Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
— To nie jest problem, Quinn — szepnął. — To katastrofa. — Powoli położył obie dłonie na czarnym i lśniącym blacie biurka. A więc stąd Miles wziął ten gest, pomyślał bez związku Mark, przyglądając mu się.
— Jest zamrożony w kriokomorze. — Quinn oblizała wyschłe wargi.
Illyan zamknął oczy, jego usta poruszały się, wypowiadając nieme modlitwy albo przekleństwa — Mark nie był pewien. Po chwili rzekł łagodnie:
— Mogłaś od tego zacząć. Reszta byłaby logicznym wnioskiem. — Otworzył w końcu oczy i spojrzał na nich w skupieniu. — Co się więc stało? Odniósł poważne rany, czy, nie daj Bóg, został ranny w głowę? Porządnie przeprowadzono zabieg wstępny?
— Sama pomagałam w zabiegu. W warunkach bojowych. Chyba… chyba poszło dobrze. Nie wiadomo, dopóki… Został paskudnie ranny w pierś. Z tego, co widziałam, nie było żadnej rany powyżej szyi.
Illyan ostrożnie odetchnął.
— Masz rację, Quinn. Rzeczywiście, to jeszcze nie katastrofa, tylko problem. Zawiadomię Cesarski Szpital Wojskowy w Vorbarr Sułtanie, żeby przygotowali się na przyjęcie swojego najsławniejszego pacjenta. Natychmiast przetransportujemy kriokomorę z waszego statku do mojego kuriera. — Zaczął bełkotać z ulgi?
— Hm… — bąknęła Quinn. — Chyba nie.
Illyan położył dłoń na czole, jak gdyby nagle rozbolała go głowa.
— Skończ, Quinn — powiedział głosem drżącym od tłumionego lęku.
— Zgubiliśmy kriokomorę.
— Jak można zgubić kriokomorę?
— To była komora przenośna. — Pochwyciwszy jego płonące spojrzenie, zaczęła pospiesznie relacjonować. — Została na dole w zamieszaniu podczas ewakuacji. Na obu desantowcach myśleli, że komora jest na pokładzie drugiego. Nieporozumienie — przysięgam, że sama sprawdzałam. Okazało się, że sanitariusz eskortujący kriokomorę został odcięty od wahadłowca przez oddziały wroga. Znalazł jednak urządzenie załadunkowe w porcie towarowym. Wydaje się nam, że stamtąd wysłał komorę.
— Wydaje się wam? Za chwilę zapytam o tę akcję desantową. Tymczasem mów — dokąd wysłał kriokomorę?
— O to właśnie chodzi, że nie wiemy. Zabili go, zanim zdążył o tym zameldować. W tej chwili kriokomora może zmierzać do dowolnego miejsca we wszechświecie.
Illyan odchylił się na krześle i potarł usta zaciśnięte w dziwnym, upiornym uśmiechu.
— Rozumiem. Kiedy to się stało? I gdzie?
— Dwa tygodnie i trzy dni temu w Obszarze Jacksona.
— Wysłałem was wszystkich na Illyrikę, przez Stację Vega. Jak u diabła trafiliście do Obszaru Jacksona?
Stojąc w pozycji „spocznij” z rękami założonymi z tyłu, Quinn przedstawiła zwięzłą relację o wydarzeniach ostatnich czterech tygodni od początku na Escobarze do chwili obecnej.
— Mam tu pełny raport z dokumentacją holowidową i osobistym dziennikiem Milesa. — Położyła na konsoli kostkę danych.
Illyan spojrzał na nią wzrokiem węża; jego dłoń nawet nie drgnęła, by zabrać kostkę.
— A czterdzieści dziewięć klonów?
— Wciąż są na pokładzie „Peregrine’a”, kapitanie. Chcielibyśmy je wysadzić.
Moje klony. Co Illyan z nimi zrobi? Mark nie śmiał zapytać.
— Z moich doświadczeń wynika, że osobisty dziennik Milesa jest raczej bezużytecznym dokumentem — zauważył chłodno Illyan. — Ma dość sprytu, żeby pewne rzeczy przemilczeć. — Zamyślił się i zamilkł na dłuższą chwilę. Potem wstał i zaczął spacerować po ciasnym pomieszczeniu. Znienacka spadła maska spokoju; wykrzywił twarz i z hukiem wyrżnął pięścią w ścianę. — Niech go wszyscy diabli, z własnego pogrzebu robi farsę! — wrzasnął.
Stał odwrócony do nich plecami; gdy się odwrócił i usiadł, jego twarz była nieruchoma i obojętna. Uniósł wzrok, zwracając się do Eleny Bothari-Jesek.
