbędne upoważnienie?
March podał mu pismo. Zaugg zbliżył je szybko do światła i przyjrzał się podpisowi.
— Istotnie. Moja ręka. Z lat młodości. Obawiam się, że od tamtych czasów mój charakter pisma znacznie się pogorszył. Proszę za mną.
W gabinecie wskazał im obitą białą skórą niską sofę. Sam usiadł za biurkiem. Teraz miał nad nimi przewagę kilkunastu centymetrów — najstarszy pod słońcem trik.
March postanowił zagrać w otwarte karty.
— Wczoraj wieczorem spacerowaliśmy obok pańskiej rezydencji. Pański dom jest bardzo dobrze strzeżony.
Zaugg splótł dłonie na biurku. Jego kciuki uniosły się w wymijającym geście, tak jakby chciał powiedzieć: wiecie, jak to jest.
— Dowiedziałem się od moich wspólników, że wy również jesteście dobrze chronieni. Czy to wizyta oficjalna, czy prywatna?
— I taka, i taka. A właściwie ani oficjalna, ani prywatna.
— Nie po raz pierwszy mam do czynienia z taką sytuacją. Teraz zapewne powie mi pan, że to „delikatna sprawa”… — To delikatna sprawa.
— Moja specjalność. — Bankier poprawił mankiety. — Czasami wydaje mi się, że przez ten gabinet przesunęła się cała historia dwudziestowiecznej Europy. W latach trzydziestych w miejscu, gdzie teraz siedzicie, widziałem żydowskich uchodźców: często żałosne istoty ściskające w rękach to, co udało im się ocalić z pożogi. W ślad za nimi pojawiali się na ogół dżentelmeni z Gestapo. W latach czterdziestych ich miejsce zajęli niemieccy dygnitarze, którzy… jak by tu powiedzieć… całkiem niedawno weszli w posiadanie pokaźnych fortun. Czasami ci sami osobnicy, którzy jeszcze niedawno przychodzili likwidować konta innych, pojawiali się tu, żeby zakładać swoje własne. W latach pięćdziesiątych mieliśmy do czynienia ze spadkobiercami tych, którzy zniknęli w latach czterdziestych. Teraz, w latach sześćdziesiątych, kiedy dwa wasze wielkie kraje po raz kolejny zbliżyły się do siebie, przewiduję wzrost transakcji z klientami amerykańskimi. Lata siedemdziesiąte zostawiam memu synowi.
— Jaki zakres ma nasze upoważnienie? — zapytał March.
— Macie kluczyk? March kiwnął głową.
— W takim razie dysponujecie pełnym dostępem do skrytki.
— Najpierw chcielibyśmy poznać dokumentację.
— Proszę bardzo. — Zaugg przyglądał się przez chwilę upoważnieniu, po czym podniósł słuchawkę telefonu. — Fräulein Graf, proszę przynieść dokumentację skrytki numer dwadzieścia cztery zero dwa.
Minutę później do gabinetu weszła kobieta w średnim wieku, niosąc cienki brązowy skoroszyt. Podała go bankierowi.
— Co chcecie wiedzieć? — zapytał.
— Kiedy założono konto? Zajrzał do papierów.
— W lipcu tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku. Dokładnie ósmego lipca.
— Kto je założył?
Zaugg zawahał się. Był niczym skąpiec niechętnie rozstający się z bezcennymi skarbami; udzielanie każdej informacji sprawiało mu niemal fizyczny ból. Ale ustalone przez niego samego reguły nie dawały mu żadnego wyboru.
— Herr Martin Luther — wykrztusił w końcu. March robił notatki.
— Na jakich warunkach?
— Jedna skrytka. Cztery klucze.
— Cztery klucze? — March uniósł brwi. Jeden klucz był dla samego Luthera, dwa następne najprawdopodobniej dla Buhlera i Stuckarta. Dla kogo przeznaczony był czwarty? — Kto je otrzymał?
— Wszystkie wydano panu Lutherowi, razem z czterema upoważnieniami. Co z nimi zrobił, to oczywiście nie nasza sprawa. Zdaje pan sobie sprawę, że był to specjalny rodzaj konta, założony podczas wojny w ekstremalnych warunkach. Jego celem była ochrona anonimowości klienta, a także, w wypadku gdyby coś mu się stało, umożliwienie dostępu do skrytki wszelkiego rodzaju spadkobiercom i beneficjantom.
