My, Dzieci Z Dworca Zoo
- Автор: F Christiane, Felscherinow Christiane Vera
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «My, Dzieci Z Dworca Zoo». Краткое содержание книги:
Książka opowiada o narkomance z Berlina Zachodniego. Przedstawia problem wciąż aktualny, lecz nie mówiąc medycznie o chorobach, tylko o psychice narkomana. I to jest niezwykle ciekawe. Można niezwykle płakać nad tą książką. Ja sama czułam bezsilność, jakbym była w nałogu, czułam ten wstręt. Do czego? Do siebie samej. Bo czułam się, jakbym to JA była tą narkomanką. Nie Christiane. Nie. JA.
Niezwykle wciągająca książka.
Potem postałam z Janie na balkonie. Janie oparła przednie łapy na balustradzie i patrzyła jedenaście pięter w dół albo na ohydne bloki Gropiusstadt.
Musiałam z kimś pogadać i zadzwoniłam do Narkononu. Czekała mnie wielka niespodzianka. Zgłosiła się do nich Babsi. Czyli, że ona wtedy poważnie myślała o odwyku. Powiedziała, że dostała moje łóżko. Było mi niesamowicie smutno, że nie mogę być z Babsi w Narkononie. Gadałyśmy strasznie długo.
Jak wrócił ojciec, nawet się nie odezwałam. Za to on ględził, jak nakręcony. Zdążył zaplanować całe moje życie. Dostałam normalnie godzinowy plan na każdy dzień. Sprzątanie, zakupy, karmienie jego gołębi i czyszczenie gołębnika.
Ojciec miał gołębnik pod miastem, w Rudow. Miał zamiar kontrolować mnie telefonicznie. Na czas wolny zorganizował dla mnie moją dawną koleżankę, Katarzynę, prawdziwego dzieciucha, który zachwyca się paradą przebojów w telewizji.
Stary obiecał mi też nagrodę. Miałam z nim pojechać do Tajlandii. Bo ostatnio co roku latał do Tajlandii. Miał kompletnego zajoba na punkcie tych wycieczek. Oczywiście przede wszystkim z powodu tamtejszych panienek, no a trochę w związku z taniochą, jaka tam panuje. Oszczędzał na te wycieczki jak wariat. To był taki jego narkotyk.
Wysłuchałam sobie więc, co tam zaplanował, i pomyślałam, że na razie niech będzie, jak on chce. Zresztą, nic innego mi na razie nie zostało. Przynajmniej nie będzie mnie zamykał.
Następnego dnia zaczęło się od razu na całego. Wysprzątałam mieszkanie, zrobiłam zakupy. Akurat jak skończyłam, przyszła Katarzyna, żeby się ze mną przejść. Latałam z nią jak dzika, tak, że jak jej powiedziałam, że muszę jeszcze jechać do Rudow, żeby nakarmić gołębie, to już jej się nie chciało ze mną ciągnąć.
Tym sposobem miałam wolne popołudnie. Byłam niesamowicie napalona, żeby coś zaćpać, bo cały czas męczył mnie parszywy nastrój. Nie wiedziałam dokładnie, co to ma być. Pomyślałam sobie, czyby nie wyskoczyć na godzinkę do Hasenheide. To taki park w dzielnicy Neukölln. Tam się paliło hasz. Miałam ochotę na jointa.
Ale nie miałam forsy. Wiedziałam, gdzie ją znajdę. W takiej wielkiej butli po asbachu ojciec zbierał srebrne monety. Było tego ponad sto marek. Zapas na następną wyprawę do Tajlandii. Wytrząsnęłam z butli pięćdziesiąt marek. Na wszelki wypadek chciałam wziąć trochę więcej. To, co zostanie, mogę potem ewentualnie wrzucić z powrotem. Resztę dołożę, jak zaoszczędzę jakoś przy zakupach. Tak sobie myślałam.
W Hasenheide od razu nadziałam się na Pieta. Piet to ten chłopak z „Haus der Mitte”, z którym pierwszy raz w życiu paliłam hasz. Też już ćpał. Dlatego zapytałam, czy do Hasenheide też już doszła hera.
Zapytał: – Masz szmal?
Odpowiedziałam: – Mam.
On: – No to chodź. – Zaprowadził mnie do grupki kasztanów i kupiłam ćwiartkę. Zostało mi dziesięć marek. Poszliśmy do szaletu przy parku, Piet pożyczył mi swój sprzęt. Z niego też już zrobił się pazerny cwaniacha. Połowę towaru musiałam mu dać za strzykawkę. Oboje władowaliśmy po małej działeczce.
Było mi niesamowicie dobrze. Ludzie z Hasenheide byli najfajniejsi ze wszystkich. Nie tacy wycwanieni, jak ćpuny z Kurfürstendamm. Bo tutaj głównie paliło się hasz. Ale były już i ćpuny. Ci od haszu i prawdziwe ćpuny leżeli sobie zupełnie spokojnie jeden obok drugiego. Na Kudammie haszysz był uważany za narkotyk dla smarkaczy i ci, co go używali, to było dno. Żaden ćpun z Kudammu się z takimi nie zadawał.
