Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
March dojechał taksówką na Fritz-Todt Platz. Jego volkswagen wciąż stał przed blokiem Stuckarta, tam gdzie go przedwczoraj zostawił. Rzucił okiem na czwarte piętro. Ktoś zaciągnął story.
Na Werderscher Markt zostawił walizkę w swoim gabinecie i zadzwonił do oficera dyżurnego. Martin Luther wciąż był nieuchwytny.
— Tak między nami, March, Globus urządza nam tu prawdziwy dopust boży. Wpada co pół godziny, wydzierając się i grożąc, że jeśli go nie odnajdziemy, wszyscy wylądujemy w kacecie.
— Herr Obergruppenführer jest bardzo oddanym oficerem.
— O tak, z całą pewnością. — W głosie Krausego nagle zabrzmiał strach. — Wcale nie zamierzałem sugerować…
March odłożył słuchawkę. To powinno dać podsłuchującym jego rozmowy wiele do myślenia.
Postawił na biurku maszynę do pisania i wsunął w nią pojedynczy arkusz papieru. Zapalił papierosa.
Do: Oberstgruppenführera SS, Artura Nebego, 17.04.64
Reich Kriminalpolizei
Od: Sturmbannführera SS, X. Marcha.
1. Mam zaszczyt poinformować, że dzisiaj o godzinie 10.00 odwiedziłem siedzibę firmy Zaugg Cie, Bankiers przy Bahnhof Strasse w Zurychu.
2. Tajną skrytkę, na temat istnienia której dyskutowaliśmy w dniu wczorajszym, założył 8.07.1942 podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, Martin Luther. Wydane zostały cztery klucze.
3. Skrytka otwierana była trzy razy: 17.12.1942, 9.08.1943 oraz 13.04.1964.
4. Kiedy sprawdziłem ją osobiście, okazało się…
March odchylił się na krześle i wypuścił w stronę sufitu kilka zgrabnych kółek dymu. Myśl o tym, że obraz wpadnie w ręce Nebego — żeby utonąć w jego kolekcji bombastycznych, kiczowatych Schmutzlerów i Kircherów — budziła w nim prawdziwą odrazę. To byłoby niemal świętokradztwo. Lepiej zostawić go w spokoju, w mroku podziemi. Przez chwilę trzymał palce na klawiszach maszyny, a potem napisał:
…że jest pusta.
Wysunął raport z maszyny, podpisał go i wsadził do koperty. Zadzwonił do gabinetu Nebego; kazano mu się natychmiast zgłosić. Odłożył słuchawkę i przez chwilę wpatrywał się w ceglany mur za oknem.
To nie był zły pomysł.
Wstał, podszedł do półki i poszukał na niej berlińskiej książki telefonicznej. Wyjął ją, odnalazł numer i żeby uniknąć podsłuchu, wszedł do sąsiedniego pokoju.
— Reichsarchiv — odparł męski głos, kiedy wykręcił numer.
Dziesięć minut później jego buty tonęły w miękkim dywanie w gabinecie Artura Nebego.
— Wierzysz w zbieg okoliczności, March?
— Nie, Herr Oberstgruppenführer.
— Nie — powtórzył Nebe. — Znakomicie. Ja też nie wierzę. — Odłożył szkło powiększające i odsunął na bok raport. — Nie wierzę, żeby dwóch zbliżonych wiekiem i rangą emerytowanych urzędników państwowych wolało popełnić samobójstwo, niż narazić się na oskarżenie o korupcję. Mój Boże… — Z jego ust wydarło się chrapliwe parsknięcie. — Gdyby każdy dygnitarz w Berlinie chciał pójść w ich ślady, ulice zasłałyby stosy trupów. Nie jest to też przypadek, że zamordowano ich obu w tym samym tygodniu, kiedy amerykański prezydent ogłosił łaskawie, że gotów jest nas odwiedzić.
Odsunął krzesło i pokuśtykał w stronę wypełnionej świętymi księgami narodowego socjalizmu małej biblioteczki. Były wśród nich „Mein Kampf Hitlera, „Mythus der XX. Jahrhunderts” Rosenberga, „Tagebücher” Goebbelsa. Oberstgruppenführer nacisnął guzik i grzbiety tomów odsunęły się, odsłaniając mały barek. March zorientował się, że nie było tam żadnych książek: wyłącznie przyklejone do drewnianej płyty ich grzbiety.
Nebe nalał sobie dużą wódkę i wrócił do biurka. March nadal stał przed nim, ani w postawie na baczność, ani na spocznij.
