Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7245-544-9
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]». Краткое содержание книги:
Mieszkanie było ciasne; wszędzie leżały książki i softscreenowe ekrany. Typowe mieszkanie samotnego mężczyzny, który nie musi się przejmować innymi.
— Co się z tobą dzieje, do licha? David uśmiechnął się z przymusem.
— WormCam, Bobby. Cóż by innego?
— Heather mówiła, że pomagałeś jej przy projekcie biografii Lincolna.
— Owszem. Chyba wtedy złapałem bakcyla. Ale teraz zbyt wiele już widziałem historii… Jestem złym gospodarzem. Może się czegoś napijesz? Mam piwo…
— Daj spokój, David. Pogadajmy. David poskrobał się po blond czuprynie.
— To się nazywa kryzysem wiary, Bobby. Nie spodziewam się, że zrozumiesz.
Zirytowany Bobby rozumiał jednak i był nieco rozczarowany tym, jak przyziemne okazały się problemy brata. Wormcamowi nałogowcy codziennie dobijali się do drzwi OurWorldu i żądali szerszego dostępu. Ale David żył w izolacji — może nawet nie wiedział, że pozostał typowym przedstawicielem ludzkiej rasy, że jego nałóg jest powszechny.
Jak mu to powiedzieć?
— Przeżyłeś szok historii. To obecnie stan dość… modny. Przejdzie ci.
— Modny? — David spojrzał na niego niechętnie.
— Wszyscy odczuwamy to samo. — Poszukał w pamięci przykładów. — Oglądałem premierowe wykonanie IXSymfonii Beethovena w Kartnertor Theater w Wiedniu z 1824 roku. Widziałeś? — Koncert został profesjonalnie zarejestrowany i wyemitowany przez jedną z sieci medialnych, ale zyskał marne oceny. — Było fatalne. Grali marnie, chór śpiewał nierówno. A Shakespeare okazał się jeszcze gorszy.
— Shakespeare?
— Naprawdę zmieniłeś się w pustelnika. Chodzi o premierę Hamleta w Globe Theatre w 1601. Gra na poziomie amatorskim, kostiumy śmieszne, jako publiczność pijany motłoch, a sam teatr to niewiele więcej niż zadaszona dziura. W dodatku mówili z takim akcentem, że trzeba było dodać napisy. Im dalej patrzymy w przeszłość, tym dziwaczniej wygląda. Wielu ludziom trudno zaakceptować historię. OurWorld stał się ich kozłem ofiarnym, więc wiem, że tak jest. Hirama bez przerwy ciągają po sądach: zniesławienie, podżeganie do zamieszek, prowokowanie nienawiści rasowej… Czepiają się różne grupy patriotów, organizacje religijne, rodziny obalonych bohaterów, nawet kilka rządów państwowych. Zdarzają się też groźby fizyczne. Oczywiście, nie pomaga mu fakt, że usiłuje opatentować historię.
David nie mógł powstrzymać zdumienia.
— Chyba żartujesz…
— Nie. Twierdzi, że historię się odkrywa jak ludzki genom. A jeśli można opatentować elementy genomu, to czemu nie historię? A przynajmniej te jej fragmenty, do których WormCamy OurWorldu sięgnęły jako pierwsze. Czternasty wiek jest teraz analizowany jako precedens. Jeśli się nie uda, planuje objąć prawem autorskim bałwany. Takie jak Robin Hood.
Jak większość na wpół mitycznych bohaterów z przeszłości pod bezlitosnym spojrzeniem WormCamu Robin Hood rozpłynął się w legendę i zmyślenia. Legenda brała swój początek z cyklu czternastowiecznych angielskich ballad, zrodzonych w czasie rebelii baronów i niepokojów społecznych, które doprowadziły do rewolty chłopskiej w 1381.
David uśmiechnął się lekko.
To mi się podoba. Hiram zawsze zachowywał się trochę jak Robin Hood. Chyba wyobraża sobie, że jest jego współczesnym odpowiednikiem. Sam siebie oszukuje, naturalnie, bo więcej ma wspólnego z królem Janem. Byłoby doprawdy ironią losu, gdyby został właścicielem Robina.
— Posłuchaj, Davidzie… Wielu ludzi odczuwa to co ty. Historia pełna jest grozy, ludzi zapomnianych, niewolników, takich, którym odebrano życie. Ale nie możemy jej zmienić. Możemy tylko iść naprzód, starając się nie popełniać tych samych błędów.
Tak myślisz? — spytał z goryczą David. Wstał i szybkimi ruchami zaciemnił okna, odcinając światło dnia. Potem usiadł obok Bobby’ego i rozwinął softscreenowy ekran.
— Popatrz sobie. Przekonasz się, że to nie takie proste. Kilkoma klawiszami przywołał zapisane w pamięci nagranie. Bracia patrzyli razem, skąpani w świetle minionych dni.
