Angielski pacjent [The English Patient - pl]
- Автор: Ондатже Майкл
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Muza
- ISBN: 83-7079-253-7
- Переводчик: Waclaw Sadkowski
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Angielski pacjent [The English Patient - pl]». Краткое содержание книги:
On to mówi jako kto? — myśli Caravaggio.
Almasy był pijany i jego taniec sprawiał na innych wrażenie brutalnej serii podrygiwań. W owych dniach on i ona nie wydawali się z sobą zgadzać. Rzucał nią w różne strony, jakby była szmacianą lalką, i alkoholem tłumił smutek z powodu wyjazdu Madoxa. Przy naszym stole zachowywał się hałaśliwie. Zwykle, kiedy Almasy wpadał w taki nastrój, rozchodziliśmy się, ale to był ostatni wieczór Madoxa w Kairze, więc zostaliśmy. Marny skrzypek egipski naśladował Stephane'a Grappelly'ego, a Almasy zachowywał się jak zagubiona planeta. „Nasze zdrowie — wyobcowanych z planety” — wzniósł szklankę. Chciał tańczyć z wszystkimi mężczyznami i kobietami. Klaskał w dłonie i zachęcał: „No, to porywam w «uścisku Bosforu». Ciebie, Bern-hardt? Hetherton?” Większość odmawiała. Zwrócił się do młodej żony Cliftona, która przyglądała mu się z maskowanym uprzejmością rozdrażnieniem i ruszyła za nim, kiedy się przed nią skłonił, a potem niemal się na nią zwalił, jego broda na jej lewym ramieniu, na owym nagim plateau powyżej linii cekinów. Maniackie tango trwało do chwili, w której jedno z nich zmyliło krok. Nie powściągnęła gniewu na tyle, by pozwolić mu zwyciężyć, a samej odejść i powrócić do stolika. Patrzyła nań dumnie, kiedy odrzucił do tyłu głowę, bynajmniej nie uroczyście, ale oskarżycielsko. Usta coś szeptały, kiedy się ku niej pochylił, może recytował tekst „Honeysuckle Rose”.
Pomiędzy ekspedycjami, w Kairze, nikt z nas nie widywał Almasy'ego zbyt często. W ciągu dnia pracował w muzeum, noce spędzał w barach przy targowisku w południowej dzielnicy miasta. Znikał w tym innym Egipcie. Tylko ze względu na Mado-xa stawili się tu wszyscy. A teraz Almasy tańczył z Katharine Clifton. Szpaler kwiatów muskał jej smukłą sylwetkę. Wirował wraz z nią, podrywał ją do góry, a potem upadł. Clifton pozostał na krześle, popatrując na nich. Almasy leżący w poprzek sali, potem niezdarnie próbujący się podnieść, odgarniający swe jasne włosy, klękający przed nią w odległym kącie. Potrafił w ciągu chwili stać się na powrót delikatny.
Było już po północy. Goście nie wydawali się tym zachwyceni, z wyjątkiem tych łatwo się rozbawiających stałych bywalców, którzy byli przyzwyczajeni do takich ceremonii odprawianych przez pustynnych Europejczyków. Były tam kobiety z długimi srebrnymi kolczykami zwisającymi z uszu, kobiety w cekinach, małych krążkach metalu rozgrzanych ciepłem baru, do których Almasy żywił dawniej uprzedzenie, kobiety, które w tańcu potrząsały mu przed oczyma swymi srebrnymi kolczykami. W inne wieczory tańczył z nimi, obejmując ramionami całą tę strukturę jako punkt oparcia osadzony na klatce piersiowej, w miarę jak się upijał. Tak, były rozbawione, śmiały się z brzucha Almasy'ego, gdy koszula wysuwała mu się ze spodni, nie były też zachwycone jego ciężarem, który składał na ich ramionach w czasie przerw w tańcu, przewrając się w końcu na podłogę.
Ważne w czasie takich wieczorów było to, by wejść w akcję, podczas gdy konstelacje ludzkie wokół ciebie wirowały i zmieniały się. Nie było założonych z góry zamiarów ani analiz myślowych. Notatki bojowe z wieczorów przychodziły później, na pustyni, na szlakach wiodących z Dakhli do Kufry. Wtedy przypominał sobie jakiś psi skowyt, za którym rozglądał się po parkiecie, sądząc, że to nie naoliwiona igła gramofonowa, a okazywało się, że to kobieta, którą nadepnął w tańcu. Na widok oazy mógł sobie wybaczyć swój taniec, wznosząc ręce ku niebu.
