Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Quinn, jak to Quinn, musiała się sama przekonać i mimo wszystko usiłowała go wepchnąć w barrayarski mundur. Mark celowo zachowywał się jak bezwładna lalka. Efekt był wyjątkowo… antywojskowy. W końcu dała za wygraną i warknęła, żeby sam się ubrał. Mark wybrał parę czystych spodni pokładowych, obuwie antypoślizgowe, luźną cywilną tunikę Milesa z szerokimi rękawami oraz wyszywaną szarfę. Przez chwilę zastanawiał się, czy Quinn bardziej się rozzłości, jeśli przewiąże szarfą zaokrąglony brzuch, czy też jeśli umieści ją niżej, tak że podtrzyma brzuch niczym temblak. Sądząc z kwaśnej miny Quinn, druga wersja powinna ją bardziej zirytować, więc pozostawił szarfę pod brzuchem.
Wyczuła jego wisielczy humor.
— Dobrze się bawisz? — wycedziła.
— To ostatnia chwila zabawy, na jaką mogę dzisiaj liczyć, nie?
Przyznała mu rację ironicznym gestem.
— Dokąd mnie zabierasz? A w ogóle gdzie jesteśmy?
— Na orbicie Komarru. Niedługo po cichu polecimy ładownikiem na jedną z barrayarskich stacji wojskowych. Tam odbędziemy bardzo kameralne spotkanie z szefem Cesarskiej Służby Bezpieczeństwa, kapitanem Simonem Illyanem. Przybył tu szybkim statkiem kurierskim prosto z kwatery głównej CesBezu na Barrayarze po tym, jak otrzymał ode mnie zakodowaną wiadomość, dość niejasną, i koniecznie będzie chciał wiedzieć, dlaczego oderwałam go od obowiązków. Zapyta, co było aż tak ważne. A wtedy… — westchnęła — powiem mu.
Poszli w głąb „Peregrine’a”. Przed wejściem do kabiny Marka Quinn musiała odprawić strażnika, bo nie zauważył go przy drzwiach, ale potem okazało się, że wszystkie korytarze są puste. Nie, nie puste — oczyszczone z ludzi.
Zbliżyli się do włazu ładownika i weszli do środka, gdzie zastali komandor Elenę Bothari-Jesek za sterami. I nikogo innego. Rzeczywiście zanosiło się na kameralne spotkanie.
Spokojna jak zawsze Bothari-Jesek dziś wydawała się wręcz chłodna. Gdy obejrzała się przez ramię na Marka, szeroko otworzyła ze zdziwienia oczy i z dezaprobatą zmarszczyła kruczoczarne brwi na widok jego bladej, opuchniętej twarzy.
— Do diabła, Mark, wyglądasz jak zwłoki, które tydzień leżały w wodzie.
I tak się czuję.
— Dzięki — odrzekł obojętnie.
Prychnęła, ale nie wiedział, czy z odrazą, pogardą, czy z rozbawienia, a potem odwróciła się z powrotem do sterów i wskaźników. Włazy zamknęły się z sykiem, blokady zwolniły i po chwili oddalili się bezgłośnie od burty „Peregrine’a”. Między stanem nieważkości a chwilą przyspieszenia Mark ponownie skupił się na swym napiętym brzuchu, przełykając ślinę, aby powstrzymać nudności.
— Dlaczego dowódca całego CesBezu jest tylko kapitanem? — zapytał, chcąc odwrócić własną uwagę od mdłości. — Chyba nie ze względu na dyskrecję, przecież każdy wie, kim jest.
— To jedna z tradycji Barrayaru — powiedziała Bothari-Jesek. Słowo „tradycji” wymówiła z dziwną goryczą. Ale przynajmniej z nim rozmawiała. — Poprzednik Illyana na tym stanowisku, nieżyjący wspaniały kapitan Negri, nigdy nie dostał awansu powyżej stopnia kapitana. Widocznie ambicje tego rodzaju były obce zaufanemu człowiekowi cesarza Ezara. Wszyscy wiedzieli, że Negri to Głos Cesarza, jego rozkazy dotyczyły każdego, niezależnie od rangi. Illyan… zawsze się chyba wstydził myśli, że sam mógłby się awansować na wyższy stopień niż jego dawny szef. Ale pobiera taką pensję jak wiceadmirał. Ktokolwiek dostanie posadę zwierzchnika CesBezu po Illyanie, pewnie zostanie kapitanem do końca życia.