— Eleno, chyba jest jasne, że muszę przez pewien czas zostać na Komarze, by koordynować poszukiwania z wydziału do spraw galaktycznych CesBezu. Nie mogę sobie pozwolić na to, żeby od miejsca działań dzieliło mnie pięć dni drogi. Oczywiście… ułożę jakiś oficjalny raport o zaginięciu porucznika lorda Vorkosigana i niezwłocznie przekażę księżnej i księciu Vorkosiganom. Niechętnie powierzę dostarczenie wiadomości podwładnemu, ale trudno. Czy zgodzisz się wyświadczyć mi przysługę i będziesz eskortować lorda Marka do Vorbarr Sultany, żeby przekazać go pod ich opiekę?
Nie, nie, nie, krzyknął bezgłośnie Mark.
— Wolałabym… raczej nie lecieć na Barrayar, kapitanie.
— Premier zechce zadać pytania, na które potrafi odpowiedzieć tylko ktoś, kto był na miejscu zdarzenia. Jesteś najlepszym kurierem do spraw… tak złożonych i delikatnych. Przyznaję, że to bolesna misja.
Bothari-Jesek wyglądała, jakby wpadła w pułapkę.
— Kapitanie, jestem dowódcą statku, nie mogę zostawić „Peregrine’a”. I, szczerze mówiąc, nie mam ochoty eskortować lorda Marka.
— Dam ci w zamian wszystko, o co poprosisz.
Zawahała się.
— Wszystko?
Skinął twierdząco głową.
Zerknęła na Marka.
— Dałam słowo, że wszystkie klony z Domu Bharaputra znajdą się w bezpiecznym miejscu, gdzie będą traktowane humanitarnie i gdzie nie dostaną ich Jacksończycy. Przejmie pan na siebie moje zobowiązanie?
Illyan przygryzł wargę.
— Oczywiście, CesBez może szybko i bez kłopotu wymazać ich prawdziwą tożsamość. Natomiast umieszczenie w bezpiecznym miejscu jest nieco bardziej skomplikowane. Ale tak. Możemy przejąć klony.
Przejąć. Co Illyan miał na myśli? Na szczęście Barrayarczycy nie praktykowali niewolnictwa, mimo swych licznych wad.
— To jeszcze dzieci — wyrzucił z siebie Mark. — Musi pan pamiętać, że to tylko dzieci. — Trudno o tym pamiętać, chciał dodać, ale nie śmiał, zmrożony spojrzeniem Bothari-Jesek.
Illyan zerknął przelotnie na Marka.
— Wobec tego zasięgnę rady księżnej Vorkosigan. Coś jeszcze?
— „Peregrine” i „Ariel”…
— Muszą na razie zostać na orbicie Komarru i trzeba je objąć kwarantanną komunikacyjną. Przeproście swoich ludzi, będą to musieli jakoś wytrzymać.
— Pokryje pan koszty tej nieszczęsnej misji? Illyan skrzywił się.
— Niestety, tak.
— I… proszę szukać Milesa!
— Naturalnie — sapnął kapitan.
— Wobec tego lecę — oświadczyła słabym głosem, bardzo blada.
— Dziękuję — odrzekł cicho Illyan. — Mój statek kurierski w każdej chwili jest do twojej dyspozycji. — Jego wzrok niechętnie spoczął na Marku. Przez całą drugą połowę rozmowy starał się w ogóle na niego nie patrzeć. — Ilu ludzi do ochrony sobie życzysz? — zwrócił się do Eleny Bothari-Jesek. — Dam im do zrozumienia, że dopóki bezpiecznie nie dotrzesz przed oblicze księcia, podlegają twoim rozkazom.
— Nie chcę nikogo, ale przypuszczam, że od czasu do czasu będę musiała się przespać. Dwóch — postanowiła Bothari-Jesek.
I tak oficjalnie zostałem jeńcem rządu Cesarstwa Barryaru, pomyślał Mark. Kurtyna.
Bothari-Jesek wstała i dała Markowi znak, by zrobił to samo.
— Chodź. Chcę zabrać parę rzeczy z „Peregrine’a”. Powinnam też powiedzieć pierwszemu oficerowi, żeby przejął dowodzenie i wyjaśnił żołnierzom, że muszą pozostać na pokładzie. Wrócę za trzydzieści minut.
— Dobrze. Komandor Quinn, proszę zostać.
— Tak jest.
Illyan wstał, aby odprowadzić Bothari-Jesek.
— Powiedz Aralowi i Cordelii… — zaczął, lecz urwał. Chwila zdawała się przeciągać w nieskończoność.