…Niewielki, pękaty żaglowiec zbliżał się do brzegu. Dwa kolejne widać było na horyzoncie. Piasek leżał czysty, woda była spokojna i błękitna, niebo przestronne.
Ludzie wybiegli na plażę: mężczyźni i kobiety, nadzy, smagli, piękni. Wydawali się zdumieni. Niektórzy wypłynęli na spotkanie statku.
— Kolumb — szepnął Bobby.
— Tak. A to są Arawakowie. Rodowici mieszkańcy Bahamów. Byli przyjaźni. Wręczyli Europejczykom dary: papugi, kule bawełny i włócznie z trzciny. Ale mieli też złoto, które nosili w postaci ozdób w uszach. Kolumb natychmiast kilku uwięził, żeby wydobyć z nich informację o złocie. A potem już się potoczyło. Hiszpanie mieli zbroje, muszkiety i konie. Arawakowie nie znali żelaza, nie mogli stawiać oporu europejskiej broni i dyscyplinie. Zostali niewolnikami. Na Haiti, na przykład, w poszukiwaniu złota przekopano góry od stóp po szczyty. Arawakowie marli tysiącami, mniej więcej jedna trzecia robotników co sześć miesięcy. Wkrótce potem zaczęły się masowe samobójstwa przy użyciu trucizny cassava. Zabijano noworodki, by ocalić je przed Hiszpanami. I tak dalej. W chwili przybycia Kolumba na Haiti zamieszkiwało około ćwierć miliona Arawaków. Po kilku latach połowa nie żyła wskutek mordów, okaleczeń i samobójstw. A w roku 1650, po dziesięcioleciach zabójczej niewolniczej pracy, na Haiti nie pozostał ani jeden Arawak ani żadni ich potomkowie. Potem okazało się, że jednak nie było tam złota; tylko odrobina pyłu, który Arawakowie zbierali w strumieniach i przekuwali na swą żałosną śmiercionośną biżuterię. I tak, Bobby, rozpoczęła się nasza inwazja Ameryk.
— David…
— Patrz. — Stuknął w ekran i przywołał nową scenę.
Bobby zobaczył rozmyty obraz miasta: niewielkiego, ciasnego, zatłoczonego, wzniesionego z białego kamienia, który lśnił w słońcu.
— To Jeruzalem — wyjaśnił David. — Piętnasty lipca 1099. Miasto pełne Żydów i mahometan. Krzyżowcy, zbrojna misja zachodniego chrześcijaństwa, przez miesiąc oblegali miasto. Teraz atak osiągnął punkt przełomowy.
Bobby patrzył na ciężkie postacie wspinające się na mury, na żołnierzy biegnących im na spotkanie. Ale obrońcy cofnęli się, a rycerze szli naprzód, wymachując mieczami. Bobby zobaczył niewiarygodny obraz człowieka, jednym cięciem pozbawionego głowy.
Krzyżowcy przebili się aż do okolic świątyni i tutaj Turcy powstrzymali ich jeszcze przez jeden dzień. Wreszcie — brodząc po kostki we krwi — krzyżowcy przełamali ich szyki i szybko wymordowali pozostałych jeszcze obrońców.
Rycerze i ich oddziały przetoczyli się przez miasto, rabując konie i muły, złoto i srebro. Ogołocili z lamp i kandelabrów Kopułę na Skale. Rozcinali zwłoki, gdyż czasami znajdowali monety w brzuchach zabitych.
A kiedy rabunek i rzeź trwały już długo, Bobby zobaczył, jak chrześcijanie wycinaj ą z powalonych wrogów pasy mięsa, wędząje i zjadają.
Wszystkie obrazy były gwałtowne, barwne: czerwone błyski okrwawionych mieczy, rżenie przerażonych koni, lodowate oczy posępnych, wygłodzonych rycerzy, śpiewających psalmy i hymny nawet wtedy, kiedy cięli swymi wielkimi mieczami. Mimo to walka wydawała się dziwnie cicha — nie słyszało się karabinów i dział, tylko broń poruszaną ludzkimi mięśniami.
— To była katastrofa naszej cywilizacji — szepnął David. — Akt gwałtu, który między Wschodem i Zachodem wywołał schizmę, nigdy do końca nie zaleczoną. I wszystko to działo się w imię Chrystusa. Bobby, dzięki WormCamowi miałem okazję oglądać stulecia chrześcijańskiego terroru, orgię okrucieństwa i destrukcji, trwającą od krucjat po rabunek Meksyku w szesnastym wieku, a nawet dalej. Motorem była religia papieży: moja religia, a także pragnienie złota i majątku, kapitalizm, którego mój własny ojciec jest tak znakomitym przedstawicielem.