Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М., Кларк Артур Чарльз
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7245-544-9
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło minionych dni [The Light of Other Days - pl]». Краткое содержание книги:
Jego dobry humor w tych ostatnich godzinach zaskakiwał odwiedzających. Rozmawiał całkiem spokojnie, żartował z lekarzy i zdawał się przyjmować zbliżający się koniec z prostotą, jak zjawisko naturalne.
I oczywiście do samego końca wydawał szorstkie polecenia. Nie życzył sobie, by być celem pielgrzymek. Polecił więc, by jego gabinetu w instytucie nie zachowywać w takim stanie, w jakim go pozostawił, by jego domu nie zmieniać w muzeum i tak dalej.
Doktor Dean zajrzał do niego po raz ostatni o jedenastej wieczorem i przekonał się, że pacjent śpi spokojnie.
Krótko po północy pielęgniarka — pani Alberta Roszel — zauważyła zmianę w rytmie oddechu. Wezwała pomoc i wraz z inną pielęgniarką uniosły podgłówek łóżka.
Mamrotał coś i pani Roszel schyliła się, by posłuchać.
Gdy ten najwspanialszy umysł od czasów Newtona zaczął się wreszcie rozpadać, ku powierzchni świadomości wypływały ostatnie myśli. Może żałował wielkiego projektu unifikacji, który pozostawił niedokończony. Może zastanawiał się, czy pacyfizm był jednak słuszną postawą — czy nie miał racji, zachęcając Roosevelta, by wkroczył w erę atomu. A może zwyczajnie żałował, że zawsze naukę stawiał na pierwszym miejscu, nawet przed tymi, którzy go kochali.
Teraz było już za późno. Jego życie, tak barwne i ciekawe w latach młodości i w wieku średnim, teraz zostało zredukowane — jak każde życie — to pojedynczego, absolutnie prostego wątku.
Pani Roszel pochyliła się, by usłyszeć jego cichy głos. Ale słowa były niemieckie, w języku jego młodości, i ich nie zrozumiała.
Nie widziała też, nie mogła widzieć, roju zmarszczek czasoprzestrzennych, które w tych ostatnich chwilach zawisły nad drżącymi wargami Einsteina, by wysłuchać ostatnich słów: …Lieserl! Och, Lieserl!
FRAGMENTY ZEZNANIA PROF. MAURICE’A PATEFIELDA Z MASSACHUSETTS INSTITUTE OF TECHNOLOGY PRZEWODNICZĄCEGO GRUPY NACISKU WORMSEED, PRZED KOMISJĄ KONGRESU DO STUDIÓW NAD ELEKTORATEM, 23 WRZEŚNIA 2037
Gdy tylko stało się jasne, że WormCam może spojrzeć nie tylko przez ściany, ale w przeszłość, pojawiła się obejmująca cały ludzki rodzaj obsesja historyczna.
Na początku prezentowano nam profesjonalnie zrealizowane „faktograficzne” wormcamowe nagrania, ukazujące takie ważne wydarzenia jak wojny, zabójstwa czy skandale polityczne. Na przykład „Niezatapialny”, rejestrowana z wielu punktów widzenia rekonstrukcja katastrofy „Titanica”, okazała się dramatycznym, przykuwającym uwagę nagraniem — mimo że zburzyła wiele związanych z wypadkiem mitów, powtarzanych przez bezkrytycznych pisarzy, i chociaż całe zdarzenie rozegrało się w czerni północnoatlantyckiej nocy.
Wkrótce jednak nie chcieliśmy już czekać na opracowania profesjonalistów. Chcieliśmy zobaczyć coś sami.
Pospieszne badania wielu znanych historycznych momentów z niedawnej przeszłości ujawniły zarówno banały, jak i niespodzianki. Przygnębiające prawdy otaczające Elvisa Presleya, OJ. Simpsona czy nawet śmierci Kennedych z pewnością nikogo nie zaskoczyły. Z drugiej strony rewelacje o morderstwach wielu sławnych kobiet — od Marilyn Monroe przez Matkę Teresę po Dianę, księżną Walii — wywołały szok, nawet w społeczeństwie przyzwyczajonym do prawdy w zbyt wielkiej ilości. Istnienie mrocznej, nieustępliwej grupy mizoginicznych mężczyzn, których działania przeciwko zbyt potężnym (jak uważali) kobietom trwały przez całe dziesięciolecia, kazało obu płciom przeanalizować swoje postawy.
Jednak liczne prawdziwe wersje historycznych wydarzeń — rakietowy kryzys kubański, Watergate, upadek muru berlińskiego, załamanie euro — choć interesujące dla niektórych, okazały się niejasne, pogmatwane i złożone. Niepokój może budzić świadomość, że nawet ci w ośrodkach władzy na ogół niewiele wiedzieli, a jeszcze mniej rozumieli z tego, co działo się wokół nich.
