Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Vaterland [Fatherland - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Vaterland [Fatherland - pl]

Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:

Jest rok 1964. Nazistowskie Niemcy triumfują w Europie oraz Azji i przygotowują się do obchodów 75 urodzin Hitlera. Prezydent USA J.F.Kennedy ma przybyć z oficjalną wizytą do Rzeszy, aby przywrócić stosunki dyplomatyczne miedzy krajami. Wtedy uwagę władz przykuwa seria tajemniczych morderstw. Wszystkie ofiary łączy udział w planie eksterminacji Żydów i Słowian. Śledztwo rozpoczynają agencji niemieckiego wywiadu, szpiedzy i amerykańska dziennikarka. Rozwiązanie okaże się bardziej zaskakujące, niż ktokolwiek przypuszcza.
1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 86
Перейти на страницу:

Wziął z powrotem fotografię, złożył ją we czworo i schował do portfela.

— Co byś zrobiła — powiedział — gdybyś poświęciła całe swoje życie ściganiu przestępców i stopniowo zaczęła sobie uprzytomniać, że prawdziwymi zbrodniarzami są ludzie, dla których pracujesz? Co byś zrobiła, gdyby wszyscy naokoło mówili ci: nie przejmuj się, nic na to nie poradzisz, to było dawno temu?

Spojrzała na niego w inny sposób.

— Chyba zwariowałeś…

— Gorzej. Stałem się normalny.

Mimo jego protestów uparła się, żeby zapłacić połowę rachunku. Była prawie północ, kiedy opuścili restaurację. Szli w milczeniu w stronę hotelu. Na niebie świeciły gwiazdy, w dole, przy końcu stromej, brukowanej kocimi łbami ulicy lśniło jezioro.

Wzięła go pod ramię.

— Pytałeś mnie, czy ten facet z ambasady… Nightingale… jest moim kochankiem.

— Zachowałem się niegrzecznie. Przepraszam.

— Czy poczułbyś się rozczarowany, gdybym powiedziała, że jest? Zawahał się.

— Nie jest — ciągnęła dalej. — Chciałby być. Przepraszam. To brzmi, jakbym się przechwalała.

— Nie, wcale nie. Jestem pewien, że chciałoby tego wielu mężczyzn.

— Nie spotkałam jeszcze nikogo… Nie spotkała… Charlie zatrzymała się.

— Mam dwadzieścia pięć lat. Chodzę własnymi ścieżkami. Wybieram, kogo chcę. — Odwróciła się do Xaviera i lekko dotknęła ciepłą dłonią jego policzka. — Boże, jak ja nie znoszę tego całego wstępu. Przyciągnęła jego głowę do siebie.

Jakie to dziwne, pomyślał potem March. Przeżyć życie, nie wiedząc nic o przeszłości, o otaczającym świecie, o samym sobie. A z drugiej strony, jakie to łatwe! Dzień mija za dniem, człowiek stąpa ścieżką wydeptaną przez innych, nigdy nie podnosząc głowy — okutany od powijaków aż po całun w ich logikę. Logikę strachu.

Ale z tym już koniec. Jak dobrze zostawić to za sobą — cokolwiek się teraz wydarzy.

Jego stopy tańczyły po bruku. Objął Charlie ramieniem. Na usta cisnęło mu się tyle pytań.

— Czekaj, czekaj… — Śmiała się, obejmując go także. — Dość już. Przestań. Zaczynam się martwić, że zależy ci tylko na moim umyśle.

W hotelowym pokoju Xaviera rozwiązała mu krawat i ponownie przyciągnęła do siebie. Nie odrywając ust od jego warg, ściągnęła mu z ramion marynarkę, a potem rozpięła i rozchyliła koszulę. Jej dłonie muskały jego pierś i brzuch, obejmowały plecy.

Uklękła i rozpięła mu pasek.

Zamknął oczy i wsunął palce między jej włosy.

Po kilku chwilach delikatnie się odsunął, uklęknął i podciągnął w górę jej sukienkę. Uwolniona z niej, odchyliła głowę i odrzuciła do tyłu włosy. Chciał poznać ją całą. Całował jej szyję, jej piersi, jej brzuch; wdychał w nozdrza jej zapach; pod palcami czuł jej silne, napięte, gładkie ciało, językiem dotykał miękkiej skóry.

Potem zaprowadziła go do łóżka i ukucnęła nad nim. Jedyne światło padało od strony jeziora. Migotliwy, otaczający ich zewsząd blask. Kiedy otworzył usta, żeby coś powiedzieć, położyła mu palec na wargach.

CZĘŚĆ CZWARTA

PIĄTEK, 17 KWIETNIA

Gestapo, Kriminalpolizei i służby bezpieczeństwa otacza tajemnicza aura politycznej powieści detektywistycznej.