Zimne pustynne noce. Wychwytywał nikłe promyki światła z całunu nocy i przeżuwał je w ustach jak pokarm. Robił tak przez pierwsze dni na szlaku, kiedy znajdował się w strefie zapomnienia pomiędzy miastem a płaskowyżem. Po sześciu dniach nie myślał wcale o Kairze ani o muzyce, ani ulicach, ani kobietach; przenosił się już w odległy czas, jakby przystosowywał się do oddychania w głębokiej wodzie. Jedyną jego więzią ze światem miast był Herodot, jego przewodnik, starożytny i współczesny, w świecie domniemanych kłamstw. Kiedy znajdował prawdę w czymś, co wydawało mu się kłamstwem, sięgał po buteleczkę z klejem i naklejał notkę na mapę albo między wycinki z informacjami bądź też wykorzystywał nie zadrukowane miejsca w książce do naszkicowania mężczyzn w spódniczkach prowadzących z sobą nikomu nie znane zwierzęta. Dawni osadnicy oazowi zazwyczaj nie hodowali bydła, choć Herodot utrzymywał, że je hodowali. Czcili brzemienne boginie; ich skalne portrety ukazywały przeważnie kobiety ciężarne.
Przez dwa tygodnie myśl o mieście w ogóle go nie nawiedzała. Czuł się tak, jakby okryła go milimetrowa warstwa mgiełki i znalazł się pod zadrukowaną powierzchnią mapy, w czystej strefie między ziemią a kartą, między odległościami a opisem, między naturą a opowiadającym. Sanford nazywał to geomorfologią. Miejscem, które sobie wybrali na schronienie, aby rozwijać w nim lepszą cząstkę swych jaźni, by stać się nieświadomymi swego pochodzenia. Tu, poza kompasem słonecznym i poza drogomierzem, nic nie ograniczało jego samotności, jego pomysłowości. W ciągu tych dni pojmował, jak się tworzą miraże, jak powstaje fatamorgana, bo sam w nich tkwił.
Budzi się stwierdzając, że Hana go obmywa. Na wysokości jej pasa widzi komodę. Ona pochyla się, zaczerpuje złączonymi dłońmi wodę z porcelanowej miski i spłukuje mu policzek. Kiedy kończy, mokrymi palcami parokrotnie przeczesuje sobie włosy, tak iż ciemnieją i wilgotnieją. Podnosi wzrok, widzi, że on ma oczy otwarte i uśmiecha się.
Kiedy znów otwiera oczy, widzi, że jest tu Madox, sprawia wrażenie znużonego, niechlujnie niesie mu strzykawkę z morfiną używając do tego obu dłoni, w których brakuje kciuków. Jak on sobie samemu może zrobić zastrzyk? — myśli. Rozpoznaje oko, zwyczaj przesuwania językiem po wardze, jasność umysłu tego człowieka widoczną we wszystkim, co mówi. Dwaj starzy durnie.
Caravaggio wpatruje się w różowość ust człowieka, podczas gdy ten mówi. Dziąsła zapewne koloru jasnej jodyny, jak malarstwo jaskiniowe odkryte w Uweinacie. Jest jeszcze więcej do odkrycia, do wyciągnięcia z tego ciała złożonego na łóżku, nie istniejącego właściwie poza tymi ustami, żyłą w ręce, wilczoszarymi oczyma. Ciągle podziwia jasność myślowej dyscypliny u tego człowieka, który czasem mówi w pierwszej, a czasem w trzeciej osobie, i który ciągle się nie przyznaje, że jest Almasym.
— A więc kto to mówił, przedtem?
— Śmierć to znaczy, że istniejesz w trzeciej osobie.
Przez cały dzień dzielili się ampułkami z morfiną. Aby zeń wyciągnąć jego historię, Caravaggio posługuje się całym kodem sygnałów. Kiedy poparzony człowiek zwalnia tok narracji albo kiedy Caravaggio czuje, że nie wszystko rozumie — aferę miłosną, śmierć Madoxa — wyjmuje strzykawkę z naczynia w kształcie nerki, naciskając palcem odłamuje główkę ampułki i zażywa ją. Nie czyni już z tego tajemnicy przed Haną, skoro całe lewe ramię ma rozorane zastrzykami. Almasy owinięty jest w szary zawój, jego czarne ramię spoczywa nagie pod prześcieradłem.
Każda dawka morfiny wnikająca w jego organizm otwiera kolejne drzwi. Wraca przez nie do malowideł jaskiniowych albo do ukrytego samolotu, albo też układa się obok kobiety pod wentylatorem, przytulając policzek do jej brzucha.
Caravaggio sięga po Herodota. Przewraca stronę, wędruje poprzez diuny odkrywając Gilf Kebir, Uweinat, Gebel Kissu. Podczas gdy Almasy mówi, on towarzyszy mu przeglądając notatki. Tylko pożądanie powoduje zboczenie z trasy, zakłócenie igiełki kompasu. Ale w każdym razie jest to świat nomadów, historia apokryficzna. Umysł wędrujący między Wschodem i Zachodem, w piaskowej burzy.