Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7245-544-9
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]». Краткое содержание книги:
W zbrojach, z błyszczącymi krucyfiksami krzyżowcy przypominali królewskie bestie, siejące zniszczenie w blasku słońca, wśród pyłu. Barbarzyństwo tej sceny wręcz porażało.
A jednak…
— Davidzie, przecież wiedzieliśmy o tym. Krucjaty były dobrze opisane przez kronikarzy. Historycy potrafili oddzielić fakty od propagandy i to na długo przed nadejściem WormCamu.
— Możliwe. Ale jesteśmy tylko ludźmi, Bobby. Dopiero okrutna moc WormCamu pozwoliła wyrwać historię z zakurzonych podręczników i ożywić na nowo, udostępnić naszym prostym zmysłom. Dlatego musimy przeżywać ją znowu, kiedy raz jeszcze przepływają zalane krwią stulecia. Przeszłość jest rzeką krwi, Bobby. I WormCam zmusza nas, żebyśmy to zrozumieli. Historia spłukuje ludzkie żywoty niczym ziarenka piasku do morza ciemności, j a każdy z tych żywotów był cenny, barwny jak twój czy mój. I żadnego nie można zmienić, nie da się ocalić choćby kropli krwi.
David zerknął na brata.
— Jesteś gotów na więcej?
Davidzie, nie jesteś jedyny, myślał Bobby. Wszyscy przeżywamy ten horror. Popadasz w egocentryzm, jeśli sądzisz, że tylko ty oglądasz te sceny, tylko ty tak je przeżywasz.
Ale nie potrafił tego powiedzieć.
David wywołał kolejny obraz. Bobby miał ochotę wyjść albo odwrócić głową. Ale wiedział, że jeśli chce pomóc bratu, musi wytrwać.
Raz jeszcze na ekranie popłynęły życie i krew.
Mimo wszystko, w tych trudnych dla siebie chwilach, David dotrzymał danej Heather obietnicy i odszukał Mary.
Nigdy nie uważał się za szczególnie kompetentnego w sprawach ludzkich serc. Dlatego — z poczucia własnej niewiedzy i własnego wewnętrznego chaosu — długo się zastanawiał, w jaki sposób podejść do trudnej, rozdartej córki Heather. Droga, którą wymyślił, okazała się jednak techniczna — prowadziła przez fragment programu.
Zajrzał do jej boksu w Wormworks. Było późno i większość obserwatorów już wyszła. Mary siedziała w plamie światła padającego z ekranu, otoczona sennym półmrokiem zakurzonego laboratorium, pełnego instrumentów i elektroniki. Kiedy się zbliżył, pospiesznie wygasiła ekran. Zdążył tylko dostrzec słoneczny dzień i roześmiane dzieci, biegnące za kimś dorosłym; potem zapadła ciemność.
Mary obejrzała się na niego z niechęcią. Miała na sobie obwisłą, brudną koszulkę z jaskrawym napisem:
David musiał przyznać, że nie rozumie znaczenia tego tekstu. Nie miał jednak zamiaru prosić o wyjaśnienie.
Postawą i milczeniem wyraźnie dała mu do zrozumienia, że nie jest miłym gościem. Ale nie zamierzał łatwo rezygnować. Usiadł przy niej.
— Słyszałem dużo dobrego o programie śledzącym, który tu rozwijasz.
Spojrzała na niego ostro.
— Kto ci powiedział, co robię? Pewnie matka.
— Nie. Nie twoja matka.
— Więc kto? Zresztą to bez znaczenia. Myślisz pewnie, że jestem paranoiczna, co? Zbyt agresywna? Zbyt drażliwa?
— Jeszcze nie zdecydowałem — odpowiedział spokojnie. To niezwykłe, ale uśmiechnęła się.
— Przynajmniej szczerze stawiasz sprawę. Ale poważnie, skąd wiesz o moim programie?
— Jesteś użytkownikiem WormCamu. Jednym z warunków korzystania ze sprzętu Wormworks jest to, że każda wprowadzona innowacja staje się intelektualną własnością OurWorldu. Taką umowę musiałem podpisać w imieniu twojej matki… i twoim, oczywiście.
— Typowe dla Hirama Pattersona.