REINHARD HEYDRICH

1

Berlińska giełda rozpoczęła swą działalność pół godziny wcześniej. Przy zuryskiej Bahnhof Strasse, na zamontowanej w oknie Union des Banques Suisses tablicy, cyfry zmieniały się niczym w kalejdoskopie. Bayer, Siemens, Thyssen, Daimler — wszystkie akcje szły w górę. Jedyną firmą, której wiadomość o odprężeniu raczej zaszkodziła, niż pomogła, był Krupp.

Przed wystawą zgromadził się tłum elegancko ubranych osób, jak co dzień bacznie obserwujących liczby, które obrazowały stan zdrowia niemieckiej gospodarki. Ceny na berlińskiej giełdzie spadały od sześciu miesięcy i inwestorów zaczęła ogarniać panika. Ale w tym tygodniu, dzięki staremu Kennedy’emu bessa zatrzymała się — stary Joe zawsze znał się na giełdzie, nie darmo zarobił w swoim czasie na Wall Street pół miliarda dolarów. Berlin był szczęśliwy. Wszyscy byli szczęśliwi. Nikt nie zwrócił uwagi na idących od strony jeziora kobietę i mężczyznę. Nie trzymali się za ręce, ale szli wystarczająco blisko siebie, żeby co jakiś czas musnąć się ciałami. Z tyłu za nimi podążali dwaj wyraźnie zmęczeni dżentelmeni w żółtawoszarych nieprzemakalnych płaszczach.

Przed wyjazdem z Berlina Marchowi udzielono krótkiego wykładu na temat zwyczajów i praktyk szwajcarskiej bankowości.

— Bahnhof Strasse jest finansowym centrum. Wygląda jak główna ulica handlowa, którą w zasadzie jest. Tak naprawdę jednak liczą się podwórka i kantory nad sklepami. Tam właśnie mieszczą się banki. Ale trzeba mieć oczy szeroko otwarte. Szwajcarzy powiadają: im starsze pieniądze, tym trudniej je zobaczyć. W Zurychu pieniądze są czasami tak stare, że w ogóle ich nie widać.

Pod chodnikami i liniami tramwajowymi Bahnhof Strasse biegła sieć katakumb i piwnic, w których zgromadziły swe fortuny trzy pokolenia europejskich bogaczy. March przyglądał się kupującym i turystom, zastanawiając się, po czyich dawnych marzeniach i tajemnicach, po czyich kościach tak niefrasobliwie stąpają.

Wszystkie te banki były małymi, rodzinnymi firmami: kilkunastu pracowników, kilka pomieszczeń, niewielka mosiężna tabliczka. Zaugg Cie nie różnił się od innych. Nad mieszczącym się w bocznej uliczce, za sklepem jubilera, wejściem zamontowana była kamera, taka sama jak ta przy willi Zaugga. Wciskając dzwonek March poczuł, jak Charlie dotyka jego ręki.

Kobiecy głos zapytał go przez interkom o nazwisko i sprawę, z którą przyszedł. Xavier spojrzał prosto w oko kamery.

— Nazywam się March. A to jest Fräulein Maguire. Chcielibyśmy widzieć się z Herr Zauggiem.

— Macie państwo umówione spotkanie?

— Nie.

— Herr dyrektor nie przyjmuje nikogo, kto nie był przedtem umówiony.

— Proszę mu powiedzieć, że mamy upoważnienie do konta numer dwadzieścia cztery zero dwa.

— Chwileczkę.

Policjanci kręcili się przy wylocie bocznej uliczki. March spojrzał na Charlie. Miał wrażenie, że jej oczy są jaśniejsze, skóra bardziej błyszcząca. Nie wiedział, czy sobie nie pochlebia. Wszystko wydawało mu się dzisiaj bardziej intensywne — drzewa bardziej zielone, kwiaty bielsze, skąpane w blasku niebo bardziej błękitne.

Na ramieniu Maguire trzymała skórzaną torbę, z której wyjęła teraz aparat fotograficzny, leicę.

— Myślę, że warto zrobić zdjęcie do rodzinnego albumu.

— Jak chcesz. Ale beze mnie.

— Jaki skromny.

Zrobiła zdjęcie drzwi i mosiężnej tablicy.

— Proszę na drugie piętro — odezwał się z interkomu głos recepcjonistki. Zazgrzytały odsuwane rygle i March pchnął do środka ciężkie drzwi.

Dom był złudzeniem optycznym. Mały i niepozorny z zewnątrz, mieścił w środku wspaniałe, połyskujące chromami i szkłem schody, które prowadziły do przestronnej sali, udekorowanej sztuką nowoczesną. Czekał tam na nich Hermann Zaugg. Za jego plecami stał jeden z widzianych poprzedniego dnia ochroniarzy.

— Herr March, nieprawdaż? — zagaił bankier, wyciągając rękę. — A to Fräulein Maguire? — Uścisnął również jej dłoń, skłaniając przy tym lekko głowę. — Angielka?

1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 86
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)