— Globus pracuje dla Heydricha — powiedział Oberstgruppenführer. — To proste. Globus nie podtarłby własnego tyłka, gdyby Heydrich nie powiedział, że nadeszła na to pora.
March nie odezwał się ani słowem.
— A Heydrich pracuje w przeważającej części dla Führera. A kiedy tego nie robi, pracuje dla samego siebie.
Nebe przytknął potężny kieliszek do warg. Wysunął z ust jaszczur-czy język i umoczył go w wódce. Przez chwilę milczał.
— Czy wiesz, dlaczego dogadujemy się z Amerykanami, March? — zapytał w końcu.
— Nie, Herr Oberstgruppenführer.
— Bo ugrzęźliśmy po uszy w gównie. Powiem ci coś, czego nie przeczytasz w gazetach małego doktorka. Do roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego mieliśmy osiedlić na Wschodzie dwadzieścia milionów ludzi. Taki był plan Himmlera. Do końca wieku dziewięćdziesiąt milionów. Zgoda, wysyłamy ich wszystkich zgodnie z harmonogramem. Kłopot polega na tym, że połowa chce wracać. Zwróć uwagę na ten kosmiczny paradoks, March: przestrzeń życiowa, w której nikt nie ma ochoty żyć. Terroryzm… — Nebe uniósł w górę kieliszek, w którym zabrzęczał lód. — Nie potrzebuję chyba tłumaczyć oficerowi Kripo, jak poważnym problemem stał się dla nas terroryzm. Amerykanie dostarczają pieniądze, broń, prowadzą szkolenia. Od dwudziestu lat podtrzymują przy życiu czerwonych. A my? Młodzi nie chcą walczyć, a starzy nie chcą pracować.
Potrząsnął siwą głową, nie mogąc się temu nadziwić, a potem wyłowił językiem kostkę lodu i wciągnął ją hałaśliwie do ust.
— Heydrichowi szalenie zależy na tym porozumieniu z Amerykanami. Gotów jest zabić każdego, kto stanąłby mu na drodze. Czy nie o to tutaj właśnie chodzi, March? Buhler, Stuckart i Luther… czy nie stanowili jakiegoś zagrożenia?
Oberstgruppenführer nie spuszczał z oczu jego twarzy. March patrzył prosto przed siebie.
— Na swój sposób, March, ty też jesteś chodzącym paradoksem. Nigdy się nad tym nie zastanawiałeś?
— Nie, Herr Oberstgruppenführer.
— „Nie, Herr Oberstgruppenführer” — powtórzył, przedrzeźniając go, Nebe. — No to zastanów się teraz. Mieliśmy wychować pokolenie nadludzi, Űbermenschów. Mieli przejąć od nas rządy imperium. Nauczyliśmy ich posługiwać się twardą logiką; bezlitosną, nawet okrutną logiką. Pamiętasz, co kiedyś powiedział Führer? „Największym darem, jaki otrzymali ode mnie Niemcy, jest to, że nauczyłem ich jasnego rozumowania”. I co się stało? Niektórzy z was… być może nawet najlepsi… zaczynają posługiwać się tą bezlitosną twardą logiką przeciwko nam. Wiesz, co ci powiem? Cieszę się, że jestem już stary. Boję się przyszłości.
Przez chwilę milczał, zatopiony w rozmyślaniach. W końcu rozczarowany podniósł lupę do oka.
— A więc chodzi tylko o dzieła sztuki — mruknął. Przeczytał ponownie raport Marcha, a potem podarł go i wyrzucił do kosza.
Reichsarchiv strzegła Klio, muza historii: naga Amazonka dłuta Adolfa Zieglera, „najlepszego w Rzeszy specjalisty od włosów łonowych”. Patrzyła surowym wzrokiem wzdłuż alei Zwycięstwa, obserwując tłum turystów, którzy stali w długiej kolejce, czekając, żeby przedefilować przed złożonymi w Soldatenhalle kośćmi Fryderyka Wielkiego. Siedzące na jej olbrzymim spadzistym biuście gołębie przypominały alpinistów, którzy zapuścili się zbyt daleko na czoło lodowca. Z tyłu, nad wejściem do archiwum widniały wyryte w granicie, pozłacane litery. Cytat z Adolfa Hitlera: DLA KAŻDEGO NARODU WŁAŚCIWA HISTORIA WARTA JEST STU DYWIZJI.
Rudolf Halder zaprowadził Marcha na trzecie piętro. Pchnął podwójne drzwi i stanął z boku, żeby wpuścić go do środka. Wyłożony kamiennymi płytami korytarz wydawał się ciągnąć w nieskończoność.