Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
Wyciągnęliśmy ją z tunelu i położyliśmy na kangu. Matka zalewała się łzami. Zanurzając ubrudzoną siarką chusteczkę w misce z wodą, dokładnie obmyła całe jej ciało. Łzy matki kapały na skórę Lingdi, na jej noszące ślady ugryzień piersi; na twarzy siostry jednak rozkwitał wzruszający uśmiech, oczy lśniły cudownym, nieziemskim blaskiem.
Dowiedziawszy się o wszystkim, Piąta Siostra przybiegła co sił w nogach. Spojrzała na Trzecią Siostrę bez słowa, wypadła na podwórze i wyjęła zza pasa ręczny granat, wyciągnęła zawleczkę i wrzuciła pocisk do wschodniej izby. Granat nie wybuchł.
Egzekucja głuchoniemego miała się odbyć w tym samym miejscu, co rozstrzelanie Ma Tonga: na południu wioski, na porośniętym cuchnącym zielskiem bagnie, otoczonym stertami śmieci. Związanego Suna zaciągnięto na skraj bagna, gdzie ustawił się kilkunastoosobowy pluton egzekucyjny. Oficer Jiang wygłosił do zebranych gapiów płomienne przemówienie, po którym żołnierze naładowali i odbezpieczyli broń, a następnie wydał rozkaz do strzału. Lecz zanim kule opuściły lufy strzelb, tanecznym krokiem nadeszła odziana w biel Shangguan Lingdi. Poruszała się tak lekko, jakby płynęła w powietrzu – prawdziwa Nieśmiertelna.
– Ptasia Nieśmiertelna przybyła! – zawołał ktoś z tłumu.
Wszyscy przypomnieli sobie jej historię niczym z dawnej legendy i cuda, które czyniła, kompletnie zapominając o głuchoniemym. Ptasia Nieśmiertelna nigdy jeszcze nie była tak piękna, jak teraz, gdy tańczyła przed oczami zebranych, niczym żuraw na mokradłach; jej twarz jaśniała barwami białego i czerwonego lotosu, sylwetka była doskonale harmonijna, pełne wargi – kuszące. Tanecznym krokiem zbliżyła się do głuchoniemego, zatrzymała się nagle, przekrzywiła głowę i spojrzała mu w oczy, a on uśmiechnął się głupkowato. Wyciągnęła rękę, pogładziła go po skołtunionych włosach, złapała za nos podobny do główki czosnku. W końcu, ku zaskoczeniu obecnych, sięgnęła mu między nogi i chwyciła w dłoń tę część jego ciała, która spowodowała całe zamieszanie. Spojrzała w kierunku tłumu i zachichotała. Kobiety pośpiesznie odwróciły wzrok, mężczyźni gapili się tępo, uśmiechając się pod nosem. Oficer zakasłał i rozkazał sztywnym, nienaturalnym tonem:
– Odciągnąć ją i kontynuować egzekucję!
Głuchoniemy podniósł głowę i wydał kilka bełkotliwych okrzyków, zapewne wyrażających protest.
Ptasia Nieśmiertelna wciąż głaskała tę samą część ciała Niemowy, jej pełne wargi wyrażały zachłanne i gwałtowne, lecz w pełni zdrowe, naturalne pożądanie. Nikt nie miał ochoty podporządkować się rozkazowi oficera.
– Panienko – odezwał się Jiang – powiedz nam, czy on cię zgwałcił, czy też dałaś mu przyzwolenie?
Ptasia Nieśmiertelna milczała.
– Czy ten mężczyzna ci się podoba? – spytał oficer. Ptasia Nieśmiertelna milczała nadal. Jiang odnalazł wzrokiem w tłumie naszą matkę.
– Droga ciotko – zaczął zakłopotany – widzi pani… że może dobrze byłoby, gdyby zostali małżeństwem… postąpił źle, ale na pewno nie zasługuje na karę śmierci.
Matka, nie odezwawszy się ani słowem, wyszła z tłumu. Kroczyła bardzo powoli, z widocznym trudem, jakby dźwigała na plecach kamienną stelę. Ludzie patrzyli za nią, a gdy z jej ust nagle wydarł się jęk, odwrócili wzrok.
– Rozwiązać go! – rzucił oficer zrezygnowanym tonem i odszedł.
17
Był siódmy dzień siódmego miesiąca kalendarza księżycowego, dzień, w którym Wolarz i Prządka spotykali się na niebie. W domu było tak duszno, że fruwające w powietrzu komary wpadały na siebie nawzajem. Mama rozłożyła pod drzewem granatu matę z trawy. Z początku siedzieliśmy na niej, a potem leżeliśmy, słuchając, jak matka nieustannie mamrocze coś do siebie. O zmierzchu spadł drobny deszczyk; matka powiedziała, że to łzy Prządki. Powietrze było wilgotne, od czasu do czasu zawiewał nieco chłodniejszy podmuch. Liście granatowca lśniły. W zachodnim i wschodnim skrzydle domu żołnierze pozapalali własnej roboty białe świece. Komary gryzły nas jak szalone, a matka starała się odganiać je wachlarzem.