W Hasenheide obojętne było, co się bierze. Można było nawet nic nie brać. Nie miało to znaczenia. Właściwie chodziło o to, żeby się fajnie czuć, a ćpali ci, którzy chcieli. Były grupki grających na fletach i bongosach. Pełno też było kasztanów. Wszyscy byli jakby jedną wielką, przyjacielską wspólnotą. Wszystko to kojarzyło mi się w nastroju z Woodstock, bo tam musiało być całkiem podobnie.
Do domu wróciłam punktualnie, zanim jeszcze ojciec o szóstej przyszedł z pracy. Nawet nie zauważył, że jestem nagrzana. Miałam trochę wyrzutów sumienia z powodu gołębi, które nie dostały nic do żarcia. Pomyślałam sobie, że na przyszłość nie będę już ładować heroiny, bo w Hasenheide zupełnie wystarczy mi trochę haszu i nikt nie będzie mi przez to robił sęków. Nie chciałam już wracać do tych fatalnych ćpunów z Kudammu. Autentycznie mi się wydawało, że w Hasenheide uda mi się wyleczyć z nałogu.
Codziennie po południu przynajmniej na krótko wpadałam z Janie do Hasenheide. Bardzo jej się tam podobało, bo było pełno psów. Psy też były absolutnie przyjaźnie do siebie nastawione. Wszyscy lubili Janie i głaskali ją.
Gołębie karmiłam co drugi albo co trzeci dzień. Wystarczało w zupełności, pod warunkiem, że człowiek pozwolił im zapchać wola na ciasno i jeszcze trochę podsypał na zapas.
Paliłam hasz, jeśli ktoś mi trochę odkopsnął. A zawsze ktoś taki się znalazł. To też była jedna z różnic między tymi środowiskami, bo ci od haszyszu zawsze się dzielili, jak ktoś potrzebował.
Potem poznałam też bliżej tego kasztana, u którego pierwszego dnia kupiłam z Pietem towar. Któregoś razu położyłam się obok koca, na którym siedział z paroma innymi kasztanami. Powiedział mi wtedy, żebym się do nich przysiadła. Nazywał się Mustafa i był Turkiem. Reszta to byli Arabowie. Wszyscy gdzieś tak między 17 a 20. Właśnie jedli chleb z serem i melony i podzielili się ze mną i z Janie.
Mustafa tak jakoś mi imponował. Handlował herą. Ale niesamowicie imponował mi sposób, w jaki to robił. Nie było w nim nic z pośpiechu i rozlatania naszych niemieckich dostawców Mustafa wyrywał kępkę trawy i wkładał torebkę z towarem pod spód. Spokojnie mogli sobie robić obławę. Gliniarze nigdy by nic nie znaleźli. Jak ktoś chciał coś kupić, Mustafa najspokojniej w świecie dziobał scyzorykiem w ziemi, aż znalazł towar.
Nie sprzedawał odważonych paczuszek, jak dostawcy z „rynku”. Za każdym razem końcem scyzoryka nabierał mniej więcej ćwierć grama. Porcje były w porządku. To, co zostawało na ostrzu, zdejmował dwoma palcami i wolno mi było niuchnąć
Mustafa od razu powiedział, że ładowanie to do dupy sprawa. Jak się człowiek nie chce uzależnić, to może tylko niuchać. On i Arabowie tylko niuchali. i żaden nie był fizycznie uzależniony. Niuchali tylko wtedy, jak mieli akurat ochotę.
Nie zawsze mogłam niuchnąć to, co zostawało na nożu, bo Mustafa nie chciał, żebym się znowu uzależniła. Zauważyłam, że kasztany naprawdę umieją obchodzić się z narkotykami. Zupełnie inaczej niż Europejczycy. Dla nas, Europejczyków, herą to było coś takiego, jak kiedyś woda ognista dla Indian. Przyszło mi nawet do głowy, że ci ze Wschodu mogliby nas i Amerykanów wykończyć herą, tak jak kiedyś Europejczycy wykończyli alkoholem Indian.
Zaczęłam teraz poznawać kasztanów z zupełnie innej strony. Nie jako nachalnych amatorów dymanki, którzy dla Babsi, Stelli i dla mnie zawsze oznaczali ostatnie dno. Mustafa i Arabowie byli bardzo dumni. Bardzo łatwo można ich było obrazić. Mnie zaakceptowali, bo zrobiłam na nich wrażenie bardzo pewnej siebie. Mianowicie bardzo szybko wpadłam na to, jak z nimi trzeba. Na przykład nie wolno o nic prosić. Gościnność była dla nich ciągle jeszcze czymś bardzo ważnym. Jak człowiek czegoś chciał, to mógł sobie to po prostu wziąć. Obojętne, czy to były pestki słonecznika czy herą. Ale nie wolno było dać im odczuć, że się nadużywa ich gościnności. Na przykład nigdy by mi nie przyszło do głowy, żeby ich zapytać, czy mogę wziąć trochę hery do domu. To, co brałam, zużywałam od razu. Dlatego całkowicie mnie zaakceptowali, chociaż tak w ogóle nie mają za dobrego zdania o niemieckich dziewczynach. Doszłam do wniosku, że w paru rzeczach kasztany mają jednak przewagę nad Niemcami.