— Jak zapłacił za skrytkę?
— Gotówką. Za trzydzieści lat. Z góry. Nie musi się pan obawiać, Herr March, nie trzeba nic płacić aż do roku siedemdziesiątego drugiego.
— Czy ma pan dokumentację obsługi konta? — zapytała Charlie.
— Wyłącznie daty, kiedy otwierana była skrytka — odparł bankier.
— Kiedy to było?
— Ósmego lipca tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego. Siedemnastego grudnia czterdziestego drugiego. Dziewiątego sierpnia czterdziestego trzeciego. Trzynastego kwietnia sześćdziesiątego czwartego.
Trzynastego kwietnia! Marchowi ledwo udało się stłumić okrzyk triumfu. Jego domysły były trafne. Luther przyleciał do Zurychu na początku tego tygodnia. Zapisał daty w notesie.
— Tylko cztery razy? — zapytał.
— Zgadza się.
— Do ostatniego poniedziałku skrytka nie była otwierana przez prawie dwadzieścia jeden lat?
— Na to wskazują daty. — Zaugg zamknął ze zniecierpliwieniem skoroszyt. — Mógłbym dodać, że nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Mamy skrytki, których nikt nie otwierał od pięćdziesięciu i więcej lat.
— To pan ją zakładał?
— Tak.
— Czy Herr Luther powiedział, dlaczego chce ją otworzyć bądź dlaczego potrzebuje tego szczególnego rodzaju konta?
— Przywilej klienta.
— Słucham?
— To informacja, do której ma dostęp tylko bankier i jego klient.
— Ale my też jesteśmy pańskimi klientami — przerwała mu Charlie.
— Bynajmniej, Fräulein Maguire. Jesteście państwo beneficjantami mego klienta. Ważne rozróżnienie.
— Czy Herr Luther za każdym razem osobiście otwierał skrytkę? — zapytał March.
— Przywilej klienta.
— Czy to Luther otworzył skrytkę w poniedziałek? W jakim był nastroju?
— Przywilej klienta, przywilej klienta. — Bankier podniósł w górę ręce. — Możemy się tak bawić przez cały dzień. Nie tylko nie mam obowiązku przekazywać wam tych informacji, ale stanowiłoby to w istocie naruszenie szwajcarskiego prawa bankowego. Powiedziałem wam wszystko, co mieliście prawo wiedzieć. Coś jeszcze?
— Tak. — March zamknął notes i spojrzał na Charlie. — Chcielibyśmy osobiście sprawdzić skrytkę.
Mała winda zwiozła ich do podziemi. Miejsca starczało akurat dla czterech pasażerów. March, Charlie, Zaugg i jego ochroniarz stali ściśnięci jak szprotki. Z bliska bankier pachniał wodą kolońską; jego błyszczące włosy namaszczone były oleistą pomadą.
Piwnica przypominała więzienie albo kostnicę: wyłożony białymi kaflami, ciągnący się przez trzydzieści metrów korytarz, po którego obu stronach widać było kraty. Na końcu, obok dużych drzwi, siedział przy biurku strażnik. Zaugg wyciągnął z kieszeni przymocowany łańcuszkiem do paska ciężki pęk kluczy. Szukając właściwego, nucił coś cicho pod nosem.
Sufit drżał lekko, kiedy nad ich głowami przejeżdżały tramwaje.
Zaugg wprowadził ich do skarbca. Stalowe ściany błyszczały w świetle jarzeniówek: wszędzie widać było kwadratowe drzwiczki, każde o boku mniej więcej pół metra. Bankier minął Xaviera i Charlie, otworzył jedne z nich, umieszczone na wysokości mniej więcej metra, po czym dał krok do tyłu. Strażnik wyciągnął ze środka metalowy pojemnik wielkości sporego kufra i postawił go na stole.
— Pańskie klucze pasują do zamka — powiedział Zaugg. — Ja zaczekam na zewnątrz.
— Nie musi pan.