— Chcesz powiedzieć, że to dobry interes? Mnie wydaje się to rozsądne. Wszyscy wiemy, że ta technika ma przed sobą przyszłość…
— Mnie to mówisz? A cały ten interfejs jest do bani, Davidzie.
— A któż mógłby poprawić go lepiej niż sami użytkownicy, którzy przecież z nim pracują?
— Macie tu szpiegów? Ludzi, którzy obserwują obserwatorów przeszłości?
— Mamy warstwę metaoprogramowania, która monitoruje zmiany wprowadzane przez użytkowników, a także ocenia ich jakość i funkcjonalność. Jeśli trafimy na dobry pomysł, możemy go przejąć i rozwijać. Najlepiej oczywiście znaleźć coś, co opiera się na dobrym pomyśle i jest już dobrze rozwinięte.
Okazała ślad zainteresowania, nawet dumy.
— Jak u mnie?
— Twój program ma potencjał. Jesteś inteligentna, Mary, i masz przed sobą jasną przyszłość. Ale… jak by to ująć… nie masz zielonego pojęcia o projektowaniu oprogamowania.
— Przecież działa, prawda?
— Zwykle tak. Ale wątpię, czy ktoś oprócz ciebie potrafiłby coś w nim poprawić, nie przebudowując całości od podstaw. — Westchnął ciężko. — To nie koniec zeszłego wieku, Mary. Programowanie jest dzisiaj rzemiosłem.
— Wiem, wiem. Uczą nas tego w szkole. Ale sądzisz, że pomysł jest dobry?
— Może mi pokażesz?
Sięgnęła do ekranu; zauważył, że chce skasować ustawienia i uruchomić nowe połączenie. Ujął jej rękę.
— Nie. Pokaż mi, co oglądałaś, kiedy przyszedłem. Spojrzała na niego niechętnie.
— Więc o to chodzi… Matka cię przysłała, prawda? I wcale cię nie interesuje mój program śledzący.
— Wierzę w prawdę, Mary.
— To przestań kłamać.
Przyjrzał się czubkom swoich palców.
— Twoja matka martwi się o ciebie. Przyjście tutaj było moim pomysłem, nie jej. Uważam, że powinnaś mi pokazać, co oglądałaś. Owszem, twój program posłużył mi jako pretekst, żeby z tobą porozmawiać, ale interesuje mnie naprawdę. Czy coś jeszcze?
— Jeśli odmówię, pewnie wyrzucisz mnie z Wormworks.
— Tego bym nie zrobił.
— W porównaniu ze sprzętem tutaj to, co można znaleźć w sieci, jest do niczego.
— Powiedziałem już, że nie zamierzam ci grozić. Milczenie przeciągało się.
Wreszcie opadła głębiej w fotel i David wiedział, że wygrał tę rundę.
Kilkoma klawiszami odtworzyła scenę.
Zobaczył nieduży ogród — właściwie podwórze: prostokąty wyschniętej trawy rozdzielone łatami żwiru, kilka zaniedbanych grządek z kwiatami. Obraz był jasny, niebo błękitne, cienie wydłużone. Wszędzie leżały zabawki — plamy koloru; niektóre jeździły samodzielnie tam i z powrotem po zaprogramowanych torach.
Pojawiła się para dzieci: chłopiec i dziewczynka, około sześciu i ośmiu lat. Śmiali się i kopali do siebie piłkę. Mężczyzna biegał za nimi i także śmiał się głośno. Złapał dziewczynkę i podrzucił ją w powietrze, tak że pofrunęła przez cień i światło…
Mary unieruchomiła obraz.
— Banał — stwierdziła. — Prawda? Wspomnienie z dzieciństwa, letnie popołudnie, długie i spokojne…
— To twój ojciec i brat, prawda? Wykrzywiła usta w smętnym uśmiechu.
— To scena sprzed zaledwie ośmiu lat, a już dwóch jej uczestników nie żyje. Co o tym sądzisz?
— Mary…
— Chciałeś zobaczyć mój program. Przytaknął.
— Pokaż.
Puknęła w ekran. Punkt widzenia odchylił się w prawo i w lewo, potem przesunął się w czasie o kilka sekund w przód i w tył. Dziewczynka została podniesiona, opuszczona na ziemię, znów podniesiona; włosy kołysały się jej w obie strony, jakby oglądali film przesuwany tam i z powrotem.