Zbliżali się do wysokiej stacji orbitalnej średniej wielkości. Mark wreszcie zobaczył planetę obracającą się daleko w dole, która przez odległość od oświetlonej połowy księżyca wydawała się skurczona. Bothari-Jesek precyzyjnie trzymała się kursu przydzielonego im przez wyjątkowo lakoniczną kontrolę lotów. Po chwili bardzo nerwowej wymiany kodów i haseł szczęśliwie przybili do doku.
Powitało ich dwóch milczących i uzbrojonych strażników o kamiennych twarzach, ubranych w nieskazitelne zielone mundury barrayarskie; przeprowadzili ich przez stację. Wkrótce znaleźli się w małym, pozbawionym okien pomieszczeniu urządzonym jak gabinet, gdzie znajdowało się biurko z konsolą, trzy krzesła i nic więcej.
— Dziękuję. Zostawcie nas samych — powiedział siedzący za biurkiem mężczyzna. Strażnicy wycofali się bezszelestnie. Od początku nie wydali najlżejszego dźwięku.
Gdy zostali sami, mężczyzna trochę się odprężył. Skinął głową pod adresem BothariJesek.
— Witaj, Eleno. Cieszę się, że cię widzę. — W jego głosie dała się słyszeć nieoczekiwana nutka ciepła, jakby dobry wuj witał swą ulubioną siostrzenicę.
Natomiast reszta była dokładnie taka, jaką Mark pamiętał z holowidów Galena. Simon Illyan był drobnym, starzejącym się mężczyzną, którego brązowe włosy od skroni zacięła przyprószać już siwizna. Okrągłą twarz z zadartym nosem wiek zdążył poznaczyć dość głębokimi bruzdami. Na pokładzie stacji orbitalnej nosił zielony mundur polowy z pełnymi dystynkcjami, podobny do takie go, w jaki Quinn chciała wtłoczyć Marka, a na kołnierzu połyskiwało oko Horusa — odznaka Cesarskiej Służby Bezpieczeństwa.
Mark zorientował się, że Illyan przypatruje mu się z bardzo osobliwą miną.
— Boże, Miles, ale się… — zaczął zduszonym głosem, lecz po chwili zrozumiał. Odchylił się na krześle. — Ach. — Kącik jego ust uciekł w górę. — Lord Mark. Pozdrowienia od pańskiej matki. Bardzo mi miło, że nareszcie mogę pana poznać. — Zabrzmiało to naprawdę szczerze.
Niedługo będzie ci miło, pomyślał z rozpaczą Mark. Lord Mark? Niemożliwe, żeby mówił poważnie.
— Cieszę się też, że już wiem, gdzie pan jest. Komandor Quinn, mam nadzieję, że dostaliście w końcu wiadomość o zniknięciu lorda Marka z Ziemi, którą do was wysłałem?
— Jeszcze nie. Pewnie nas goni z miejsca… naszego ostatniego postoju.
Illyan uniósł brwi.
— Czy zatem lord Mark sam się ujawnił, czy przysłał go do mnie mój były podkomendny?
— Ani jedno, ani drugie, panie kapitanie. — Quinn miała chyba jakieś kłopoty z mówieniem. Bothari-Jesek nawet nie próbowała się odezwać.
Illyan pochylił się naprzód, poważniejąc, choć w jego oczach nadal igrały ironiczne ogniki.
— Na jaki więc tym razem nieprzemyślany i nieregulaminowy numer wpadł wasz admirał? Za co będę musiał zapłacić w ramach kolejnej akcji „sądziłem, że mam się uciec do własnej inicjatywy”?
— Nie chodzi o żaden numer, panie kapitanie — mruknęła Quinn. — Ale rachunek rzeczywiście będzie słony.
Patrząc badawczo w jej poszarzałą twarz, Illyan nagle stracił ochotę na żarty.
— Słucham — odezwał się po dłuższej chwili.
Quinn oparła się o biurko obiema dłońmi, nie dla nadania swym słowom większego znaczenia, jak sądził Mark, ale po to, by nie stracić równowagi.
— Illyan, mamy problem. Miles nie żyje.
Kapitan przyjął wiadomość nieruchomy jak figura woskowa. Nagle odwrócił się z krzesłem. Mark widział tylko tył jego głowy. Miał przerzedzone włosy. Później błyskawicznie odwrócił się do nich ponownie, a Mark spostrzegł, że dziwnie pogłębione bruzdy na jego napiętej twarzy wyglądają teraz jak blizny.