Z całym szacunkiem dla wspaniałych tradycji tej izby, muszę stwierdzić, że niemal wszystkie kluczowe wydarzenia ludzkiej historii to skutki błędów, podobnie jak niemal wszystkie wielkie namiętności to zaledwie prymitywne, manipulanckie rozgrywki.
A co gorsza, prawda na ogół okazuje się… nudna.
Brak planu i logiki w praktycznie całej, prawie nierozpoznawalnej prawdziwej historii, którą teraz właśnie odkrywamy, okazuje się tak trudny do zaakceptowania, tak zniechęcający, że znowu zyskują popularność beletryzowane sprawozdania historyczne. Podają bowiem strukturę narracyjną dostatecznie prostą, by przyciągnąć widza. Potrzebujemy opowieści i znaczeń, a nie nagich faktów…
W ciszy swej zakurzonej pracowni zdjął z półki ukochaną kopię Artithmetiki Diofantosa. Podniecony, odnalazł Księgę II, Problem 8, i sięgnął po gęsie poro.
…Z drugiej strony niemożliwe jest, by sześcian zapisać jako sumę dwóch sześcianów albo czwartą potęgę zapisać jako sumę dwóch czwartych potęg ani też, ogólnie, dla dowolnej liczby będącej potęgą większą niż druga, by była zapisana jako suma dwóch takich samych potęg. Znalazłem prawdziwie piękny dowód tego twierdzenia, jednakże margines jest zbyt wąski, by go tu zmieścić…
Bernadette Winstanley, czternastoletnia uczennica z Harare w Zimbabwe, zarezerwowała czas na szkolnym WormCamie i poświęciła się śledzeniu wydarzeń poprzedzających ten krótki zapis Fermata na marginesie książki.
…Od tego wszystko się dla niego zaczęło, więc tutaj też powinno się skończyć. To przecież ósmy problem Diofantosa tak go zaintrygował i pchnął na drogę matematycznego odkrycia: daną liczbę, która jest kwadratem, zapisać jako sumę dwóch innych kwadratów. Chodzi o algebraiczne wyrażenie twierdzenia Pitagorasa, oczywiście; każde dziecko w szkole zna rozwiązania: na przykład 3 kwadrat plus 4 kwadrat, czyli 9 plus 16, równa się 25, to znaczy 5 w kwadracie.
A gdyby rozszerzyć problem poza geometryczną trywialność? Czy istnieją liczby, które można wyrazić jako sumy wyższych potęg? 3 sześcian plus cztery sześcian to 27 plus 64, w sumie 91, która nie jest sześcianem. Ale czy w ogóle istnieją takie trójki? I co z wyższymi potęgami: czwartą, piątą, szóstą…?
To jasne, że starożytni nie znali takich przypadków — ani też dowodu na niemożliwość ich istnienia.
A teraz on — prawnik i urzędnik, nawet nie zawodowy matematyk — zdołał dowieść, że żadne takie trzy liczby nie istnieją dla dowolnego wykładnika większego od dwóch.
Bernadette odnalazła arkusze notatek, wyrażających samą ideę dowodu, i z niewielką pomocą nauczyciela odszyfrowała ich znaczenie.
… W tej chwili zajmujągo inne obowiązki, ale kiedy tylko znajdzie wolną chwilę, zapisze formalny dowód na podstawie notatek i szkiców, które zebrał. I wtedy zademonstruje go Desarguesowi, Kartezjuszowi, Pascalowi, Bemoullemu i innym… Jakże będą się zachwycać perfekcyjną elegancją wnioskowania!
Potem będzie dalej studiował liczby: te proste, a jednak złożone obiekty, które czasami wydawały się tak niezwykłe, że wyobrażał sobie, iż muszą istnieć niezależnie od ludzkiego umysłu, który je stworzył…
Pierre de Fermat nigdy nie zapisał dowodu tego, co stało się sławne jako jego wielkie twierdzenie. Jednak krótka notka na marginesie, odkryta po śmierci Fermata przez jego syna, kusiła i fascynowała całe pokolenia matematyków. Dowód został odkryty — choć dopiero pod koniec dwudziestego wieku; był technicznie bardzo skomplikowany i wykorzystywał abstrakcyjne właściwości krzywych eliptycznych i innych nieznanych za czasów Fermata obiektów matematycznych. Uczeni nie wierzyli, by Fermat mógł znaleźć dowód w swojej epoce. Może popełnił błąd — a może zakpił sobie z przyszłych pokoleń.