Angielski pacjent [The English Patient - pl]
- Автор: Ондатже Майкл
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Muza
- ISBN: 83-7079-253-7
- Переводчик: Waclaw Sadkowski
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Angielski pacjent [The English Patient - pl]». Краткое содержание книги:
Usłyszałem samolot, zobaczyłem go, jeszcze kiedy schodziłem ze skał na płaskowyż. Clifton wszędzie docierał przed czasem.
Jest taki sposób, w jaki mały samolot transportowy podchodzi do lądowania, ześlizgując się z poziomu horyzontu. Wtapia skrzydła w pustynię, milknie warkot motoru, samolot stoi na ziemi. Nigdy do końca nie zrozumiałem, jak działają samoloty. Obserwowałem je, jak się do mnie zbliżają na pustyni, zawsze wychodziłem z namiotu pełen lęku. Przecinają skrzydłami linię światła i zapadają w ciszę.
Moth nadleciał nad płaskowyż lotem ślizgowym. Wymachiwałem niebieskim brezentem. Clifton zniżył się i przeleciał nade mną tak nisko, że z gałęzi akacji zdarł liście. Samolot przechylił się w lewo i zawrócił, dostrzegłszy mnie pilot wyrównał kurs i nadlatywał wprost na mnie. O pięćdziesiąt metrów przede mną pochylił się i rozbił. Rzuciłem się w jego stronę.
Myślałem, że jest sam w maszynie. Miał przylecieć sam. Ale kiedy podbiegłem, żeby go wyciągnąć, ona siedziała obok niego. On już nie żył. Ona usiłowała unieść nogi, patrzyła na wprost. Piasek wdarł się przez okno do kabiny. Nie wyglądało na to, żeby była ranna. Lewą rękę wysunęła przed siebie, aby się osłonić przed skutkami uderzenia. Wyciągnąłem ją z samolotu, który Clifton nazwał „Rupert”, i zaniosłem do grot skalnych. Wniosłem do Groty Pływaków, gdzie były malowidła skalne. Szerokość geograficzna 23°30',długość 25°15'. Geoffreya Cliftona pochowałem tej samej nocy.
Czy byłem klątwą rzuconą na nich? Na nią? Na Madoxa? Na pustynię zgwałconą przez wojnę, ostrzeliwaną, jakby była tylko piaskiem? Barbarzyńcy przeciw barbarzyńcom. Armie obu stron przetaczały się przez pustynię w ogóle nie zdając sobie sprawy z tego, czym ona jest. Pustynie libijskie. Jeśli odsuniesz na bok politykę, jest to najpiękniejsza nazwa, jaką znam. Libia. Seksualne, wydłużone słowo, stosowne do pieszczoty. Głoska „b” i głoska „i”. Madox utrzymywał, że jest to jedno z niewielu słów, w których słyszysz, jak język zwija się w rożek. Pamiętasz skargę Dydony na pustyniach libijskich? Mąż ma być jako rzeki pełne wody na suchej ziemi…
Nie sądzę, żebym wstąpił na przeklęły teren albo żebym się uwikłał w sytuację, która była ze swej istoty złem. Każde miejsce i każda osoba były dla mnie darem. Odnalezienie skalnych malowideł w Grocie Pływaków. Wyśpiewywanie „refrenów” z Madoxem w czasie naszej ekspedycji. Pojawienie się Katharine wśród nas na pustyni. Krok, jakim podchodziłem do niej po wymalowanej na czerwono, cementowej posadzce i padłem na kolana, jej brzuch przy mej głowie, jakbym był chłopcem. Plemię rozpoznające broń z moją pomocą. I nawet nas czworo. Hana i ty, i saper.
Wszystko, co kochałem i szanowałem, zostało mi odebrane.
Pozostałem przy niej. Stwierdziłem, że ma złamane trzy żebra. Wyczekiwałem jej przygasającego spojrzenia, chwili, kiedy będzie można naciągnąć jej zwichnięty bark, w której przemówią jej spokojne usta.
— Jak wzbudziłeś w sobie nienawiść do mnie? — wyszeptała. — Zabiłeś we mnie niemal wszystko.
— Katharine — ty nie…
— Przytul mnie. Przestań się bronić. Nic cię nie odmieni.
Nie spuszczała ze mnie wzroku. Nie mogłem się wymknąć z jej pola widzenia. Będę jej ostatnim widokiem, który zobaczy. Szakal w jaskini, który będzie jej bronił, który nigdy jej nie oszuka.
Powiedziałem jej, że istnieją setki bóstw kojarzonych ze zwierzętami. Są też takie, które przybrały postać szakala.