Wszystkie sroki świata postanowiły tego dnia ulecieć w błękitne niebo: całymi stadami, głowa przy głowie, ogon przy ogonie, utworzyły ptasi most przez burzliwy, srebrny nurt Drogi Mlecznej. Prządka i Wolarz podążyli im na spotkanie; deszcz i mżawka były ich łzami tęsknoty.
Słuchając szeptów matki ja, Shangguan Niandi i synek Simy Ku wpatrywaliśmy się w rozgwieżdżone niebo, usiłując odszukać te dwa gwiazdozbiory. Ósma Siostra, Shangguan Yunü, mimo ślepoty także zwracała twarzyczkę ku niebu; jej niewidzące oczy lśniły jaśniej od gwiazd. W naszym zaułku odbijały się echem ciężkie kroki żołnierzy wracających z patrolu; znad dalekich łąk napływały fale żabiego rechotu. Świerszcz siedzący na podpórce dla pędów fasoli śpiewał swoją piosenkę: i-ja, i-ja, i-ja-dululu. Od czasu do czasu w głębokiej ciemności mignął jakiś duży ptak; widzieliśmy ich białawe, niewyraźne sylwetki i słyszeliśmy szum pierzastych skrzydeł. Nietoperze popiskiwały nerwowo; ba-da, ba-da – kapały krople z liści drzew. Sha Zaohua leżała w objęciach matki, oddychając cicho i równo. We wschodniej izbie
Shangguan Lingdi wrzasnęła jak kotka; w świetle lampy zamajaczył wielki cień głuchoniemego. Byli już po ślubie, na którym świadkował oficer Jiang. Pokój odosobnienia Ptasiej Nieśmiertelnej zamienił się w jaskinię rozkoszy, w której Shangguan Lingdi i głuchoniemy oddawali się swoim namiętnościom. Ptasia Nieśmiertelna od czasu do czasu wybiegała na podwórze do połowy obnażona; pewien żołnierz, oczarowany jej nagimi piersiami, omal nie zginął z rąk jej męża, który chciał skręcić mu kark.
– Już późna noc, idźcie spać – rzekła matka.
– W domu gorąco, pełno komarów. Pozwól nam spać tutaj – prosiła Szósta Siostra.
– Nie, tu jest mokro, to wam może zaszkodzić. Poza tym, w niebie są tacy, co „zbierają kwiaty"… Chyba słyszałam ich rozmowę: „Patrz, jaki piękny kwiat – zerwijmy go". „Nie teraz, wrócimy tu później i wtedy go zerwiemy". To były pajęcze duchy, które gwałcą młode dziewczęta.
Leżeliśmy na kangu, nie mogąc zasnąć. Ku naszemu zdziwieniu Shangguan Yunü smacznie spała; strużka śliny wyciekała z kącika jej ust. Nasze nozdrza drażnił dym z kadzidełek odstraszających komary. Światło lampy z okna izby, w której mieszkali żołnierze, wpadało przez nasze okno do środka, dzięki czemu widzieliśmy wszystko wyraźnie. W powietrzu wisiał odór rozkładającej się w wychodku morskiej ryby, którą przysłała nam Shangguan Laidi. Laidi przysyłała nam wiele drogich rzeczy – jedwabie, meble, stare bibeloty, a wszystko konfiskował Pluton Wysadzania Mostów. Rygiel u drzwi załomotał.
– Kto tam? – zawołała matka i wyjęła tasak schowany w głowie łóżka.
Odpowiedziała jej cisza. Może nam się tylko wydawało? Matka odłożyła tasak na miejsce. Paląca się dla odstraszenia komarów linka moksy rzucała czerwone, krótkotrwałe błyski na podłodze przed kangiem.
Nagle szczupły czarny cień wyrósł obok łóżka. Matka krzyknęła z przestrachem, Szósta Siostra także; cień wspiął się na kang i zakrył matce usta dłonią. Matka wyrywała się, usiłując sięgnąć po tasak; już miała wymierzyć cios, gdy czarny cień przemówił:
– Mamo, to ja, Laidi… To ja, Laidi…
Tasak upadł na rozłożoną przy łóżku matę. Najstarsza Siostra wróciła! Laidi klęczała na kangu, łkając. Patrzyliśmy zdumieni na jej niewyraźną w ciemności twarz. Zauważyłem, że pokrywa ją mnóstwo małych, lśniących punkcików.
– Laidi… Córeczko… to naprawdę ty? Nie jesteś czasem duchem? A nawet jeśli jesteś, matka i tak się ciebie nie boi. Niech ci się przyjrzę… – Mama macała dokoła w poszukiwaniu zapałek.