Anubis, Duamutef, Wepwawet. Są takie, które cię przeprowadzają w życie po życiu — takie jak mój duch, który ci towarzyszył w latach, kiedy się jeszcze nie znaliśmy. Na tych wszystkich przyjęciach w Londynie i Oksfordzie. Strzegł cię. Siadałem naprzeciw ciebie, kiedy odrabiałaś lekcje, używając wielkiego ołówka. Byłem przy tobie, kiedy poznałaś Geoffreya Cliftona o drugiej w nocy w bibliotece Oxford Union. Wszyscy porozrzucali płaszcze na podłodze, a ty, bosa, wyszukiwałaś sobie drogę pomiędzy nimi. On ciebie strzegł, ale i ja ciebie strzegłem, choć sobie nie uświadamiałaś mej obecności, ignorowałaś mnie. Byłaś w takim wieku, w którym dostrzega się tylko przystojnych mężczyzn. Nie zdawałaś sobie jeszcze sprawy z istnienia ludzi pozostających poza sferą oddziaływania twego wdzięku. Nie było przyjęte w Oksfordzie mieć szakala za eskortę. Ale ja jestem człowiekiem szybko zmierzającym do osiągnięcia tego, czego pragnę. Ściana za tobą zakryta jest rzędami książek. Lewą ręką muskasz długą pętlę pereł oplatającą ci szyję. Bose stopy wymacują ścieżkę przed tobą. Czegoś szukasz. Byłaś wtedy krąglejsza, ale i tak piękna, w stopniu w pełni odpowiadającym wymogom uniwersyteckiego życia.
Jest nas troje w bibliotece Oxford Union, ale ty odnajdujesz tylko Geoffreya Cliftona. Będzie to romans gwałtowny jak trąba powietrzna. On ma jakąś pracę u archeologów w Afryce Północnej, wszędzie. „Pracuję z pewnym dziwnym, starym oprysz-kiem”. Matka wydaje się całkiem rada z twej przygody.
Ale ów duch szakala, który wytyczał ci drogę życiową i który nazywał się Wepwawet albo Almasy, przebywał w tym pokoju bibliotecznym wraz z wami. Stałem z założonymi rękoma, przypatrując się twym staraniom o prowadzenie ożywionej rozmowy, co było pewnym problemem, bo oboje byliście pijani. Ale cudowne było to, że mimo oszołomienia alkoholem, o drugiej w nocy, każde z was w jakiś sposób odczuwało przyjemność z wzajemnego obcowania. Przyszłaś tu z innymi i z innymi mogłaś spędzić ten wieczór, ale oboje odnaleźliście wtedy swe przeznaczenie.
O trzeciej nad ranem musiałaś już wracać do domu, ale nie wiedziałaś, gdzie jest drugi bucik. Jeden trzymałaś w ręce, różowawy pantofelek. Widziałem ten drugi. Leżał schowany pod czyimś płaszczem nieopodal mnie. Jego pobłyskiwa-nie. Były to z pewnością twoje ulubione buciki, z wycięciem na palce. Dziękuję, powiedziałaś przyjmując pantofelek i nawet nie patrząc w twarz temu, co ci go podał.
Wierzę w to. Kiedy spotykamy tych, w których się zakochujemy, jakiś wymiar naszej duchowości ma charakter historyczny; może mam w sobie coś z pedanta, który sobie wyobraża lub przypomina spotkanie z kimś, obok kogo ktoś inny przeszedłby obojętnie, tak jak Clifton mógł o rok wcześniej otworzyć przed tobą drzwi taksówki i nie dostrzec w tym swego przeznaczenia. Ale wszystkie cząstki ciała powinny być przygotowane na przyjęcie kogoś drugiego, wszystkie atomy mają dążyć w wytkniętym kierunku, ku pożądaniu, które nami owładnie.
Przez całe lata przebywałem na pustyni i nabrałem wiary w te sprawy. Jest to miejsce próżni. Trompe l'oeil czasu i wody. Jednooki szakal ogląda się wstecz, inny wypatruje ścieżki, którą zdecydowanie obierasz. W szczękach trzyma strzępki przeszłości, które ci przynosi, a kiedy zaznasz już pełni tego czasu, dowiedzie ci, że go już kiedyś znałaś.
Jej oczy spoczywały na mnie utrudzone. Przerażająca słabość. Kiedy ją wynosiłem z samolotu, próbowała objąć spojrzeniem wszystko dookoła. Teraz oczy miała skupione, jakby strzegły czegoś w jej wnętrzu. Przysunąłem się i przysiadłem na piętach. Pochyliłem się i dotknąłem językiem jej prawego, niebieskiego oka. Smak soli. Pyłku kwiatowego. Przeniosłem ten smak na jej usta. Potem drugie oko. Język ślizga się po zachwycającej porowatości powieki, ściera błękit; kiedy cofałem głowę, jej spojrzenie wyłaniało się spomiędzy białych łuków. Rozchyliłem jej wargi, zagłębiłem palce w ustach, rozsunąłem szczęki, język skrył się głęboko na dnie jamy ustnej, wyciągnąłem go stamtąd, wydobyła z siebie westchnienie, jakiś śmiertelny wydech. Było już za późno. Pochyliłem się i złożyłem błękitny pyłek językiem na jej języku. W ten sposób odczuliśmy się nawzajem raz jeszcze. Nic się nie zdarzyło. Odgiąłem głowę do tyłu, zaczerpnąłem powietrza i znów się nad nią pochyliłem. Kiedy tym razem dotknąłem jej języka, wyczułem w nim drganie.